Gdzie śpieszą się Żydzi? – Izrael cz. IV.

Czasem ktoś pyta mnie, jak ogarniam codzienne życie przy dużej ilości wyjazdów. Cała tajemnica tkwi w tym, że… kompletnie nie ogarniam. Teraz w półtora tygodnia próbuję zrobić wszystko to, co powinno być zrobione przez ostatnie 3 tygodnie i jeszcze kawałek następnego. Średnio realne. Z czymś zawsze jestem do tyłu i jakoś dziwnym trafem zwykle pada na blog, który przegrywa z innymi obowiązkami. A potem mi wstyd, że znów była duża przerwa we wpisach i znów przepraszam i się tłumaczę. W ,,Trudnych sprawach” daliby mi podpis w stylu: Anna, 26, nie ogarnia, bo dużo wyjeżdża. No ale to by było na tyle moich problemów pierwszego świata. Pora na kontynuację poprzedniego wpisu!

Czytaj dalej Gdzie śpieszą się Żydzi? – Izrael cz. IV.

Nielegalnie pozyskane materiały – Izrael cz. III.

Tomasz wyraził ostatnio swoje oburzenie faktem, że napisałam już 2 wpisy o Izraelu, a tak właściwie nic o tym, co tam zwiedziliśmy. Trochę chłop ma rację i dlatego dziś postaram się troszkę to nadrobić i opowiedzieć Wam o Yad Vashem. No ale z drugiej strony wyznaję zasadę, którą pięknie ubrał w słowa przewodnik naszej pieszej wycieczki po jerozolimskim starym mieście – historie są ważniejsze niż fakty. Myślę dokładnie tak samo – jeśli ktoś szuka top 10 rzeczy wartych zobaczenia gdzieś, to bez problemu je sobie wygoogluje. No i po co to powielać? Nie chcę być wynikiem numer 157 w wyszukiwarce; kimś, kto napisał dokładnie to samo, co poprzednie 156 osób. Chcę Wam opowiadać historie z naszych podróży i niesamowicie się cieszę, kiedy je czytacie! U mnie są przynajmniej za darmo-darmo, bo nasza ,,darmowa” piesza wycieczka miała sugerowany napiwek od osoby w okolicy 50 zł. A my nadal z Polski, majfrend i nadal niebogaci 😉

Czytaj dalej Nielegalnie pozyskane materiały – Izrael cz. III.

Najdrożej i najgorzej – Izrael cz. II.

Osoby obserwujące mnie na Instagramie być może już zauważyły na jednym zdjęć z Izraela wielbłąda – mistrza drugiego planu. Tak więc wydało się nieco przedwcześnie, że wielbłąd był. Ale nie na pustyni, jak w moich wyobrażeniach i nie jako środek transportu, a na Górze Oliwnej, jako atrakcja do turystów. Był śliczny, ale nie poszłam go pogłaskać i nie zrobiłam sobie z nim żadnego zdjęcia, a te, które mamy robiliśmy z zoomem z pewnej odległości. A to wszystko z bardzo prostego powodu. Opiekunem wielbłąda był typowy, natrętny arabski handlarz. Gdybyśmy otwarcie wykazali jakiekolwiek zainteresowanie zwierzęciem, gdyby wyrwał mi się chociaż jeden charakterystyczny dla mnie pisk, którego treści można się domyśleć nawet nie mówiąc po polsku, bo byłoby to jakieś ,,aaaaa…. Tomasz, patrz, jaki wielbłąd” połączone z energicznym zmierzaniem w kierunku obiektu mojego zachwytu…

Czytaj dalej Najdrożej i najgorzej – Izrael cz. II.

O czym (jeszcze) nie piszę – Izrael cz. I.

Na początku chciałam Was serdecznie przeprosić za to, że nie dotrzymałam obietnicy. Ten wpis miał się pojawić znacznie wcześniej, ale poprzedni tydzień był taki, że hello darkness my old friend i że zrobienie czegokolwiek ponad niezbędne minimum kompletnie mnie przerastało. Myślę, że mniej więcej sobie wyobrażacie, szczególnie jeśli sami czujecie się czasem podobnie. Ale po takim okresie może być już tylko lepiej, prawda? I już tradycyjnie proszę Was o potraktowanie w większości randomowych zdjęć jako sposobu na wczucie się w klimat Izraela – w tytule również zawarłam kraj ogólnie, bo wylądowaliśmy w Tel Avivie, przebywaliśmy głównie w Jerozolimie, ale wybraliśmy się też do Betlejem. W kolejnych wpisach na pewno zdjęcia będą już bardziej związane z treścią.

Czytaj dalej O czym (jeszcze) nie piszę – Izrael cz. I.

Nie jaram się Mickiewiczem – Wilno cz. III.

Gdyby ktoś obawiał się, że planuję opisać nasz pobyt w Wilnie nie wspominając o Ostrej Bramie, to już nie musi się bać! Z jednej strony to chyba najbardziej oczywisty punkt wizyty w stolicy Litwy – szczególnie dla nas, Polaków, dla których przez długie długie lata program nauki języka polskiego przewidywał wyuczenie się na pamięć Inwokacji do Pana Tadeusza. (Może nadal przewiduje?) A ta – lub jej strzępki – bardzo wielu z nas zostały w głowie i gdyby nie ona, to być może nawet nie skierowalibyśmy myśli w kierunku Panny świętej, co w Ostrej świeci Bramie. I tym sposobem Matka Boska Ostrobramska cieszy się w naszym kraju popularnością porównywalną chyba tylko z Matką Boską Częstochowską, a wiele osób uważa oba obrazy za cudowne.

Czytaj dalej Nie jaram się Mickiewiczem – Wilno cz. III.

Jak rozpętałam III wojnę światową – Wilno cz. II.

Przed wyjazdem na Litwę bardzo wzięłam sobie do serca jedną radę z forów internetowych – żeby pod żadnym pozorem nie odzywać się do nikogo jako pierwsza po polsku. Jestem człowiekiem, który zawsze coś palnie, więc pracowicie wbijałam sobie tę zasadę do głowy – autor posta sugerował, że takie zachowanie może zostać bardzo źle odebrane – jako próba okazania wyższości – i wywołać nawet agresję. Podobno wspomnienia polsko-litewskiego konfliktu o wileńszczyznę są tam nadal żywe – dział się on tuż po I wojnie światowej, a w jego następstwie Wilno (w obrębie województwa wileńskiego) było częścią Polski w latach 1922-39. Potem (aż do 1991) byli w ZSRR, czyli z deszczu pod rynnę…

Czytaj dalej Jak rozpętałam III wojnę światową – Wilno cz. II.

Użupio – kraina jednorożców – Wilno cz. I.

Nasz wyjazd do Wilna zaczął się pechowo, jak żaden z poprzednich. I następnych. I oby już nigdy. Wybraliśmy się do Warszawy dzień wcześniej po południu, bo wystartować z Lotniska Chopina mieliśmy o 7 rano. W stolicy praktycznie zawsze śpimy w tym samym hotelu, więc mamy już w okolicy ulubionego Chińczyka od makaronu z krewetkami i drugiego od zupy pho – tam planowaliśmy zjeść kolację i z radością czekałam na nią i na spokojny wieczór w hotelowym pokoju. A takiego! Na dobry początek jakieś półtorej godziny czekaliśmy na spóźniający się autobus. Neobus, shame on you! Ładnie to tak, jak nie można się do Was dodzwonić albo podajecie na infolinii informacje rodem z 4 liter? A potem kierowca pędzi, jak szalony, bo pewnie jest już spóźniony na kolejny kurs i bijemy rekord czasu dojazdu do Warszawy i liczby przerażonych pasażerów?

Czytaj dalej Użupio – kraina jednorożców – Wilno cz. I.

Rzucam na stół znowu setkę, tak jak Monte Carlo – Monako cz. II.

Podróże kształcą. Można na przykład na własnej skórze się przekonać, o co chodzi we fragmencie tej piosenki (Bob One x Bas Tajpan – Jakby już nie miało być jutra), który postanowiłam wykorzystać jako tytuł.  Alternatywny brzmiałby: jak zostałam hazardzistką? Otóż, zostałam nią oczywiście w Monte Carlo – dzielnicy Monako słynącej z wyścigów Formuły 1 oraz kasyn. Ale ja i kasyno?! Jestem (byłam?) tak zagorzałą przeciwniczką hazardu pod każdą postacią, że przez ponad 26 lat mojego życia moja noga ani razu nie przestąpiła progu takiego miejsca. I nie sądziłam, że się to zmieni w Monako. Przecież tamtejsze kasyna można sobie obejrzeć z zewnątrz, po co grać? A w moich trampkach z Myszką Miki i tak mnie nie wpuszczą, prawda?

Czytaj dalej Rzucam na stół znowu setkę, tak jak Monte Carlo – Monako cz. II.

Takie nie wiadomo co… – Monako cz. I.

Od dawna marzyłam o odwiedzeniu Monako. Ale to było takie marzenie, do którego miałam ambiwalentny (zawsze chciałam użyć tego słowa!) stosunek. Z jednej strony, Monako jest owiane aurą takiego je-ne-sais-quoi (=nie wiem czego, to wyrażenie też zawsze chciałam wykorzystać!). No wiecie, że niby panuje tam wszechobecny luksus, a całe księstwo jest niedostępne, tajemnicze i ekskluzywne – po prostu nie wydawało się miejscem dla kogoś takiego, jak ja. Wyobrażałam sobie, że życie tam wygląda mniej więcej tak, jak to, co udało nam się uchwycić na zdjęciach poniżej – Prada, Lamborghini, piękni ludzie, luksusowe hotele i ich umundurowani parkingowi.

Czytaj dalej Takie nie wiadomo co… – Monako cz. I.

Stan wyjątkowy – Nicea cz. II.

Nicejska Promenada Anglików, szczególnie oglądana wieczorem, jest tak niewiarygodnie piękna, że momentami ciężko było mi uwierzyć, że jestem tam naprawdę. A podobno im więcej się podróżuje, tym mniej się docenia kolejne miejsca. Nieprawda! W Nicei beztrosko unosiłam się nad deptakiem, napędzana endorfinami, jednak nad tym miastem nadal wisi coś, co momentami bardzo boleśnie sprowadzało mnie na ziemię. Ale zanim napiszę o tym więcej, proponuję, abyśmy w miarę możliwości chronologicznie kontynuowali zwiedzanie 😉

Czytaj dalej Stan wyjątkowy – Nicea cz. II.