Spóźniliśmy się! – Czarnobyl cz. VI.

Serio! Jednak mieli rację, że trzeba było się spieszyć z wyjazdem do strefy w związku z budową nowego sarkofagu! Dlaczego? Dlatego!

Przez te wszystkie lata zakodowałam sobie w głowie bardzo mocno obraz starego sarkofagu. Kiedy zobaczyłam na żywo to coś, wyglądające jak olbrzymi hangar lotniczy… Nie sądziłam, że sprawi mi to aż tak ogromny zawód. Przez chwilę poczułam się, jakby nasz wyjazd nie miał sensu, bo faktycznie się spóźniliśmy i to zaledwie o kilka miesięcy – nowa konstrukcja przykryła poprzednią w listopadzie 2016. A stary sarkofag, ikona Czarnobyla, czekał tam na mnie tyle lat. Z tym w ogóle nie czułam się związana, nie utożsamiałam go ze strefą. Na początku przeszłam więc fazę wyparcia. Może jeśli nie będę patrzeć na tego koszmarka, to on zniknie i w zamian specjalnie dla mnie zmaterializuje się stara konstrukcja?

Nietrudno się domyślić, że tak się nie stało. Nawet stojąc już pod samym sarkofagiem zajmowałam się wszystkim, tylko nie nim. Rozmawiałam z przewodnikiem, rozglądałam się dookoła. Nie ma jednak tego złego… Wiecie, co na przykład wypatrzyłam? Przystanek autobusowy! Najprawdziwszy, współczesny, pod samiutką bramą elektrowni. I nawet ktoś na nim czekał. Panie przewodniku, panie przewodniku, przystanek! No co ty nie powiesz?! – pomyślał pewnie. Dzielnie mi jednak opowiedział o 5000 pracownikach, którzy obecnie pracują w elektrowni. Autobus jeździ co godzinę i dowozi ich na przykład na stołówkę czy na stację kolejową, ponieważ część pracowników mieszka w oddalonej o 60 km od reaktorów miejscowości Sławutycz.

A historia Sławutyczy jest niemal tak samo ciekawa, jak historia Prypeci. Prypeć powstała w 1970 roku, jako ,,sztuczne” miasto wyłącznie po to, by pracownicy elektrowni mieli gdzie mieszkać. Sławutycz można nazwać jej córką, która narodziła się tuż po katastrofie, by przejąć część funkcji swojej matki. Jak widać, pełni je do dziś, ale prawdopodobnie także jest po części miastem-widmem. W końcu, niedaleko pada jabłko od jabłoni! Tutaj chyba znajdujemy się w idealnym momencie, by porozmawiać sobie o tym, jak bardzo kiedyś nie zdawano sobie sprawy ze skutków katastrofy. I nie, wcale nie zamierzam tu analizować, jaki procent dezinformacji po wybuchu był zamierzoną propagandą 😉

(Swoją drogą, mamy około pierdyliona zdjęć z Prypeci, a chcę Wam jeszcze troszkę poopowiadać o czym innym, więc mam nadzieję, że nie macie nic przeciwko temu, żeby one już teraz zaczęły się pojawiać.)

Wiecie, ja zdaję sobie sprawę, że mówiąc mieszkańcom Prypeci, że za 3 dni wrócą do swoich domów, kłamali z premedytacją. Przynajmniej ci na górze, bo szeregowi żołnierze czy policjanci tylko wykonywali rozkazy -żeby zapobiec panice i nie opóźniać ewakuacji. Specjalnie używam form bezosobowych, bo przecież nie wiem, kto konkretnie kłamał. Ludzie zostawili w domach praktycznie wszystko, biorąc ze sobą tylko to, co miało im być potrzebne na ten króciutki okres. A umówmy się – nikt nie chciałby stracić wszystkiego, czego się w życiu dorobił, choć oczywiście nie to jest w obliczu takich tragedii najważniejsze. Z drugiej strony wiem też, że naprawdę bardzo mocno wierzono, że po pewnym czasie życie wróci do strefy – i to raczej wcześniej niż później. Zupełnie jak ubrany w garnitur pan z filmu dokumentalnego, który spacerując po świeżo opustoszałej Prypeci mówił, że to takie piękne miejsce, że ludzie muszą do niego wrócić. Miasto było wtedy bardzo młode, zupełnie jak jego mieszkańcy, których średnia wieku wynosiła zaledwie 26 lat.

Czemu wierzę, że pan w garniturze mówił to szczerze? Po pierwsze dlatego, że w momencie wybuchu reaktora numer 4 trwała budowa kolejnych jego braci numer 5 i 6. Na trochę ją przerwano, ale później kontynuowano. Część pracowników powiększonej elektrowni miała zamieszkać właśnie w Sławutyczy, dlatego zbudowano tam pewną ilość mieszkać ,,na zaś”. Rozbudowę ostatecznie oczywiście przerwano, ale początkowo naprawdę wszyscy myśleli, że będzie dobrze i po staremu. Teraz już wiemy, że nie było i nie jest, a ludzie tam nie wrócą. Mieliby problemy chociażby z zasięgiem sieci komórkowych 😉 Pojawiły się więc plany zagospodarowania zony poprzez umieszczenie tam dużej liczby paneli słonecznych. W Czarnobylu znów produkowany byłby prąd. Po 31 latach przerwy?

Otóż nie! Nieuszkodzone reaktory przestały produkować energię elektryczną ze względów bezpieczeństwa dobę po katastrofie. Uruchomiono je jednak ponownie; bloki numer 1 i 2 zaczęły znów działać już jesienią roku 1986, zaledwie kilka miesięcy po katastrofie; reaktor numer 3 – rok później. I to blok numer 3 zamknięto na dobre też najpóźniej, pod koniec… 2000 roku. Dopiero wtedy, pod międzynarodowym naciskiem, elektrownia przestała tak naprawdę funkcjonować. Przynajmniej jeśli chodzi o produkcję prądu 🙂

Co dzieje się tam w takim razie teraz? Ogromnym przedsięwzięciem była oczywiście budowa nowego sarkofagu. Montowano go na placu w pobliżu reaktora, a dopiero później nałożono na stary. Prace trudno jednak uznać za zakończone, bo na terenie elektrowni nadal przechowywane są zużyte pręty paliwowe. Z tego co wiem, to po ich usunięciu reaktor pod sarkofagiem ma zostać zrównany z ziemią i dlatego w konstrukcję wbudowano od razu maszyny takie jak dźwigi.

Drugie pytanie, jakie się nasuwa w naturalny sposób to: jak ludzie pracowali i pracują w tak zanieczyszczonym terenie? No i powiem Wam, że ,,zanieczyszczony” użyte przeze mnie w odniesieniu do obecnego otoczenia elektrowni porządnie wkurzyło naszego przewodnika. I ja mu się właściwie nie dziwię. Tysiące ludzi pracowało tuż po katastrofie przy usuwaniu jej skutków – dekontaminacji. Nazywa się ich likwidatorami. To oni z narażeniem zdrowia i życia pracowali na terenie tysiące bardziej napromieniowanym niż teraz. Dzięki nim nie tylko możemy sobie tam teraz spokojnie chodzić, ale także możliwa była wiara w dalsze funkcjonowanie elektrowni. I znając życie, pewnie o to drugie bardziej chodziło w naszym okrutnym świecie.

Znane są historie pilotów zrzucających piasek na płonący reaktor. Słyszeliśmy o ,,biorobotach”(żywych robotach), którzy usuwali gruz napromieniowany tak, że maszyny się psuły przy tej pracy. A wiecie, o kim nikt nam nie powiedział? Pozwólcie, że opowiem Wam historię. Jednym z punktów zwiedzania Prypeci była wizyta na stadionie, którego podobno nawet oficjalnie nie otwarto. Zorganizowano tam jedynie pojedyncze imprezy sportowe z jakichś ważnych okazji, otwarto okoliczny park, był nawet kort tenisowy. Katastrofa zastała w magazynach chociażby niepołożoną nigdy nawierzchnię bieżni. Ponoć leży tam do dziś.

Że wszystko w strefie zmieniło się w las, to już nas nie powinno dziwić. Ale mnie i tak zdziwiło na stadionie raz jeszcze. Szliśmy sobie wśród drzew, drzewa jak każde inne – całkiem wysokie, dość gęste – a przewodnik mówi, że o tu to było boisko piłkarskie. Gdyby nie trybuna, to bym chyba mu nie uwierzyła.

W jednym z miejsc na terenie tego kompleksu sportowego, przy wyasfaltowanej kolejce przewodnik pokazał nam, że ziemia jest znacznie niżej niż ta alejka. No faktycznie! Spytał, czy wiemy czemu. Nie wiemy. Okazało się, że z ogromnego obszaru wokół reaktora została usunięta wierzchnia, najbardziej napromieniowana warstwa gleby. Koparkami? Nie, łopatami! Trzymanymi w rękach przez żywych ludzi, o których teraz się nie mówi! Nieźle to mną wstrząsnęło! Serio! Wtedy już w pełni zrozumiałam, dlaczego pan przewodnik tak się oburzył na tą moją ,,zanieczyszczoną” strefę. Zanieczyszczona to była wtedy, jak oni machali tymi łopatami. Teraz na stadionie można odnotować promieniowanie w granicach 1 µSv/h. A tuż pod sarkofagiem, bo pewnie tego też jesteście ciekawi? Od 0,7 do 1,6 µSv/h. To nawet kilkanaście razy więcej niż w miejscu, w którym jesteście teraz czytając mój wpis, jednak jest to wartość niezagrażająca zdrowiu obecnych pracowników elektrowni.

Ze stosunkowo wysokiego poziomu promieniowania słynie za to nadal Czerwony Las. I po pierwsze, to już wcale nie jest czerwony, spalone drzewa odzyskały zielony kolor. To niesamowite, jak natura się odradza! Las miał pecha, bo znalazł się na bezpośredniej drodze pierwszej chmury promieniowania po wybuchu. Tej najsilniejszej. No i oczywiście nikt nie będzie usuwał gleby z całego lasu, żeby go oczyścić. Stojąc na środku drogi, przy której znajduje się ten znak, odnotowaliśmy zaledwie 0,5 µSv/h. Przy samym znaku już 3. Dalej nie pozwolono nam iść, ale jadąc przez las śladami wspomnianej chmury uzyskaliśmy pomiary takie jak 5,9 czy 12,5 µSv/h – po tylu latach i to w zamkniętym aucie. Na tej drodze znajduje się most, z którego podobno pięknie było widać płonący reaktor. Tuż po katastrofie ludzie właśnie tam wychodzili popatrzeć, co się dzieje. Nieświadomość poziom milion.

Chciałabym, żeby następny post, ostatni z czarnobylskiej serii, był swoistym (głównie fotograficznym) hołdem dla Prypeci, dlatego tutaj muszę poruszyć jeszcze jeden prozaiczny temat, który potem zakłóciłby nam powagę wspomnień. Otóż, zorganizowane wycieczki do strefy są często wyśmiewane przez ,,prawdziwych stalkerów” – że z przewodnikiem za rączkę; że jak Azjaci na wycieczce – jedziemy, wysiadamy, robimy zdjęcia, jedziemy dalej; że siusiu trzeba robić na zawołanie. Domowe przedszkole. Trochę jest w tym racji, ale już doskonale wiecie, że mi to nie przeszkadzało. Jakby ktoś marzył o siusiu w czarnobylskim lesie, to przecież teoretycznie nikt mu nie zabroni. A gdyby jednak nie marzył, to pozostają mu miejsca reklamowane przez przewodnika jako ,,good toilets”. No nie, nie są good. Zdjęcie jest zbyt obrzydliwe, by Wam je pokazać. Ale zwizualizujcie sobie elementy takie, jak zakamieniona spłuczka bez pokrywki czy szczotka klozetowa stojąca w pojemniku zrobionym z uciętej plastikowej butelki. Albo zwykłe rozciapane mydło w kostce, używane przez nie wiadomo kogo wcześniej. A rączki w strefie trzeba przecież myć!

(Taką maszyną na stołówce i przy wyjeździe sprawdzano, czy nie przyjęliśmy zbyt wysokiej dawki promieniowania. Jeśli nasze ubranie okaże się napromieniowane, to zostaje nam zarekwirowane. Podobno nigdy się to jeszcze nie zdarzyło, ale groźba powrotu do Kijowa w samych skarpetkach nie była zbyt kusząca 😉 Pewnie daliby nam w zamian jakiś gustowny kombinezon. )

Wyjątkiem od tych toaletowych standardów nie jest niestety stołówka w zonie i bardzo się cieszyłam, że nie wykupiliśmy sobie lunchu. Za $5 ludzie dostawali barszcz ukraiński; ryż z bułką (!), surówkami i jakimiś smutnymi kawałkami mięsa oraz kompot. Wszyscy tylko podziubali swoje jedzenie i większość zostawili. Albo było takie niedobre, albo też im się odechciało jeść… Gdybyście jednak chcieli skusić się na lunch w strefie, to z ciekawostek logistycznych – podobno można go wykupić tylko z góry, a na miejscu już absolutnie nie i przewodnik podkreślał to kilkakrotnie. Ale i tak widziałam osoby decydujące się na niego i płacące już na miejscu.

Drugą rzeczą podkreślaną przez przewodnika odnośnie jedzenia i picia było to, że postój na stacji benzynowej jest ostatnią okazją, żeby sobie coś kupić. Niespecjalnie mu wierzyłam, bo byłam przekonana, że np. stołówka musi sprzedawać chociaż jakieś napoje czy batoniki. I kto miał rację? Zremisowaliśmy! Przynajmniej napoje można było jeszcze kupić w sklepiku z pamiątkami przy wjeździe do strefy. A na stołówce? To miejsce i jego pracownice (w takich fartuszkach ze sztucznego materiału, na przykład granatowych w białe kropki) wyglądały tak, jakby zatrzymały się w okolicy roku 1970. I faktycznie nie dało się tam poza daniem obiadowym kupić nawet wody. Tak więc kolejna rada – zapasy! Ja nie chciałam zbyt wiele brać ze sobą brać w obawie, że musiałabym to nosić, a tymczasem raz zajęte w busie miejsce jest już do końca wyjazdu nasze i możemy sobie zostawiać tam, co tylko chcemy.

c.d.n.

4 myśli na temat “Spóźniliśmy się! – Czarnobyl cz. VI.”

    1. Dziękuję Asieńko, strefa faktycznie ma tyle tajemnic, że nawet bez specjalnego zmyślania można w niej taką książkę osadzić 🙂

  1. Bardzo ciekawie opisane 🙂 Moge sobie tylko wyobrazic jakie to musi byc przezycie zobaczyc to wszystko na wlasne oczy!
    A co do standardow toaletowych to niestety doswiadczylam tego na wlasnej skorze we Lwowie 😀

    1. Hej! Bardzo miło Cię tu widzieć i strasznie się cieszę, że mój słowotok o Czarnobylu Ci się spodobał 😉 co do przeżycia – masz zupełną rację – po powrocie dobry tydzień dochodziłam do siebie, a wspominam do dziś. A standardy toaletowe, jak to ładnie nazywasz… Teraz jestem już po trzech razach na Ukrainie i jestem zdania, że jak nie ma tzw. toalety tureckiej, to już nie ma co wybrzydzać 😉 A do Lwowa nam z kolei jakoś zawsze nie po drodze – za blisko, żeby lecieć, za daleko, żeby jechać 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *