Słonina, chleb ze złota i Putin – Kijów cz. II.

Zwykle omijam stoiska z pamiątkami szerokim łukiem. Nie chce mi się nawet oglądać tego badziewia, które wszędzie wydaje się takie samo – zmienia się tylko nazwa miasta. Ale nie na Ukrainie! Możemy kupić sobie breloczek z zawieszką w kształcie… słoniny. Serio! To się nazywa dystans do siebie, chociaż obraz postawnego faceta w futrzanej czapie, ze słoniną w jednej ręce, a wódką w drugiej przypisałabym raczej Rosjanom. Podobnie jak matrioszki, które w Kijowie można kupić zarówno w wersji tradycyjnej, jak i na przykład z wizerunkiem Hello Kitty. No i to jest już przesada! I piszę Wam to ja, największa wielbicielka Hello Kitty, jaką znacie. Oczywiście wśród tych, które ukończyły 5 lat. A wracając do Ukraińców, to przecież oni nie chcą mieć już nic wspólnego z Rosjanami! Więc o co w tym wszystkim chodzi? Po wizycie w Kijowie stwierdzam, że… status związku: to skomplikowane.

I nawet nie do końca wiem, od czego zacząć. Może od tego, co powiedział mi pewien młody Kijowianin, nomen omen absolwent filologii rosyjskiej – języka, który jako element rusyfikacji jest podobno znienawidzony na Ukrainie. Tymczasem on stwierdził, że rosyjski to po prostu jego język, bez żadnych negatywnych skojarzeń i właściwie to nie ma co się dziwić – to nadal język dominujący w wielu regionach kraju. Rosjanie mu przecież nic nie zrobili i nie można zwykłych ludzi obarczać winą za poczynania przywódców politycznych – obecnie Putina. Nasz nowy znajomy twierdzi, że jedynie do Władimira ma żal i że jego działania odczuł na własnej skórze. Na przykład, nie może już w wakacje wybrać się nad morze na Krym, a było to ich rodzinną tradycją. A nawet, gdyby mógł, to i tak by nie chciał, bo podobno na terenie półwyspu, wśród osób o prorosyjskim nastawieniu, niebezpiecznie jest chociażby mówić źle o Putinie. A w Kijowie można i sądząc po popularności pewnej pamiątki – nikt nie przepada za nim. Otóż, wizerunek Putina znajdziemy wydrukowany na… papierze toaletowym!

Teraz powoli przejdziemy do mojej dalszej nieprofesjonalnej analizy stosunków ukraińsko-rosyjskich, oczywiście tych współczesnych. Mimo pewnych różnic kulturowych, jedno z moim pierwszych wrażeń na temat Kijowa było takie, że to bardzo europejskie miasto i bez trudu mogłabym sobie je wyobrazić jako część Unii Europejskiej. W przeciwieństwie do Bukaresztu, który niby w Unii jest, a niewiele na to wskazuje, ale o tym innym razem. Kiedy wysiadamy z metra na stacji Majdan Niezależności, widzimy właśnie Majdan, przedzielony na pół dość ruchliwą, szeroką ulicą. Plac tętni życiem, jest tam mnóstwo ludzi, zupełnie takich, jak my i ciężko jest wierzyć nie tylko w stereotypy, ale i w to, co działo się tam zaledwie 3 lata temu. Widzimy fontanny, pomniki, liczne kawiarenki, przeszklone wejście do centrum handlowego, restaurację McDonald’s. Jeśli zaś chodzi o ludzi, to im więcej miałam z nimi kontaktu, tym bardziej postrzegałam ich jako otwarty, pozytywny, młody duchem i kreatywny naród.

Wystarczy jednak przejść kawałeczek dalej, na wybrukowaną uliczkę, biegnącą obok hotelu Ukraina, by przypomnieć sobie o tragicznych wydarzeniach, których świadkiem był Plac Niepodległości. Jeśli jednak liczymy na jakiś pomnik ku czci ofiar, to możemy się mocno rozczarować – nie upamiętniono ich w żaden oficjalny sposób. Za to wycięto nawet drzewa wokół Majdanu, by ślady pocisków na nich nie zdradziły, skąd padały strzały snajperów do protestujących. Władzom najwyraźniej zależy, by świat jak najszybciej zapomniał o Rewolucji Godności. No i faktycznie nie mają się czym chwalić, bo mi osobiście ciężko jest zrozumieć, że wydarzenia Majdanu mogły w ogóle mieć miejsce we współczesnym, cywilizowanym świecie. Tym bardziej ofiarom należy się szacunek i pamięć i dbają o to ich bliscy, tworząc ołtarzyki ze zdjęciami. Bardzo się cieszę, że nikt nie ma odwagi ich usunąć, chociaż pewnie niejeden by chciał.

Żeby było ciekawiej, na Majdanie stoi Monument Niezależności, ale w ogóle niezwiązany z wydarzeniami, o których piszę. To ta pani na kolumnie ze złotymi elementami, z gałązką kaliny nad głową, którą widzicie między innymi poniżej – słowiańskie bóstwo Berehynia, patronka przykładowo rzek. I już ta symbolika jest interesująca, bo odwoływanie się do pogańskich bóstw w XXI w. jest nieco dziwne. Wiecie, Hitler też szukał korzeni rasy w germańskiej mitologii, a każdy ustrój komunistyczny łączy się z wyparciem chrześcijaństwa, którego doktryną jest prawosławie. Ale co ja tam wiem. Pomnik wzniesiono w 2001 roku, by uczcić 10-lecie ogłoszenia niepodległości Ukrainy. Jakiej niepodległości?! – pomyślicie sobie i słusznie. Tomasz mądrze stwierdził ostatnio, że jak ktoś mówi, że jest niezależny, to trzeba go spytać od kogo. I tak na przykład TVP jest oczywiście telewizją niezależną – od ,,opozycji”. A Ukraina wtedy przestała podlegać Związkowi Radzieckiemu, bo nie da się podlegać czemuś, co nie istnieje.

Ale zamienił stryjek siekierkę na kijek i do prawdziwej wolności jeszcze im było daleko. Doskonale o tym wiedziałam, ale jeśli chodzi o Majdan, to miałam w głowie bardzo uproszczoną wizję, za którą mi obecnie wstyd  wobec ofiar, których prawdziwej liczby pewnie nigdy nie poznamy. Mówi się, że było ich nieco ponad 100 i mówi się też, że niemal 800. Oficjalne śledztwo oczywiście niewiele wyjaśniło – nikogo nawet nie obarczono odpowiedzialnością za strzały – co za niespodzianka! Przed wyjazdem na Ukrainę żyłam sobie w przeświadczeniu, że Majdan przebiegł według schematu: zła niedobra władza ⇒ bunt obywateli ⇒ zamieszki ⇒ ofiary ⇒ wymuszony ,,kompromis”. I właściwie to tak było, ale w moim myśleniu kompletnie brakowało empatii; nie zastanawiałam się zbyt głęboko, co tak naprawdę kierowało protestującymi. To wszystko zaczęłam rozważać i rozumieć dopiero w Kijowie.

Musimy się na sekundę cofnąć do Pomarańczowej Rewolucji, wydarzeń z przełomu lat 2004 i 2005. W wyborach prezydenckich swoimi przeciwnikami byli wówczas: Janukowycz, czyli jedyny słuszny, bo posłuszny Rosji kandydat oraz Juszczenko – kandydat opozycji. Tego drugiego próbowano wyeliminować podczas kampanii poprzez otrucie – na pewno wszyscy pamiętamy jego oszpeconą twarz. No ale się nie udało, a obywatele nie chcieli jakoś glosować po myśli ówczesnych władz – były to przecież wybory polegające na wyborze Janukowycza. Co tu robić, co tu robić?! Sfałszujemy wyniki, nikt się nie zorientuje! No ale się zorientowali. W ramach pokojowego protestu obywatele Ukrainy po raz pierwszy wyszli na Majdan, popierani między innymi przez Unię Europejską. Firmy dawały pracownikom dni wolne, by mogli udać się na Majdan; emeryci przynosili im jedzenie – podobnie zresztą było 10 lat później. Udało się im doprowadzić do powtórzenia wyborów; poczuli, że jednak mogą coś zmienić; wybory wygrał Juszczenko i żyli długo i szczęśliwie…

No niestety nie! Kadencja wyniszczonego chorobą Juszczenki okazała się znacznie mniej rewolucyjna, niż się spodziewano. Może facet po prostu nie miał siły na wywracanie Ukrainy do góry nogami, może niewiele mógł, a może chodziło o coś innego. Tak czy siak sytuacja była wymarzona dla Janukowycza. Wrócił w wielkim stylu, przebrany za łagodną owieczkę i głosił hasła o Ukrainie jako części Europy. Nie do końca rozumiem, dlaczego ludzie mu uwierzyli. Pewnie cieszyli się z tego, że w końcu będą mogli swobodnie podróżować po świecie – uzyskanie pozwolenia na wyjazd do Wielkiej Brytanii jeszcze do niedawna wiązało się podobno z kilkugodzinnym ,,przesłuchaniem”. Pewnie Juszczenko – zwany nadzieją Ukrainy, uczciwy, wykształcony, przystojny – strasznie ich zawiódł. Pewnie po prostu niespecjalnie mieli inny wybór. Więc wybrali Janukowycza i wierzyli, ze wszystko będzie dobrze.

I początkowo pozornie było. Europa, Europa, a potem dupa. Podobno Janukowycz dosłownie w ostatniej chwili wycofał się z podpisania umowy stowarzyszeniowej z UE. Przecież ekonomiczna współpraca z Rosją będzie dla Ukrainy lepsza! Ludzie poczuli się oszukani, znów dali się nabrać, znów wyszli na naiwniaków. Cholera, jak to musiało boleć… Euromajdan również zaczął się jako pokojowy protest studentów, których próbowano rozpędzić siłą. To nie tylko się nie udało, ale przyciągnęło na Plac Niepodległości wszystkich tych ludzi, których my sobie spokojnie oglądaliśmy w telewizji. Tym razem to władze poczuły się bezradne – cały świat patrzy, a tu taki wstyd. Coś trzeba z tym zrobić! No i zrobili, a rozwiązania siłowe do których się uciekli to jedne z najkrwawszych wydarzeń we współczesnej Europie. W międzyczasie próbowali jeszcze półśrodków, takich jak opłacanie kontrprotestantów, którzy mieli wyrażać swoje wielkie poparcie dla władzy. Ostatecznie zostawiono ich podobno bez pieniędzy, odpowiednich na zimę ubrań i transportu do domu – bo przywożono ich całymi autobusami z jakichś odległych wiosek.

A Janukowycz? Uciekł do Rosji, obawiając się o swoje życie. I podobno mieszka mu się tam całkiem nieźle – jeśli jesteście ciekawi, to warto o tym gdzieś poczytać (bo mój post i tak się już robi przydługi). W końcu ciężko byłoby mu odzwyczaić się od dotychczasowego poziomu życia. Jego ukraińska rezydencja w Międzygórzu jest obecnie dostępna do zwiedzania i wybierzemy się tam następnym razem, gdy będziemy na Ukrainie. Jest nazywana muzeum łapówkarstwa i można tam zobaczyć między innymi mini-zoo czy kolekcję luksusowych samochodów. I 9-kilogramowy bochenek chleba wykonany ze złota! Jego miniaturki też znajdziemy na pamiątkowych breloczkach.

W pobliżu Parlamentu i innych rządowych budynków znajduje się z kolei lądowisko, wybudowane specjalnie dla helikoptera Janukowycza. No co, miał chłop pół godziny jechać samochodem przez Kijów?! 😉 Władza na Ukrainie chyba niestety wciąż psuje ludzi. Nie znam nazwiska człowieka, ale był sobie pan, który działał bardzo aktywnie na Majdanie. Straszył Janukowycza, że protestanci dopadną go w jego domu i takie tam – nic dziwnego, że biedny zwiał, nie zabierając ze sobą nawet złotego chleba. No i pan z Majdanu zdobył oczywiście ogromne poparcie społeczne, wybrano go nawet do Parlamentu. Podobno wystarczył zaledwie rok, by zarobił na własne luksusowe auto, dom i całą resztę. I nietrudno się domyślić, że z pensji mu raczej na to nie starczyło.

Polityka na Ukrainie podobno nadal jest zdecydowanie zbyt blisko związana z biznesem. Teraz to pewnie trochę jak podczas transformacji ustrojowej w Polsce, na której dużo osób zbudowało swoje wielkie fortuny. O tym też warto poczytać. Korupcja wydaje się obecnie największym problemem na Ukrainie. Mówi się jednak o niej otwarcie, ale nie jestem pewna, czy walka z nią będzie łatwa. Przecież nie wszystkim jest to na rękę i na pewno rządzi Ukraińska wersja moralności Kalego. Jak Jurij musieć dać łapówka to źle, ale jak Jurijowi dawać łapówka, to dobrze.

Jedno wiem na pewno – Ukraińcy patrzą w przyszłość z ogromnym optymizmem. Są pełni nadziei – zarówno w stosunku do rzeczy małych, jak i tych całkiem dużych. Wierzą, że będąca obecnie brudnym ściekiem mała rzeczka płynąca przez Kijów zostanie oczyszczona, a wokół niej powstanie śliczny park. Z podobną ufnością czekają na wolną od przekupstwa Ukrainę w Unii Europejskiej. No i ja im naprawdę mocno kibicuję!

P.S. Czy to nie zabawne, że w Kijowie nadal stoi ogromny (serio! zerknijcie tylko, jak góruje nad budynkami) pomnik przyjaźni ukraińsko-rosyjskiej? Mieszkańcy śmieją się, że zimny metal symbolizuje chłód tych stosunków. Tęczę podobno kiedyś nawet odmalowano z jakiejś okazji na kolorowo, ale nie jestem pewna, czy nie zmieniło to przekazu monumentu w niepożądany sposób 😉 W końcu panowie to oczywiście ,,bracia” – Ukrainiec i Rosjanin, wyglądają nawet identycznie, bo przecież w ZSRR wszyscy mieli być sobie idealnie równi.

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *