Czego oczy nie widzą… – Czarnobyl cz. V.

Postanowiłam zrobić dla Was coś, czego nie robiłam nigdy wcześniej. Napisałam ten post ,,na zapas”, a kiedy on automatycznie się opublikuje, ja będę zaczynać już swoją kolejną podróż. Będzie trwała kilka dni, a nie chciałam, żebyście tak długo musieli czekać na ciąg dalszy mojej relacji ze strefy. Tak więc czary mary, błyskają iskierki, a my znajdujemy się przy punkcie kontrolnym przy wjeździe do 10-kilometrowej strefy otaczającej elektrownię. Samo miasteczko Czarnobyl mamy już za sobą, bo znajduje się poza nią, w odległości 18 kilometrów od reaktorów. Co w takim razie przed nami? Kolejne zameldowanie grupy i las, wyjątkowo gęsty nawet jak na strefę.

A w lesie droga, ułożona z betonowych płyt, o których przewodnik opowiada nam, że zostały odzyskane z wojskowego lotniska. Wszystko fajnie, ale nasz bus strasznie się na nich trzęsie i nic tu nie widać ciekawego… Daleko jeszcze? Na szczęście nie! Przewodnik palcem pokazał nam stojący przy drodze przystanek autobusowy. No i powiem Wam, że ładniejszego chyba nigdy nie widziałam. Ani bardziej zaskakującego, w zderzeniu z miejscem, w którym się znajduje. Był kolorowy, z uroczym olimpijskim misiem, bardzo dobrze zachowany. Nie udało nam się zrobić zdjęcia i właściwie to niewiele jest jego zdjęć w internecie, ale znalazłam jedno dla Was tu.

Jeszcze ciekawiej robi się, kiedy dowiadujemy się, że przystanek jest fałszywy i nigdy nie odjechał z niego żaden autobus. Był jednym z elementów stwarzania pozorów, że w tym nieprzeniknionym lesie wokół nas znajdował się kiedyś letni obóz dla dzieci. A co znajdowało się naprawdę?

7,5 km od głównej drogi zbudowano ściśle tajny w tamtych czasach radziecki radar, mający wykrywać amerykańskie rakiety lecące w kierunku ZSRR. Taki wiecie, tajemnica wojskowa poziom milion, że nawet tylko wybrani pracownicy mogli do niego podchodzić. Konstrukcja znana pod nazwami Duga lub Oko Moskwy ma według wikipedii do 135 m wysokości i zamontowano ją na długości 900 m. Jest ogromna, nie da się jej na raz ogarnąć wzrokiem. Sami zobaczcie – KLIK. No, i oni naprawdę sądzili, że coś takiego da się skutecznie schować w lesie. Brzmi absurdalnie, ale z drugiej strony, przy obecnej wysokości drzew radar rzuca się w oczy dopiero, jak już jesteśmy całkiem blisko. Z trzeciej – to, że nie widać go z głównej drogi nie oznacza, że nie da się go wypatrzyć z innych miejsc. Taka trochę tajność made in Związek Radziecki, ale niech im będzie.

Babciu, a czemu masz taki duży radar? Żeby lepiej widzieć rakiety! Podobno technologia Dugi była dość prymitywna i naznaczona ogromnym ryzykiem błędu. Jednocześnie sygnał wysyłało i obierało mnóstwo modułów, żeby w razie czego mieć potwierdzenie obecności rakiety z wielu źródeł. No bo co by to było, gdyby zestrzelili nie to, co trzeba? Mniej więcej to: Katastrofa malezyjskiego samolotu na Ukrainie. Rok 2014, a niektórym chyba nadal przydałyby się większe radary.

,,Ukrywanie” Dugi jest dziwne tym bardziej, że włączony radar wydawał podobno bardzo głośne i upierdliwe dźwięki, brzmiące trochę jak stukanie dzięcioła. I zaburzał sygnał radiowy i telewizyjny. Dziś od czasu do czasu słychać jedynie charakterystyczny hałas rozprężającego się metalu. Inną nietypową rzeczą jest goły piasek, z nielicznymi roślinami, otaczający Dugę w promieniu kilku metrów. Podobno wszyscy pytają pana przewodnika, czy to od promieniowania i pewnie mu się to już znudziło, bo postanowił uprzedzić naszą ciekawość i sam wyjaśnił nam, że nie.

To tylko erozja wodna. Brzmi mądrze i sama nie do końca rozumiem, ale chodzi z grubsza o to, że malutkie kropelki deszczu skupiają się na charakterystycznej konstrukcji radaru w wielkie krople i dopiero wtedy spadają na ziemię, niszcząc glebę. Zieew 😉 Ja zapamiętałam głównie, że przez piaszczyste podłoże łatwo się tam zakopać autem i musieliśmy się z tego powodu wybrać na dość długi spacer po lesie w okolicach nie-takiego-już-tajnego Oka Moskwy. Nawet teraz ciężko mi ukryć, że to był dla mnie jeden z najmniej interesujących punktów naszego pobytu w strefie.

To, co na pewno skuteczniej ukryło się w lesie, to otaczająca radar wojskowa baza, w której według przewodnika w czasach jej świetności mieszkało 2000 osób – specjalistów, żołnierzy i ich rodzin. Określił to miejsce nawet mianem mini-Prypeci. No chyba nie. Tak naprawdę to miasteczko nazywało się Czarnobyl 2. I oczywiście też było tajne przez poufne. Baza funkcjonowała według przewodnika aż do 1992 roku, chociaż sam radar wyłączono 26 kwietnia 1986. I to pokazuje, że kto miał wiedzieć o katastrofie, ten od razu wiedział. Tutaj innym przykładem może być historia przewodnika naszej pieszej wycieczki po Kijowie, którego mama pracowała w czymś w rodzaju agencji atomistyki. W momencie wybuchu reaktora był małym dzieckiem i zaraz po nim wysłano go na roczne ,,wakacje” do rodziny do Kazachstanu. No a kto nie wiedział, ten w błogiej nieświadomości maszerował w pochodzie pierwszomajowym. Także tak. Prawdę mówiąc to w przypadku Oka Moskwy mam wrażenie, że bardziej się martwili o możliwość uszkodzenia radaru niż o ludzi.

Na terenie bazy weszliśmy do kilku budynków. W pierwszym krzyknęłam na cały głos coś w stylu ,,Tomasz, chodź zobacz, prawdziwy czarnobylski kibel”. Głośny śmiech jednego z naszych towarzyszy zdradził mi, że nie jesteśmy na naszej wycieczce jedynymi Polakami. Lepiej późno niż później.

Jak wiecie, w tamtym dniu w strefie było kilka grup ,,badaczy”. Przewodnicy starali się, żebyśmy nie deptali sobie nawzajem po piętach i na bieżąco modyfikowali nasze trasy i kolejność odwiedzania poszczególnych miejsc. Wychodziło im to dość skutecznie i właściwie tylko w stołówce bazy militarnej spotkaliśmy się twarzą w twarz z wycieczką prowadzoną w języku polskim, przez kogoś z uroczym ukraińskim akcentem. Podsłuchałam fajny dowcip. Jak w Związku Radzieckim wyglądał obiad żołnierza? Na pierwsze danie była woda z kapustą, na drugie kapusta bez wody, a na deser woda bez kapusty. A podłoga stołówki usiana potłuczonymi świetlówkami sprawiła, że w mojej głowie na ułamek sekundy pojawił się obraz tego, jak to pomieszczenie mogło kiedyś wyglądać, z charakterystycznym mruganiem i dźwiękiem tych wypalających się lamp.

Byliśmy też w warsztacie samochodowym i miejscu, które służyło do przeprowadzania kursów na prawo jazdy albo egzaminów.

W innym, bardzo długim i dziwnym budynku (w podłodze były np. niespodziewane wielkie dziury, odsłaniające coś w rodzaju korytarza wentylacyjnego) ukryte były z kolei kable obsługujące radar oraz sale komputerowe i lekcyjne. Na zdjęciach niżej zobaczycie ,,stare sowieckie komputery”, jak nazwał je nasz przewodnik. A raczej ich resztki, bo całe jednostki były podobno ogromne. Jedna z klas była wyjątkowa, z planszami przedstawiającymi kosmos i podwyższeniem dla nauczyciela. Niestety nie mamy zdjęć, uwiecznienie zdechłego ptaka leżącego obok maski przeciwgazowej też postanowiłam sobie darować. Innym chyba bardziej przypadł go gustu, a może sami tam podrzucili dla efektu tą maskę, bo widziałam już jego zdjęcia w internecie. Ja od tamtego momentu bałam się tylko, żeby w nic podobnego gdzieś po ciemku nie wdepnąć.

Przez takie niespodzianki, a głównie przez zgubienie się w lesie na samym początku, szybko zostałam najwierniejszą fanką naszego przewodnika. Chodziłam za nim dosłownie krok w krok. Na koniec dnia biedny pewnie miał mnie dość. Jakby ktoś mi wtedy powiedział, że można dokupić specjalny pakiet: chodzenie z przewodnikiem za rączkę, liczba miejsc limitowana – 2, bo tylko dwie rączki, jedyne 10 dolarów! to byłabym pierwszą chętną. W końcu nasz przewodnik miał liczne zalety.

Po pierwsze – latarkę, zmniejszającą ryzyko wdepnięcia w coś paskudnego i zrobienia sobie krzywdy. Po drugie, zawsze szedł prosto do najciekawszych rzeczy, które można było łatwo przegapić rozchodząc się gdzieś na boki. Po trzecie, ufałam, że osoba, która regularnie bywa w strefie od 21 lat nie naraża się niepotrzebnie na niebezpieczeństwo i przeprowadzi mnie przez najmniej napromieniowane i grożące zawaleniem miejsca. Po czwarte, już więcej nie chciałam zostać sama. Wreszcie, miałam go zawsze pod ręką, gdy chciałam o coś zapytać. Tomasz śmiał się ze mnie, że z notesem i w okularach wyglądałam jak wzorowy kujon vel pupilek nauczyciela. Nieprawda! Ale team pan przewodnik tak bardzo! Ktoś zapisuje się razem ze mną do jego fanklubu? 🙂

Podobno Dugę wybudowano w pobliżu Czarnobyla, bo potrzebowała bardzo dużo prądu No ale czy bliżej elektrowni to jest jakiś lepszy prąd albo szybciej płynie? Na logikę może trochę to drugie – do obiektu położonego w mniejszej odległości chyba faktycznie ma szansę dotrzeć chwilkę wcześniej, niż gdzieś dalej. Tak poza tym to pewnie po prostu las w dobrze strzeżonej okolicy im przypadł do gustu.

Po drodze do elektrowni czekał nas potem już tylko jeden przystanek, przedszkole w miejscowości Kopaczi.

Okazało się tam, że męki przedszkolnego leżakowania są ponadczasowe i dzieci były im poddawane też w innych krajach. Rzeczą, która nieodmiennie robiła na mnie w strefie dziwne wrażenie, były pootwierane na oścież drzwi we wszystkich budynkach, w wielu też otwarte lub wybite okna. Niedawno przeczytałam o akcji zamykania okien (oczywiście tych, w których zostały jeszcze szyby), aby choć troszkę ochronić budynki przed popadaniem w ruinę. Przeprowadzają ją osoby odwiedzające regularnie strefę i apelują o to samo do innych odwiedzających. Patrząc na zdjęcia myślę, że to chyba ma sens – pomieszczenia przedszkola wyglądają w porównaniu z innymi całkiem nieźle.

Droga do przedszkola jest obecnie dość mocno napromieniowana (1-3 µSv/h), a pod drzewem przy głównej drodze, w pobliżu pomnika żołnierza, zmierzyliśmy nawet 8 µSv/h. To doskonale pokazuje, że chociaż promieniowanie tła w strefie jest w większości miejsc niskie (w samym przedszkolu zanotowałam sobie 0,2 µSv/h), to istnieją też hotspoty – gorące punkty. To mogą być miejsca, przedmioty albo rośliny. Przykładowo, szczególnie grzyby kumulują promieniowanie – nawet do kilkudziesięciu µSv. (Tak, wiem, że grzyby to nie rośliny.) Ciężko jest podczas pobytu w strefie ,,uzbierać” dawkę promieniowania zagrażającą zdrowiu, ale jeśli potraktujemy go jak grę w ,,znajdź najbardziej napromieniowane punkty” i każdy z nich będziemy skrupulatnie mierzyć i filmować, to na pewno otrzymamy więcej µSv niż ktoś, kto grzecznie idzie za przewodnikiem. Przy zachowaniu odrobiny rozsądku – nawet do kilkunastu razy więcej, bez – nie potrafię powiedzieć.

My na koniec dnia mieliśmy po 3 µSv – ilość porównywalna z godzinnym lotem samolotem i to przy małym promieniowaniu. Licznik przewodnika pokazywał nawet trochę mniej – albo ostrożniej się poruszał, albo prawdą jest to, że turystom daje się bardziej czułe liczniki, trochę dla podkręcenia emocji, a trochę po to, żeby bardziej uważali.

Wzdłuż drogi do elektrowni znajdowały się kiedyś wielkie farmy bydła – dziś nadal widać pozostałości tych obiektów. Jednej z nich podobno nawet nie zdążono ukończyć, katastrofa zastała ją na końcowym etapie prac. Farmy oczywiście nigdy nie uruchomiono. Wydaje mi się, że zwierząt z tych działających nigdy nie ewakuowano… Pewnie zostały zabite na miejscu jako potencjalnie napromieniowane i gdzieś zakopane. Albo spalone? Niestety nie jestem w stanie znaleźć w tym momencie oficjalnych informacji potwierdzających moje przypuszczenia, a raczej to, co gdzieśtam mi się obiło o uszy.

Na pewno pogrzebano zaś napromieniowane domy znajdujące się w pobliżu elektrowni – wyburzono je i ukryto pod ziemią; pochowano tak całe miasteczka. Dziś ich groby to już całkowicie pokryte roślinnością górki i nic nie wskazuje na to, że kiedyś ktoś tam mieszkał. Nie rzucają się w oczy do tego stopnia, że jeśli ktoś nam ich nie pokaże, to pewnie sami nie zwrócimy na nie uwagi. Są niewidzialne dla świata, trochę jak cała strefa i jej mieszkańcy. Na przykład te biedne pieski, które musieliśmy traktować jak powietrze…

c.d.n.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *