Co nam grozi na Ukrainie? – Kijów cz. I.

Porzućmy na chwilę poprawność polityczną i zastanówmy się wspólnie, co mówi się w naszym kraju o Ukrainie. Pomińmy przy tym wszelkie historyczne kwestie i skupmy się na ,,tu i teraz”. Co przychodzi Wam do głowy?

Jestem osobą raczej pozbawioną uprzedzeń, ale krótki przegląd tego, co mi mówiono przed wyjazdem mogę zacząć od tego, że na Ukrainie nadal nie lubią Polaków, więc na pewno zostaniemy tam napadnięci i pobici. Poza tym, kraj jest tak zacofany, że po hotelu i miejscach publicznych powinnam się spodziewać wszystkiego, co najgorsze. Przykładowo, niesamowicie brudnych tureckich toalet (takich, w których się kuca). Wszędzie miał być syf, kiła i mogiła plus ewentualnie wszy i karaluchy w gratisie. I jeszcze drogi w strasznym stanie. O, a kobiety się stroją, żeby złapać dobrego męża. Mężczyźni z kolei popylają w poliestrowych sweterkach w dziwne wzory, opcjonalnie w ortalionowych dresikach. I oczywiście piją jeszcze więcej niż Polacy, a alkohol i wszystko inne kupuje się w zapyziałych, podejrzanych sklepikach. I… mogłabym jeszcze dość długo kontynuować.

Takie rzeczy opowiadało mi tak wiele osób, że do pewnego czasu na pomysł Tomasza, by wybrać się na Ukrainę, reagowałam mniej więcej tak yyy, no wiesz, jeśli bardzo chcesz, to możemy jechać, no ale może jednak nie? Aż do momentu, gdy kupił bilety i postawił mnie przed faktem dokonanym. Z umiarkowanym entuzjazmem spakowałam walizkę, pocieszając się tym, że w końcu odwiedzę swój wymarzony Czarnobyl. A reszta pobytu jakoś zleci, prawda? Przy okazji skonfrontuję te opisane wyżej opowieści z rzeczywistością, bo niejednokrotnie pochodziły one od osób, które same nie były na Ukrainie. I jak dobrze pójdzie, to wrócę cała i zdrowa 😉

(Abstrahując od opowieści, kwestią stawiającą nasze bezpieczeństwo pod realnym znakiem zapytanie może być nadal trwająca w Donbasie wojna, no ale tam się raczej nikt turystycznie nie wybiera. A przynajmniej nie ja. Poza tym Euromajdan to tak niedawne wydarzenia, że można mieć wątpliwości co do tego, na ile sytuacja w Kijowie się ustabilizowała.)

No, to teraz już możemy spróbować ustalić, co grozi nam naprawdę. Na pewno delikatny szok związany z ruchem drogowym. Ja już wcześniej wiedziałam, że Ukraińcy czują silną niechęć do zbyt długiej jazdy jednym pasem, strasznie się niecierpliwią i jeśli tylko mogą zaoszczędzić na tym kilka sekund, to będą jechać dosłownie slalomem. Przy czym nie ma co liczyć na to, że zmiana pasa będzie łagodnym manewrem i praktycznie za każdym razem mamy wrażenie, że centymetry dzielą nas od stłuczki. A teraz wyobraźmy sobie, że w taki sposób jedzie praktycznie każdy kierowca. W tym wiozący nas taksówkarz, który dość intensywnie przez cały czas korzysta ze smartfona – rozmawia, coś sobie klika, spogląda na ekran jakby trochę za długo. Nie używa za to kierunkowskazów, to chyba nie jest modne na Ukrainie.

W sytuacji, kiedy na dwóch pasach momentami mijają się po trzy samochody nie wiem, jakim cudem nikt się z nikim nie zderza. Co ciekawe, rzadko słyszymy też klakson. Z drugiej strony, chyba mieliśmy szczęście, bo aut po stłuczkach jest na ulicach mnóstwo. Nawet gdyby nam za darmo wynajęli auto, to i tak nie chcielibyśmy jeździć po Kijowie jako kierowcy. Często widzimy też szyby przyciemnione w sposób, jaki jest nielegalny w Polsce – mocno i wraz z tą przednią. Dziury w drogach faktycznie są i to w takiej ilości, że niekoniecznie da się je omijać. A pan taksówkarz dodatkowo wybiera jakieś dziwne skróty. To się nazywa bumpy ride. Niesamowicie dziurawe są też chodniki, trzeba uważać dosłownie na każdy krok.

Ale zaraz, zaraz… Pan taksówkarz, lat około 50, na tej zacofanej Ukrainie ma smartfona?! 😉 I co my w ogóle robimy w taksówce, na jednym z naszych ekonomicznych wyjazdów? Ze względu na te skróty nie potrafię powiedzieć, ile dokładnie kilometrów przejechaliśmy, ale na pewno co najmniej 9. Zwykłą taksówką wziętą z postoju – co prawda nie na samym lotnisku, ale dosłownie 100 m od terminala, przy przystanku autobusowym. Stamtąd wg internetowych porad miało być znacznie taniej. No i chyba było, bo zapłaciliśmy równowartość 16 zł. W europejskiej stolicy możnaby się spodziewać znacznie wyższych cen. Sam samochód był ładny, choć może troszkę bardziej brudny w środku niż standardy, do których jesteśmy przyzwyczajeni, ale też bez przesady. Droga powrotna przebiegła bardzo podobnie, chociaż miałam wątpliwości co do tego, czy pani z recepcji zadzwoniła po taksówkę, czy po kolegę – przyjechało nieoznaczone auto z dziecięcym fotelikiem na tylnym siedzeniu.

Zaskoczeniem miał okazać się również hotel. Wszystko wskazywało na to, że mogą spełnić się stereotypy o Ukrainie. A dlaczego? Co prawda lobby było imponujące – ogromne i znów takie, że 30 lat temu na pewno powiedziałabym: Marian, tu jest jakby luksusowo. I ta plastikowo-marmurowa winda, z namalowanymi złoceniami i starodawnymi przyciskami. Plus bogato zdobiona restauracja – cała w lustrach (i pusta). Można sobie tam zorganizować wesele, o czym dowiedziałam się z folderu ze zdjęciami rodem z roku 2000. Ale… na recepcji spotkaliśmy gościa hotelowego, który po angielsku, podniesionym głosem, prosił o natychmiastową zmianę pokoju, bo ten, który dostał, jest nie do przyjęcia. Coś usłyszałam o brudzie, coś o kołdrze i materacu, coś, że nie da się położyć w takim łóżku. No i powiem Wam, że to był moment, kiedy w głowie zaczęłam sobie tworzyć plan B, czyli złapanie gdzieś wi-fi i poszukiwania innego hotelu. Ten był co prawda opłacony, ale za 3 noce (przez makemytrip) była to kwota niespełna 30€. Jakoś przeżylibyśmy ich utratę i powinno się nam udać znaleźć inne niedrogie miejsce. A propos uwielbienia do absurdalno-tandetnych zdobień, spójrzcie tylko na ten kiosk 😉

Zanim uciekniemy, postanowiliśmy jednak zobaczyć nasz pokój. Po zameldowaniu trwającym sto lat (sprawdzenie dokumentów; wypełnienie jakichś formularzy; podejrzenie, że nie opłaciliśmy rezerwacji; jedna pani miła, druga tylko przewracająca oczami; trochę po angielsku, trochę po rosyjsku, trochę po polsku; narastająca potrzeba ucieczki w podskokach), wsiedliśmy do wspomnianej już windy. Gdy drzwi się otworzyły na naszym piętrze, poczułam bardzo silny zapach dymu papierosowego. Nie taki z cyklu ,,ktoś wypalił tu jednego papierosa”, tylko raczej ,,ludzie wypalili tu już pierdylion papierosów i wszystko nimi przesiąkło”. WTF – pomyślałam sobie i jakimś cudem zwalczyłam chęć, by zrobić w tył zwrot. Jako źródło tego smrodu zidentyfikowałam znajdującą się naprzeciwko wind palarnię, z zamkiem na kartę. To się nazywa nowoczesność!

Na szczęście nasz pokój znajdował się na drugim końcu korytarza, oddzielonego od palarni jeszcze jednymi, bardzo ciężko otwierającymi się drzwiami i tam już ten zapach nie dochodził. Umilał nam jedynie każde oczekiwanie na windę. Przy okazji, warto pamiętać o innej numeracji pięter. Parter = 1, pierwsze piętro = 2 i tak dalej. Poza tym, od razu trzeba się przyzwyczaić do obecności napisów w większości miejsc tylko ukraińskim alfabetem. Gdyby nie to, że Tomasz zna bardzo zbliżoną grażdankę (powszechnie nazywaną – błędnie jak się okazuje – cyrylicą), to nawet nie wiedziałabym, czy w windzie wciskam START czy SERWIS. Chcąc nie chcąc, sama pod koniec pobytu umiałam już trochę czytać po ukraińsku. Gdybyście się tam wybierali bez kogoś znającego ukraiński/rosyjski, to całkiem na poważnie warto sobie zabrać jakąś ściągę z literek albo trochę się ich pouczyć przed wyjazdem.

Z tymi ciężko albo dziwnie otwierającymi się drzwiami to coś jest na Ukrainie na rzeczy, bo praktycznie każde takie są i trzeba się z nimi siłować. No i z papierosami też – palą wszyscy i wszędzie. Nasz przesympatyczny przewodnik na pieszych wycieczkach odpalał praktycznie jednego papierosa od drugiego. Pomijam kwestię świadomości konsekwencji zdrowotnych, w tym dla biernych palaczy… W Polsce pewnie ludzie też by więcej palili, gdyby paczkę niezłych papierosów można było kupić za 3 zł. Na Ukrainie w pełni zrozumiałam, o co chodzi zachodnim krajom (np. Wielkiej Brytanii) windującym ceny papierosów do takiego poziomu, żeby ludziom odechciało się je kupować. To chyba całkiem skuteczny sposób walczenia z popularnością tego nałogu.

Przy okazji, kompletnie nie mogę sobie darować, że dopiero na lotnisku przypomniałam sobie, że na Ukrainie dostępne są kolorowe Sobranie Cocktail. W sklepie wolnocłowym kosztowały już 4€ za paczkę, normalnie byłyby ponad dwa razy tańsze. Następnym razem postaram się nie zapomnieć o takim prezencie dla znajomych palaczy 🙂

A nasz pokój? Cóż, kompozycja wzorów na zasłonach, dywanie i narzutach nieco ugodziła w moje (ciut mniej wschodnioeuropejskie niż ich) poczucie estetyki. Trochę to wszystko wyglądało, jakby faktycznie przez dobre 30 lat było intensywnie używane. Ale… mieliśmy sporą lodówkę, a dla mnie wyjazd bez zimnych napojów to wyjazd bardzo trudny. I klimę. Na korytarzu był dystrybutor z gorącą wodą, co oznaczało, że kawy mi też nie zabraknie. I było bardzo czysto, szczególnie w łazience, gdzie czekał na nas też milion śnieżnobiałych ręczników. A przywiozłam nawet swój, w obawie, że hotelowych nie będę chciała dotknąć.

Nasz pierwszy dzień zakończyliśmy dwoma spacerami po okolicy. Pierwszy był gorzko-słodki. Niby normalne miasto, niby jak Warszawa, ale pewne elementy bardzo mi się nie zgadzały. Z jednej strony nasz hotel sąsiadował z luksusowym, strzeżonym budynkiem, z którego akurat wyjeżdżało drogie, terenowe auto z bardzo zadbaną blondynką za kierownicą. Dalej była oblegana restauracja z tarasem, gdzie też siedziało mnóstwo pięknych ludzi. Potem centrum handlowo-usługowe o nazwie typu VIP Alley, pod którym było więcej aut typu Lexus i Porsche, niż kiedykolwiek widziałam na raz w życiu.

A z drugiej? Na ulicach widać też bardzo stare pojazdy, sprawiające wrażenie, że za chwilę się rozpadną. Dokładnie tak wyglądał też mijający nas trolejbus. Stare wojskowe auto pełniło rolę pomocy drogowej. I jeszcze marszrutki – rozklekotane, pordzewiałe, zatłoczone busiki, które uzupełniają tam transport publiczny. Można nimi jechać za jakieś 65 groszy, no ale odmówiliśmy sobie tej wątpliwej przyjemności. Na brzegu chodnika, na rozkładanym stołeczku, przy rozkładanym stoliku siedziała staruszka, sprzedająca papierosy i słodycze. Na każdym kroku można kupić kawę z auta, takiego jak na zdjęciu niżej. Przejścia podziemne są nieoświetlone lub bardzo słabo oświetlone no i to w ogóle nie jest fajne. Za każdym razem słysząc kroki czy głosy za nami dosłownie podskakiwałam. No bo co jeśli to w tych tunelach biją Polaków? 😉

Jeśli chodzi o te wszystkie sprzeczności, to trochę jakbyśmy oglądali ,,Damy i wieśniaczki” na żywo. Czułam się tam strasznie nieswojo i przypadek zadecydował, że miałam okazję spojrzeć na Kijów trochę inaczej. Wieczorem zorientowałam się, że zapomniałam szczoteczki do zębów, gumki do włosów i notesu. Jak mogłam zapomnieć tylu rzeczy, skoro z wyjazdu na wyjazd pakowanie powinno mi iść coraz lepiej? 🙂 Tak właściwie to idzie, bo kosztuje mnie coraz mniej stresu. W końcu jak czegoś zapomnę to kupię, pożyczę lub obejdę się bez tego, prawda? No ale dla szczoteczki możliwa była tylko pierwsza opcja i byłam przekonana, że kupię ją na recepcji. Jednak nie, ale o tam, niedaleko, jest sklep otwarty do późna – tak mi powiedziała recepcjonistka. Modląc się, by jej nie urazić zapytałam, czy to bezpiecznie tak chodzić po okolicy o tej porze – było już ciemno i po 22. Po pewnych zdarzeniach w takich sytuacjach nawet w swoim mieście nie wychodzę sama, jeśli naprawdę nie muszę. Pani na to, że taaak, spokojnie, proszę iść, sama chodzę.

No to poszłam. Z portfelem w ręku i w klapkach, bo nie sądziłam, że wybieram się poza budynek. Wtedy zobaczyłam, że Kijów nadal tętni życiem, ulice są pełne świateł i aut, w restauracji wciąż jest komplet roześmianych osób, a mnóstwo ludzi robi jeszcze zakupy… I nie, nie wyglądają, jakby chcieli mi zrobić krzywdę, ani jakby zatrzymali się w czasie kilkadziesiąt lat temu. Wtedy pierwszy raz (i już na dobre) wyzbyłam się lęku i uprzedzeń; przestałam być podejrzliwa w stosunku do wszystkiego. Chociaż tu przypominają mi się słowa Tomasza: pamiętaj, że nie byłaś na Ukrainie, tylko w Kijowie. Tak więc Wy też pamiętajcie, że moje wrażenie dotyczą tylko stolicy, nie całego kraju.

P.S. Przy okazji zakupu szczoteczki do zębów (za mniej niż złotówkę), stałam się też właścicielką frotki. To taka gumka do włosów obszyta materiałem, często welurem, która u nas wyszła z mody jakieś 15 lat temu. Na Ukrainie nadal wszyscy je noszą. Kupiłam też zeszyt, w szaro-niebieskiej makulaturowej okładce. Zupełnie taki, w jakich pisali dobre 50 lat temu moi rodzice…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *