Nie jaram się Mickiewiczem – Wilno cz. III.

Gdyby ktoś obawiał się, że planuję opisać nasz pobyt w Wilnie nie wspominając o Ostrej Bramie, to już nie musi się bać! Z jednej strony to chyba najbardziej oczywisty punkt wizyty w stolicy Litwy – szczególnie dla nas, Polaków, dla których przez długie długie lata program nauki języka polskiego przewidywał wyuczenie się na pamięć Inwokacji do Pana Tadeusza. (Może nadal przewiduje?) A ta – lub jej strzępki – bardzo wielu z nas zostały w głowie i gdyby nie ona, to być może nawet nie skierowalibyśmy myśli w kierunku Panny świętej, co w Ostrej świeci Bramie. I tym sposobem Matka Boska Ostrobramska cieszy się w naszym kraju popularnością porównywalną chyba tylko z Matką Boską Częstochowską, a wiele osób uważa oba obrazy za cudowne.

Czytaj dalej Nie jaram się Mickiewiczem – Wilno cz. III.

Jak rozpętałam III wojnę światową – Wilno cz. II.

Przed wyjazdem na Litwę bardzo wzięłam sobie do serca jedną radę z forów internetowych – żeby pod żadnym pozorem nie odzywać się do nikogo jako pierwsza po polsku. Jestem człowiekiem, który zawsze coś palnie, więc pracowicie wbijałam sobie tę zasadę do głowy – autor posta sugerował, że takie zachowanie może zostać bardzo źle odebrane – jako próba okazania wyższości – i wywołać nawet agresję. Podobno wspomnienia polsko-litewskiego konfliktu o wileńszczyznę są tam nadal żywe – dział się on tuż po I wojnie światowej, a w jego następstwie Wilno (w obrębie województwa wileńskiego) było częścią Polski w latach 1922-39. Potem (aż do 1991) byli w ZSRR, czyli z deszczu pod rynnę…

Czytaj dalej Jak rozpętałam III wojnę światową – Wilno cz. II.

Użupio – kraina jednorożców – Wilno cz. I.

Nasz wyjazd do Wilna zaczął się pechowo, jak żaden z poprzednich. I następnych. I oby już nigdy. Wybraliśmy się do Warszawy dzień wcześniej po południu, bo wystartować z Lotniska Chopina mieliśmy o 7 rano. W stolicy praktycznie zawsze śpimy w tym samym hotelu, więc mamy już w okolicy ulubionego Chińczyka od makaronu z krewetkami i drugiego od zupy pho – tam planowaliśmy zjeść kolację i z radością czekałam na nią i na spokojny wieczór w hotelowym pokoju. A takiego! Na dobry początek jakieś półtorej godziny czekaliśmy na spóźniający się autobus. Neobus, shame on you! Ładnie to tak, jak nie można się do Was dodzwonić albo podajecie na infolinii informacje rodem z 4 liter? A potem kierowca pędzi, jak szalony, bo pewnie jest już spóźniony na kolejny kurs i bijemy rekord czasu dojazdu do Warszawy i liczby przerażonych pasażerów?

Czytaj dalej Użupio – kraina jednorożców – Wilno cz. I.

Rzucam na stół znowu setkę, tak jak Monte Carlo – Monako cz. II.

Podróże kształcą. Można na przykład na własnej skórze się przekonać, o co chodzi we fragmencie tej piosenki (Bob One x Bas Tajpan – Jakby już nie miało być jutra), który postanowiłam wykorzystać jako tytuł.  Alternatywny brzmiałby: jak zostałam hazardzistką? Otóż, zostałam nią oczywiście w Monte Carlo – dzielnicy Monako słynącej z wyścigów Formuły 1 oraz kasyn. Ale ja i kasyno?! Jestem (byłam?) tak zagorzałą przeciwniczką hazardu pod każdą postacią, że przez ponad 26 lat mojego życia moja noga ani razu nie przestąpiła progu takiego miejsca. I nie sądziłam, że się to zmieni w Monako. Przecież tamtejsze kasyna można sobie obejrzeć z zewnątrz, po co grać? A w moich trampkach z Myszką Miki i tak mnie nie wpuszczą, prawda?

Czytaj dalej Rzucam na stół znowu setkę, tak jak Monte Carlo – Monako cz. II.