Ceaușescu śmierdzi – Bukareszt cz. I.

Bukareszt… Nie byłam nigdy w dziwniejszym, ani smutniejszym mieście. Najchętniej w ogóle bym o nim nie pisała, bo ciężko mi sobie poukładać w głowie przemyślenia na jego temat – są przygnębiające i momentami sprzeczne. Ale spróbujemy! Dziś napiszę o wszystkim tym, co złe, ale obiecuję, że w następnym wpisie spojrzymy na jaśniejszą stronę miasta.

Bukareszt wydaje się strasznie poobijany przez życie. Mocno ucierpiał w II wojnie światowej, a w latach 70. XX wieku kolejnych zniszczeń dokonało silne trzęsienie ziemi. Ma się wrażenie, jakby po tych wydarzeniach wszyscy się stamtąd pewnego dnia wyprowadzili (a może raczej uciekli?), a miasto popadło w ruinę. Dziś wygląda, jakby mieszkańcy zaczęli stopniowo wracać i w przypadkowych miejscach wśród gruzów odbudowywali swoje mieszkania i biznesy. Miasto jest niesamowicie niespójne, w taki niepokojący sposób. Miejscami krajobraz jest naprawdę taki, jak po jakiejś katastrofie i przypomina chociażby widoki z… Czarnobyla.

Widzi się mnóstwo szeregowych budynków, w których niektóre segmenty są częściowo wyburzone (nadal są szczątki ścian, przez ogromne dziury widać stropy, wokół walają się cegły), a w pozostałych nadal ktoś mieszka. Albo wszystkie segmenty są obskurne, opuszczone i odrapane, a między nimi wyrasta nagle całkiem przyjemnie wyglądająca restauracja. A natykamy się na opuszczone wszystko – sklepy, hotele, budynki mieszkaniowe. Albo gdzieś wśród ruin stoi szklany wieżowiec, nowoczesny hotel czy ogromny supermarket. Miasto sprawia takie wrażenie, jakby coś wyssało z niego życie, chociaż natykamy się wśród tego wszystkiego na całkiem normalne obrazy – na przykład młodych ludzi śpieszących z kawą do pracy. A zaraz potem na młodych ludzi wchodzących z zakupami do budynku poniżej. Czy oni naprawdę tam mieszkają?!

Poza tym mnóstwo jest elementów absurdalnych. Przykładowo luksusowe auto z muzyką na full w cygańskiej dzielnicy, która znajdowała się obok naszego hotelu i wyglądała dokładnie tak, jak wszystkie miejsca opisane wyżej. W pobliżu starego miasta – które samo też jest dziwaczną mozaiką ruin, odnowionych miejsc i budynków zbudowanych w duchu socrealizmu – jest butik Gucci. Uśmiechnięty pan otwiera nam drzwi, w środku sami obcokrajowcy,  sprzedawcy z jakiegoś powodu witają nas po rosyjsku. Na nic mnie nie stać, więc tylko oglądam i myślę sobie: okej, jak już będę bogata, to wszystko sobie kupię 😉 Ale te myśli dość szybko przerywa mi inna – zaczynam się zastanawiać, ile mogą zarabiać pracownicy tego sklepu i gdzie wrócą wieczorem po pracy na tej samotnej utopijnej wysepce luksusu. Tak, wiem, że prawdopodobnie nie są w najgorszej sytuacji, ale w Bukareszcie wejście do takiego sklepu to bardzo dziwne doświadczenie – trochę, jakby sprzedawcy byli przebierańcami, a wszystkie piękne ubrania i akcesoria – tylko rekwizytami.

W tym momencie pewnie już zastanawiacie się – zupełnie jak ja tam na miejscu – dlaczego prawie 2-milionowa stolica Państwa członkowskiego Unii Europejskiej tak wygląda. Tak, Rumunia jest w Unii i to już od 10 lat… Oczywiście to, co napiszę, to tylko mój pogląd na tę sprawę, a nie mam wykształcenia socjologicznego, więc mogę bardzo się mylić, ale… Na początku opowiem Wam troszkę o najnowszej historii Rumunii, bo sama – wstyd się przyznać – praktycznie nic o niej nie wiedziałam przed wyjazdem. Otóż, aż do roku 1989 krajem rządził dyktator – Nicolae Ceaușescu. Oczywiście miał wizję wielkiej, bezwarunkowo sobie podporządkowanej Rumunii i chciał ją realizować za wszelką cenę, kosztem obywateli i sprawiał przy tym wrażenie, jakby uczył się co najmniej od Stalina.

Warto sobie poczytać o tym, jak szewc po czterech latach podstawówki został prezydentem, a jego żona – równie starannie wykształcona – posługiwała się fałszywymi tytułami naukowymi albo o tym, jak opływali w luksusy, podczas gdy obywatele głodowali. Warto dowiedzieć się, co tak właściwie zrobił Rumunom, bo ja w skrócie przytoczę Wam tylko jedną rzecz, która najbardziej mną wstrząsnęła… A mianowicie, pan dyktator stwierdził, że wielki kraj to taki z dużą liczbą obywateli. Nieważne, że bieda aż piszczy! Każda kobieta ma urodzić co najmniej pięcioro dzieci! Należy zakazać aborcji i antykoncepcji, a próby zapobiegania lub usunięcia ciąży ostro karać. Rodzice nie są w stanie utrzymać niechcianych dzieci? To nic, państwo się nimi ,,zaopiekuje”…

W 1989 roku w Rumunii wybuchła rewolucja, a Nicolae i Elenę Ceaușescu stracono. Nie pomogły im nawet tajne tunele metra, ani schrony, którymi planowali uciekać w razie W. I kurczę, nie jestem pewna,czy jestem zwolenniczką kary śmierci, ale w przypadku tego człowieka… Świadomość że już nie żyje przynosi mi pewną satysfakcję i spokój. Tak, wiem, że to okropne. Ale milion razy okropniejsze było to, co po przewrocie odkryto w rumuńskich sierocińcach. Ośrodki były niesamowicie zatłoczone, a dzieci pozostawione bez należytej opieki. I nie na zasadzie, że ojej, Jasiowi na czas nie zmienili pieluszki. Tylko, że na przykład kilkuletni Jaś nie potrafił mówić, bo nikt z nim nie rozmawiał. A może nawet nie Jaś, tylko numer 728, bo kto by się tam imionami przejmował?

I to wszystko skończyło się, a może właściwie zaczęło się kończyć zaledwie 28 lat temu. Wciąż żyją tysiące ,,dzieci Ceaușescu”; wciąż żyją kobiety, które  zastraszone, z narażeniem własnego zdrowia dokonywały potajemnych aborcji – zwykle nie u lekarza, jak nietrudno się domyślić. Ciężko jest nadrobić czas stracony na samym początku życia i braki w normalnym przebiegu rozwoju dziecka. Ciężko zapomnieć czasy zaszczucia i dyktatury. Coraz bardziej rozumiem, dlaczego ci ludzie nie mają i pewnie jeszcze długo nie będą mieli siły się podnieść, zaczynając od swojego własnego życia. A obraz tysięcy takich złamanych żyć odbija się w wyglądzie miasta jak w lustrze…

Najchętniej cały naród wysłałabym na psychoterapię, ale to jest kompletnie nierealne. A jak inaczej ci ludzie mają sobie z tym wszystkim poradzić? No i właśnie, na ulicach widać, że niektórzy kompletnie sobie nie radzą. Jest mnóstwo bezdomnych, ale nie proszą o pieniądze, nikogo nie zaczepiają. Zupełnie jak w Budapeszcie, nie mogłam pozbyć się dobijającego wrażenia, że ci ludzie się poddali; są jak w letargu. Wydają się tacy bezradni i bezbronni, że ani przez chwilę nie pomyślałam, ze mogliby nam zrobić coś złego. Pierwszy raz od dobrych 20 lat zobaczyłam, jak ktoś wącha klej… Na skwerku obok placu zabaw wieczorami ustawiają się prostytutki, a otoczenie, jak ćwierć miasta śmierdzi moczem. Kolejna ćwierć śmierdzi papierosami.

To była jedna z pierwszych rzeczy, które przeczytałam o Bukareszcie jeszcze przed wyjazdem – że śmierdzi. No i nie da się ukryć, że tak jest. Że do wejścia do tunelu metra ciężko byłoby mnie przekonać. Że miejscami zatykałam nos bluzką. Ale ciężko też ukryć to, co kryje się pod tym smrodem. Zabrzmi patetycznie, ale według mnie w Bukareszcie śmierdzi nadal rozkładający się Ceaușescu…

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *