Trochę już umiemy w Ukrainę – Kijów cz. IV (ost.)

Relację z Ukrainy zaczęłam od środka, więc na końcu chciałabym na troszkę wrócić na sam początek naszej podróży. Logiczne 😉 1 września mieliśmy wylecieć z Lublina. No i może sobie wystawili przed terminal urocze leżaki, na których było miło posiedzieć w tamten jeszcze ciepły dzień i poobserwować startujące samoloty. Może i znaleźliśmy parking za 20 zł za 4 dni (gdyby ktoś potrzebował szczegółów, proszę o wiadomość). Może i nauczona poprzednimi doświadczeniami przemyciłam część kosmetyków w drugiej kosmetyczce, której nawet nie wyjmowałam z torby. A i tak nie obyło się bez pani, która całą resztę kazała mi zapakować w absurdalnie mały woreczek strunowy. Co oni z tym mają w tym Lublinie?!

Ostatnio ratował mnie miły pan, który przed celnikami stwierdził, że połowa moich kosmetyków należy do niego, bo inaczej wylądowałyby w koszu. Właściwie to i pan kontroler trochę mi wtedy pomógł, bo jego koleżanka już miała rękę nad śmietnikiem, kiedy on krzyknął do niej ,,przepuść tu panią do mnie, ja jej zabiorę”. Tak czy siak nadal nie polubiłam tego podlubelskiego lotniska. Sam 50-minutowy lot, jeden z pierwszych na tej trasie, przebiegł nam za to bardzo przyjemnie, pewnie dzięki temu, że samolot był w połowie pusty. Może dlatego, że to jednak nowe połączenie i nie wszyscy o nim wiedzą, a może jednak nadal nie wszystkim po drodze do Kijowa?

Po wylądowaniu mój nowy paszport zyskał pierwszą pieczątkę, a my niepewnie ruszyliśmy w nieznane. W końcu wtedy jeszcze ani trochę nie umieliśmy w Ukrainę. Na hali przylotów, dosłownie 3 kroki za drzwiami, zaczepiła nas pani sprzedająca startery Vodafone, która niesamowicie przypominała mi jedną z moich wykładowczyń na studiach. Czyżby kobieta postanowiła się przekwalifikować? 😉 Za 75 hrywien (około 12 zł) mieliśmy przez miesiąc cieszyć się nielimitowanym internetem i rozmowami na Ukrainie i dość tanimi połączeniami do Polski. Planowaliśmy kupić taki starter, ale ostatecznie tego nie zrobiliśmy i zafundowaliśmy sobie tym samym zaskakująco przyjemne 4 dni z mocno ograniczonym kontaktem ze światem.

Dzisiejszy wpis będzie nieco chaotyczny – mam nadzieję, że mi to wybaczycie. Jest ostatni w kijowskiej serii i musi się w nim zmieścić wszystko to, o czym nie miałam okazji wspomnieć wcześniej. Tak więc teraz chwileczkę zastanowimy się nam cenami jedzenia na Ukrainie. To pierwszy kraj, w którym nie sprawdziła się moja zasada, że Coca Cola wszędzie kosztuje mniej więcej tyle samo. Za półlitrową butelkę zapłacimy tam zaledwie około 1,6 zł. Możnaby się spodziewać, że wszystko inne też będzie o połowę tańsze, ale tak to niestety nie działa. Niektóre rzeczy są w cenach bardzo zbliżonych do polskich. Niedrogie wydaje się jedzenie na mieście, ale nie miałam odwagi testować. Z pieniędzmi to u nich jest też o tyle dziwna sprawa, że 1 hrywna, czyli równowartość 16 groszy  jest… banknotem. Są i monety – kopiejki, a wartość jednej to jakieś 0,16 grosza – ludzie nawet ich nie biorą w sklepie jako reszty.

Co do ogólnego wrażenia, to kompletnie nie możemy się z Tomaszem zgodzić. Ja twierdzę, że mimo wszystko było tanio – w końcu w ciągu 4 dni na wszystkie bieżące wydatki na miejscu poszło nam zaledwie 200zł, a pozwalaliśmy sobie na rzeczy, z których na innych wyjazdach musimy rezygnować. Tomasz utrzymuje z kolei, że szału nie było. Cztery rzeczy są jednak pewne – w sklepach ceny na półkach i na kasie bardzo często się ze sobą nie zgadzają, a i do dat ważności podchodzi się tam mniej rygorystycznie niż u nas. Lepiej je sprawdzać. Poza tym, faktycznie mnóstwo produktów jest bardzo tłustych jak na standardy, do których jesteśmy przyzwyczajeni. A niektóre rzeczy pewnie nas zaskoczą. Na przykład papier toaletowy bez rolki w środku 😉 Zobaczyłam go na Ukrainie pierwszy raz w życiu, a żeby było zabawniej, to krótko potem dokładnie taki mieliśmy w hotelu w Nicei. Może to jakiś nowy eko-trend, Francuzi chyba nie mogą się mylić?

Zaskoczyło mnie też kilka miejsc w otoczeniu naszego hotelu. Na przykład budynek z niesamowicie kolorowym grafitti (KLIK), z napisem Software Factory, który okazuje się być kawiarnią. Albo restauracja na pobliskim jeziorku – albo połączona z łodzią podwodną, albo częściowo się na niej znajdująca. Nie mieliśmy okazji dokładniej się im przyjrzeć i oczywiście wylądowały na mojej liście ,,następnym razem”, która dla Kijowa jest wyjątkowo długa. Mam na niej jeszcze między innymi pójście do opery na… balet. Zawsze chciałam, a na Ukrainie ceny biletów są szokująco niskie. Od równowartości około 3 zł (!!!) za najgorsze miejsca do około 80 zł za najlepsze. Coś czuję, że zasiądę w jednym z pierwszych rzędów. Poza tym w pobliżu lotniska Żulany jest fajne muzeum lotnictwa, widać je przy lądowaniu. Jest tam mnóstwo maszyn, do których można wejść i też kosztuje to grosze, tylko jakoś tak nam było nie po drodze tym razem.

Co w takim razie udało nam się jeszcze zobaczyć podczas naszych pieszych wycieczek? 🙂 Na samym początku – filharmonię.

Naprzeciwko niej znajduje się byłe muzeum Lenina, z którego Ukraińcy lubią sobie żartować – że na 4 piętrach można było tam obejrzeć na przykład łyżeczkę Włodzimierza i że było idealnym schronieniem przed deszczem. Nie wiem niestety, co mieści się tam obecnie. Kiedy robiliśmy to zdjęcie, odbywał się tam akurat jakiś event, a budynek był otoczony przez tańczące, roześmiane dzieci. Tego samego dnia wieczorem zauważyliśmy, że zamknięto dla ruchu ulicę prowadzącą przez środek Majdanu Niepodległości. Sądziliśmy, że stało się coś złego, a tymczasem po prostu rozpoczynało się kolejne wydarzenie – cała droga zamieniła się w deptak, zjeżdżali się ludzie na pięknych motocyklach, pojawiały się przeróżne stoiska – między innymi z największą na świecie watą cukrową, której nie mogłam sobie odmówić.

Ukraińcy chyba lubią się bawić nawet bardziej niż Polacy, a podpowiadają mi tak też całonocne imprezy w hotelu i pod hotelem – takie są widać uroki weekendu, bo na Ukrainę przyjechaliśmy w piątek, a wyjeżdżaliśmy w poniedziałek. Ale to, co na pewno mają wspólnego z nami, to narzekanie na złodziejskie podatki. I na władzę, która bezprawnie i za bezcen wchodziła w posiadanie prywatnych majątków. I najpierw sobie pomyślałam: uff, u nas takie rzeczy się już nie dzieją. No niby nie, ale potem przypomniałam sobie, co pani Gronkiewicz-Waltz oraz krewni i znajomi królika wyprawiali w Warszawie.

A propos ograniczonego zaufania do polityków, to na cenzurowanym jest na Ukrainie nawet prezydent Poroshenko, który w kampanii wyborczej obiecał zrezygnować z prywatnych biznesów, co zresztą byłoby po prostu wypełnieniem zapisów konstytucji kraju. A biznesy miał nie byle jakie – kilka fabryk słodyczy, w tym jedną w Rosji. Tej ostatniej chyba udało się mu pozbyć, ale według Wikipedii nadal jest właścicielem firmy Roshen (nazwanej od jego nazwiska poROSHENko), a tej – według ich oficjalnej strony internetowej – podlega nadal 8 fabryk. Najwidoczniej historia pod tytułem Petro i fabryka czekolady jeszcze się nie kończy, a produkty Roshen są podobno dostępne chociażby w Polsce. Swoją drogą, wiecie, kto jest merem Kijowa? Ja nie wiedziałam i mocno się zdziwiłam, gdy na lotnisku powitała mnie ogromna podobizna Witalija Kliczko. Tak, tego boksera. Kijowianie twierdzą, że jest świetnym merem. Dopóki nie otworzy ust.

Jednym z kolejnych punktów naszej wycieczki był pomnik Włodzimierza I Wielkiego i jakoś żadne z nas nie uznało za stosowne, żeby go uwiecznić. A szkoda, bo pan przewodnik opowiedział nam śmieszną związaną z nim historię. Otóż, dawno dawno temu Vladimir rządził Rusią Kijowską i stwierdził, że wypadałoby poddanym wybrać jakąś religię, a nie tak, że każdy wierzy w co innego i nie ma na jego terytoriach żadnej jedności. Zaprosił więc do siebie przedstawicieli różnych wyznań i poprosił o przedstawienie krótkiej charakterystyki każdej wiary. Pewnego dnia odwiedzili go muzułmanie i mówią: no, u nas to nie można pić alkoholu. A Vladimir na to: co?! Alkoholu pić nie można?! A poszli stąd! No to poszli, a Włodzimierz wybrał dla swojego ludu chrześcijaństwo. Chociaż źródła historyczne twierdzą, że wcale nie on, a święta Olga, o której więcej przeczytacie za chwilkę 😉

Można chyba powiedzieć, że dzięki niej oglądamy teraz w Kijowie przepiękne cerkwie. Słynna katedra św. Michała zrobiła na mnie ogromne wrażenie, ale nie tylko ona, bo ogólnie bardzo przemawia do mnie ta biało-błękitno-złota estetyka ukraińskich świątyń.

Zaskakuje fakt, że katedrę od podstaw odbudowano w latach 90. XX w. Wcześniej monastyr całkowicie wyburzono, by na jego miejscu – decyzją sowieckich władz – tworzyć budynki rządowe. To one miały wzbudzać podziw obywateli i sprawiać, że poczują się malutcy… Takie na przykład monumentalne Ministerstwo Spraw Zagranicznych.

W jego pobliżu znajdują się pomniki czterech osób. Pan uwieczniony przez nas na zdjęciu to apostoł – św. Andrzej, który podobno tak oto pokazał ręką, gdzie ma się znaleźć Kijów, ale w tę historię nie wnikam, bo nie trzyma się specjalnie kupy. Obok niego znajduje się pomnik świętej księżniczki Olgi – pierwszej kobiety rządzącej Rusią Kijowską, która słynęła ze swojego piękna i miłości do męża. Kiedy Drewlanie zabili księcia Igora i wpadli na pomysł, by wydać Olgę za swojego człowieka, ta pokazała im, do czego jest zdolna wściekła kobieta. Posłańców grzebała i paliła żywcem, na jej rozkaz zabito 5000 Drewlan na uczcie wyprawionej na jej cześć, a na koniec spaliła im miasto przy pomocy… gołębi zapalających. Tak, dobrze przeczytaliście. Bo to zła kobieta była! Pozostałe dwie osoby to święci Cyryl i Metody, którzy przy okazji swoich misji chrystianizacyjnych wymyślili dla ludów słowiańskich alfabet – cyrylicę. No ale jakoś tak blado wypadają przy Oldze, prawda?

Niestety tylko z oddali zobaczyliśmy cerkiew św. Andrzeja, zbudowaną według naszego przewodnika na polecenie cesarzowej Elżbiety specjalnie na jej ślub.

Dzięki jej rozkazom powstał też Pałac Maryński, znajdujący się w ślicznym parku o tej samej nazwie. Od wielu lat prowadzone są przy nim jakieś prace i nie można go zwiedzać.

Na skraju parku zobaczymy kamerę, do której obiektywu można zajrzeć i zobaczyć (podobno) człowieka w okularach. Niestety tłok przy niej był taki, że mi się to nie udało. Ma ona symbolizować koniec ery fałszywych wiadomości w telewizji.

Podeszliśmy też pod Dom z chimerami (wzniesiony na stromym wzgórzu) i znajdujące się naprzeciwko budynki prezydenckiej administracji. Podobno mieliśmy sporo szczęścia, bo normalnie nie wpuszcza się tam wycieczek. Faktycznie, cała ulica jest odcięta i strzeżona przez żołnierzy.

A na koniec zostawiłam sobie symbol, poprzez który Ukraińcy definiują samych siebie – trójząb, stworzony ze stylizowanych ukraińskich liter. Można z nich odczytać słowo WOLA, znaczące dokładnie to, co u nas, czyli zdolność i wolność decydowania o samym sobie. Czy nie to samo jest ważne dla każdego z nas? 🙂

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *