Na Ukrainie jest Kijowo! ;) (cz. III)

#mnieśmieszy Tytuł oczywiście. Taki komentarz zamieścił ktoś na yt, pod jednym z filmów Polaka z Ukrainy. Sympatyczny chłopak i dobrze mu życzę. A wracając do tytułu, to i ja i Wy wiemy już, że kijowo nie jest. Ale tak właściwie to Kijowo jest nazwą tak samo nietrafną, jak spolszczony Kijów, bo okazuje się, że… Kijów jest kobietą. I powinna być ta Kijew – dumnie zwana matką rosyjskich miast, starszą chociażby od Moskwy. Ile jeszcze niespodzianek miało dla mnie w zanadrzu to miasto? Mnóstwo!

Zacznę od najbardziej bajkowego miejsca, w którym kiedykolwiek byłam – Alei Pejzażowej. Czytałam o niej, ale rzeczywistość przerosła moje wyobrażenia tysiąc razy. Byłam zachwycona i dosłownie biegałam dookoła, żeby wszystko dokładnie obejrzeć. Co dziwne, współtowarzysze naszej pieszej wycieczki nie podzielali mojego entuzjazmu. Jak można się nie cieszyć, będąc w świecie Alicji w Krainie Czarów?! No nic, wygląda na to, że oni wszyscy poza mną zabili albo wprowadzili w śpiączkę swoje wewnętrzne dziecko. Mam nadzieję, że Wy nie i że z przyjemnością obejrzycie część z miliona zdjęć, które na moją prośbę ze znudzoną miną robił Tomasz.

Podobno niewiele brakowało, by zamiast tego wszystkiego, co widzimy w tym cudownym parku, powstało centrum handlowe. Mieszkańcy Kijowa jednak stanowczo przeciwko temu zaprotestowali i temu zawdzięczają ten wybuch kreatywności, którego tak bardzo potrzebowali po latach socrealistycznej szarości. A ja mam dobry powód, żeby tam wrócić – tym razem nie udało mi się zlokalizować figury Małego Księcia z Liskiem – daru od centrum kultury francuskiej.

Czy już wychodzimy ze strefy zagrożenia cuteness overload? Absolutnie nie! W drodze do Złotej Bramy mijamy takiego oto przeuroczego jeżyka – bohatera radzieckiego filmu animowanego Jożyk w tumanie. Angielski tytuł też brzmi fajnie: Hedgehog in the fog. Tylko po polsku jakoś tak smutno: Jeżyk we mgle. Film otrzymał wiele nagród i według Wikipedii opowiada historię Jeżyka, który, zamierzając odwiedzić swojego przyjaciela Niedźwiadka, udaje się w drogę i gubi w gęstej mgle. Brzmi całkiem niewinnie, jak bajka dla trzylatków, ale nie dajcie się zwieść. Udało mi się ją odnaleźć no i powiem Wam, że to jedna z najbardziej niepokojących animacji, jakie zdarzyło mi się oglądać. Jest trochę jak horror – ciągle się tylko zastanawiamy co złego i z którego kąta wyskoczy. Ale koniec spoilerów, bo może ktoś będzie chciał obejrzeć – można na przykład TU.

Nieopodal spotkamy jeszcze perskiego kota imieniem Panteleimon, a raczej jego pomnik. Czym sobie na niego zasłużył? Według naszego przewodnika tym, że głośnym miauczeniem obudził swoich właścicieli i tym samym uratował ich z pożaru. Z wdzięczności wykonali tę figurę. A według internetów? Kot był maskotką pobliskiej restauracji, uwielbianą przez jej pracowników i gości. Pewnego dnia zginął tam w pożarze – nie chciał uciekać z miejsca, którego czuł się stróżem. Po śmierci Panteleimona ludzie zaczęli spontanicznie przynosić do restauracji pieniądze, by postawić upamiętniający go pomnik. Aż taką cieszył się sympatią! Ale przyznacie, że pierwsza historia sprzedaje się lepiej?

Pogłaskanie Panteleimona ma nas uchronić przed czymśtam. Kompletnie nie pamiętam przed czym, bo w ogóle nie wierzę w takie rzeczy. Jeśli wierzycie, to pamiętajcie pogłaskać. No, to był już kot bohater, był najdłuższy kot w Kijowie (ten niebieski z Alei Pejzażowej), a teraz pora na kota z… plastikowych widelców. Wisi sobie biedak na przypadkowym drzewie w pobliskim parku i mało kto zwraca na niego uwagę. Na naszym zdjęciu wygląda trochę jak potargany snopek słomy, ale i tak uważam, że jest słodki.

Zaraz, zaraz, byliśmy w drodze do Złotej Bramy, więc gdzie ona jest? Tu!

Jak widać, poza nazwą, nie ma nic wspólnego ze złotem. Może poza kolejną historią – kiedyś była to oczywiście brama wjazdowa do miasta, a za wstęp trzeba było zapłacić złotymi monetami. Był to jeden z ostatnich punktów naszej pierwszej pieszej wycieczki i zdecydowaliśmy się wybrać… na drugą, po dosłownie godzince przerwy na obiad. Z tym samym przewodnikiem, ale już inną trasą. Tak nam się spodobało miasto i sposób, w jaki nas po nim oprowadzał ten człowiek. Pod koniec dnia byłam z siebie niesamowicie dumna, że dałam radę – dużo osób odpadało w trakcie, nawet jeśli wybrali się tylko na jedną wycieczkę.

Niektórzy nie wytrzymywali kondycyjnie, jak na przykład grupa Amerykanów, którzy na widok dość wysokich schodów stwierdzili, że ,,Yyyy… my… my… musimy… wracać do hotelu! No, musimy! Dziękujemy i do widzenia!”. Oni chociaż przed odejściem zostawili napiwek dla naszego przewodnika – w przypadku tak zwanych free tours to jego jedyny zarobek. Inni znikali po angielsku z niewyjaśnionych przyczyn. Przypuszczam, że nie wszyscy zakochali się w przewodniku jak my. Słyszałam, jak jakieś dziewczyny idące za mną go obgadują – że np. staje pośrodku niczego i gada nie na temat. Tymczasem pośrodku niczego to było w miejscu, gdzie duża grupa nikomu nie przeszkadza, a nie na temat to było o codziennym życiu na Ukrainie, co dla mnie było niesamowicie cenne. Chociaż nie każdemu musi się podobać to samo, to było mi szkoda przewodnika, któremu z 30 osób w grupie na koniec zostało dosłownie 7…

Drugą trasę rozpoczęliśmy na prawo od Majdanu, od miejsca nazwanego przez przewodnika najkrótszą aleją handlową na świecie. Ale to w ogóle nie jest dobra nazwa. Wystarczyło się rozejrzeć po witrynach sklepów, by niczym dawna Doda powiedzieć: jest to Gucci. A także Louis Vuitton, Burberry czy Chloe. I jeszcze inne luksusowe marki. To ich nagromadzenie na niewielkim terenie mnie uderzyło, a nie sam rozmiar uliczki. Chyba nigdzie indziej na świecie czegoś takiego nie widziałam. A tu na niezbyt bogatej Ukrainie – voila! Na ulicach widzi się za to mnóstwo niezbyt udanych podróbek – ze szczególnym upodobaniem do Michaela Korsa i YSL – widać dobrze znają zasadę Fake it till you make it. Obraz alei uzupełniały oczywiście drogie auta zaparkowane pod butikami. Ale to było jeszcze nic, bo w sąsiednich uliczkach parkingi wyglądały dosłownie jak wystawy salonów samochodowych – same piękne, nowe auta, jedno obok drugiego, tym razem z przewagą Mercedesów. Nic dziwnego, rozciąga się tam chyba najbardziej prestiżowa dzielnica mieszkaniowa Kijowa.

Przy wysokich cenach mieszkań, jeszcze ciekawsza wydaje się sprawa włamania do jednego ze sklepów jubilerskich, która przebiegła podobno  zupełnie jak w filmach – złodzieje dostali się do pomieszczeń przez dziurę wyciętą w suficie. Sprawców nie złapano, a w źródłach polsko- ani anglojęzycznych nie znalazłam żadnej wzmianki o tym. Więc albo to kolejna kijowska miejska legenda, albo zamieszana w sprawę policja zadbała i o jedno i o drugie.

Kolejne moje zaskoczenia dotyczą rzeczy chyba bliższych przeciętnym kijowianom. Po pierwsze… kwiaty! Wszędzie kwiaty! Kobiety na ulicach i dziewczyny w metrze z bukietami. Na każdym kroku kwiaciarnia. Co trochę widać mężczyzn z kwiatami – albo na kogoś czekają, albo akurat gdzieś jadą. Tak to się chyba na Ukrainie robi, że bez kwiatów nie podchodź. W końcu, jak to ktoś napisał – kobiety tam to księżniczki w sukienkach, nie chłopczyce w dziurawych spodniach. Czy to prawda? No właśnie, w Kijowie nie do końca. Widziałam może z trzy wystrojone dziewczyny – w długiej czy welurowej sukni w środku dnia. Całej reszcie bliżej było jednak do tych dziurawych spodni i wbrew moim obawom, żadna nie chciała mi zabrać Tomasza, byleby tylko mieć męża ,,z zachodu”. Może Polska leży za mało na zachód?

Trochę o transporcie już Wam napisałam, ale nie o metrze. Są 3 linie, czyli i tak lepiej niż w Warszawie. Pociągi są stare, a stacje brzydkie, no może poza ,,klatkami schodowymi” – są okrągłe i zaprojektowane z rozmachem, robią wrażenie. Ale przynajmniej nie miałam wizji, że ktoś zrobi tam zamach – no bo czego terroryści mieliby szukać w Kijowie? Najdziwniejszą chyba rzeczą były bilety – można je kupić za równowartość 80 gr w kasie albo w automacie. W zamian otrzymujemy niebieskie, plastikowe żetony, które wrzucamy do bramek i możemy się przesiadać dowolną ilość razy, pod warunkiem, że poza bramki nie wyjdziemy. A czy nie wyjdziemy, pilnują panie ze srogimi minami, siedzące w specjalnych budkach. Widziałam jedną w akcji, jak krzyczała na wygłupiającą się młodzież. Nie chciałabym takiej podpaść.

Kijowskie metro może się pochwalić najgłębiej położoną stacją na świecie – 105 m. Co to oznacza w praktyce? Dobre 5 minut jazdy ruchomymi schodami. Można umrzeć w nudów. Albo popatrzeć na reklamy, wśród których nieodmiennie mnie dziwiła ilość reklam iPhonów – w kraju, gdzie oficjalne średnie (!) zarobki to 255 dolarów. No dobra, zawsze można się też pogapić po prostu w górę lub w dół – szczególnie w tym drugim kierunku wrażenia są niesamowite. A jak już wreszcie dojedziemy na peron, to zdziwimy się znów – zegar odlicza czas od ostatniego pociągu, a nie do następnego, jak w większości krajów.

I jeszcze poczta! Za pocztówkę i znaczek do Polski zapłaciłam poniżej 4 zł. No i dotarła do adresata, bodajże w 3 dni robocze! Pani na poczcie bardzo podkreślała, że muszę wrzucić kartkę do skrzynki po prawej stronie i niewiele brakowało, żebym to zignorowała, no bo co to za różnica? Ano taka, że skrzynka po lewej jest tylko dla korespondencji w obrębie Kijowa, a ta druga – wszędzie poza miasto. Dziwne, ale przypominam sobie jak przez mgłę, że w Polsce chyba kiedyś też było podobnie i do zielonych skrzynek wrzucało się listy lokalne, a do czerwonych wszystkie inne. Jeśli się mylę, będę wdzięczna za wyprowadzenie mnie z błędu 🙂

A co z Polakami? Jak się pewnie domyślacie z poprzednich wpisów, nie stała nam się żadna krzywda, ani nie spotkały nas żadne nieprzyjemności, a przecież nietrudno zgadnąć, że dwie osoby rozmawiające na ulicy po polsku to Polacy. Początkowo mieliśmy nawet poważny dylemat, po jakiemu się tam porozumiewać z innymi. Tomasz mówi po rosyjsku, no ale na początku myśleliśmy, że po rosyjsku to trochę nie tego. Polski jest jakby podobny do ukraińskiego, no ale mówi się, że za Polakami też nie przepadają, to może lepiej nie? No to angielski! To jest myśl, język idealny, bo neutralny! Pod warunkiem, że druga strona też nim mówi, a na Ukrainie zwykle nie mówi… Można jeszcze porozumiewać się na migi lub nie porozumiewać wcale i właściwie to chyba już podświadomie zaczęliśmy poważnie rozważać te opcje.

Zrezygnowaliśmy z zakupów w sklepie, gdzie za ladą stała typowa pani Halinka z mięsnego, lat 50+, po której raczej nie spodziewaliśmy się znajomości angielskiego, skoro 20-letnie dziewczyny z hotelu nie wiedziały, co to toothbrush i z lękiem musiałam zastosować wersję rosyjską, o którą przezornie zapytałam wcześniej Tomasza, czyli coś w stylu zubnaja szczotka. I tak się miotaliśmy, a może tylko ja. Z braku alternatywy zaczęłam w końcu stosować popularną metodę komunikacji, czyli jak powiem głośno i wyraźnie po polsku, to na pewno mnie zrozumieją, chociaż w wersji ukraińskiej możnaby dodać: i nic złego mi nie zrobią. I zgadnijcie co? Wróciliśmy do pani z Halinki (a może raczej Irinki), bo miała w swoim sklepie bezy, a nie jadłam ich sto lat i miałam na nie straszną ochotę. I mówię: Dzień dobry, nie wiem jak to będzie po ukraińsku, ale po polsku są bezy i chciałabym 50 g… 

A pani Halinka cała się rozpromieniła, tak przeuroczo, jak to tylko takie panie potrafią i mówi, że tak, po ukraińsku jakoś bardzo podobnie. Zaczęła mi je ważyć, calutki czas coś do mnie mówiąc z uśmiechem. Upewniła się jeszcze, czy zapakowała mi tyle, ile chciałam i na koniec życzyła mi smacznego, dużo zdrowia i wszystkiego najlepszego. Taka to niechęć do Polaków! Oczywiście lojalnie uprzedzam, że to wszystko moje własne spostrzeżenia i że dotyczą jedynie stolicy, ale.. Z podobnymi sytuacjami spotkaliśmy się jeszcze kilka razy, czy to ja mówiąc po polsku, czy Tomasz po rosyjsku – na przykład pan ze sklepu typu wszystko po X hrywien aż wyszedł z nami na zewnątrz, żeby nam pokazać, skąd odjeżdżają autobusy. To, co możemy czasami błędnie odebrać, to to, że Ukraińcy nie używają zbyt wielu zwrotów grzecznościowych i kasjerka w sklepie samoobsługowym może nas obsłużyć praktycznie bez słowa. Ale skoro obsłużyła tak samo wszystkich przed nami, to raczej jej milczenie nie jest wyrazem niechęci do nas, prawda?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *