Mądry Tomasz przed szkodą – Bukareszt cz. II.

Tak, wiem, dzisiaj miał być już pozytywny wpis. Obiecałam Wam to, ale z drugiej strony bardzo chciałabym Wam opowiedzieć historię z morałem o tym, dlaczego wracając z Rumunii wyglądałam tak, jak wyglądałam. Kto nie widział, albo nie pamięta, może zobaczyć mema z moim udziałem TU. Ale dla równowagi – pomyślałam, że pokażę Wam dziś zdjęcia z najfajniejszego miejsca, jakie odwiedziliśmy w Bukareszcie – z Muzeum Wsi. Tak, też wiem, nie brzmi to zbyt ekscytująco, ale mi się naprawdę podobało. Na ogromnym obszarze zgromadzono setki autentycznych budynków, przewiezionych tam z różnych części kraju. Są to nie tylko domy i zabudowania gospodarcze, ale też świątynie, czy… drewniana karuzela. Serio!

Pomyślcie tylko, jakie to musiało być ogromne przedsięwzięcie – przewieźć te wszystkie budowle w nienaruszonym stanie. Był kiedyś program o osobach zajmujących się przenoszeniem całych budynków i od razu przypomniałam sobie, jak ciężka, czasochłonna i wymagająca precyzji była ich praca. Szacun! Chociaż muzeum jest w samym środku miasta, przy dość ruchliwej drodze, to kiedy tam wchodzimy, szum aut nagle cichnie w magiczny sposób. Czujemy się faktycznie, jak w skansenie za miastem. Do wielu budynków można wejść i wszystkiego dotknąć, do innych tylko zajrzeć.

Wszędzie spotkamy mnóstwo pracownic, które zamiatają teren czy ściereczkami wycierają kurze w domkach. Dokarmiają też koty, które zadowolone z życia wylegują się na gankach i mają nawet swoje poduszeczki. (Na zdjęciu poniżej wybitny przedstawiciel kociej szkoły jogi.) Wszyscy byli dla nas bardzo mili, a już szczególnie pani kasjerka, która postanowiła mnie i Tomasza uznać za studentów, dzięki czemu bilety kosztowały nas po około 4 zł zamiast bodajże 15. Chyba nie tacy Ci Rumuni straszni, jak ich malowałam w poprzednim wpisie?

Aż się dziwię, że nikt nie skomentował go w następujący sposób: skoro tak ci się nie podobało, to po co siedziałaś w tym Bukareszcie?! Mogliśmy przecież wybrać się do któregoś z pięknych zamków, z których najsłynniejszy należał oczywiście do Draculi i jest położony w Branie. (Na zdjęciu poniżej – znajdujące się na starym mieście w Bukareszcie popiersie Draculi vel Włada Palownika vel Włada Tepesza. Ciężko mi pojąć swoisty kult tego człowieka, ale tłumaczę sobie, że to tylko taki zabieg marketingowy, mający na celu przyciągnięcie turystów.) Mogliśmy pojechać nad morze, do ślicznej Konstancy. No i taki właściwie był plan, żeby się tam przemieścić chociaż na jeden dzień. Wobec tych dwóch miejsc lotnisko w Bukareszcie wydało mi się tylko punktem przesiadkowym – nie było na nim nawet informacji turystycznej, nawet stoiska z darmową mapą, która jest niezbywalnym prawem każdego turysty.

Może i wysiadaliśmy tunelem z samolotu like a boss, ale potem to już było like idź stąd i nie wracaj. Bo mapę można było sobie za ciężkie pieniądze kupić w pseudokiosku, wyglądającym bardziej jak stoiska z prasą w podziemiach Dworca Zachodniego w Warszawie, ale sprzedawczyni była zbyt zajęta rozmową z koleżanką, by chociażby na mnie spojrzeć. Zignorowała moje Excuse me, więc sobie poszłam. Na lotnisku bez problemu znaleźliśmy za to liczne busy do Konstancy i Brany. Ale jak nietrudno się domyślić, nie wsiedliśmy do żadnego. To jeszcze nie był czas na ucieczkę ze stolicy. I ten czas niestety nie przyszedł. A dlaczego? O tym za chwilkę, jeszcze się Wam pożalę na hotel.

Bo podobnie olewczy stosunek do klienta spotkał nas właśnie w hotelu, gdzie pracowników ciężko było zastać na recepcji, by ich o coś zapytać. Pewnie wzywały ich inne obowiązki – powiecie. Niestety nie, wzywała ich przerwa na papierosa, bo właśnie z papierosem przed hotelem udawało nam się ich zlokalizować w większości przypadków. Pewnie towarzyszyły im sprzątaczki incognito, bo przez 5 dni naszego pobytu nikt nie usunął kupki popiołu – chyba papierosowego – leżącej na podłodze w toalecie od momentu naszego przyjazdu. Nie wspominając już o niesprzątanej od nie wiadomo kiedy przestrzeni pod materacami – leżały luźno na takim drewnianym stelażu, ciągle się przesuwając i doprowadzając mnie tym do szału, a jak się przesuwały, to ujawniały sterty kurzu i innych atrakcji. Tak więc Hello Hotels Bucharest – niestety nie polecam.

A wracając do historii właściwej… Przed każdym wyjazdem za granicę do krajów UE upewniamy się, że mamy aktualne karty EKUZ. Jeśli nie, to wyrabiamy nowe i ten proces nie przestaje mnie zaskakiwać w naszym niesławnym z powodu biurokracji kraju. Kilka pól w formularzu, trochę czekania w kolejce (i to zwykle dość krótko) i wychodzimy z nowiutką kartą potwierdzającą nasze prawo do podstawowej opieki zdrowotnej z krajach Unii. I jak dla mnie, to to by było na tyle. Nie robiłabym nic więcej, bo moje wrodzone jakoś to będzie i wszystko będzie dobrze zawsze podpowiadają mi, że nawet nie użyję tego kawałka plastiku, więc po co mam robić coś jeszcze? W sumie mają rację, karta EKUZ nadal mi się nigdy do niczego nie przydała.

Ale niestety nie dlatego, że się nigdy nie pochorowałam. Tylko, że jak już się pochorowałam, to byłam w stanie niepozwalającym mi na skorzystanie z doraźnej opieki lekarskiej w zakresie, jaki gwarantuje karta EKUZ. Bo to trzeba samemu się dostać do publicznego gabinetu/szpitala czy czego tam nasza przypadłość wymaga. W sytuacji zagrożenia życia na pewno możemy też wezwać karetkę, chociaż co do tego znajduję niepokojące informacje, że możemy być obciążeni kosztami transportu medycznego. Ale i bez tego mam silne poczucie, że nie wolno odbierać karetki komuś, kto może jej potrzebować sto razy bardziej niż ja. I w takiej sytuacji – kiedy potrzebujemy po prostu, żeby przyjechał do nas lekarz – karta EKUZ zostawia nas kompletnie z niczym. Czułam się tak fatalnie, że byłam już bliska łez i wtedy do akcji wkroczył Tomasz.

Nie, nie cały na biało. Ani na czerwono. Ale to nic, mi wystarczy, że jest przy planowaniu podróży mądrzejszy ode mnie i jak zawsze wykupił nam dodatkowe ubezpieczenie podróżne. Potwierdzenie zawarcia polisy, które trzymał w ręku było moją ostatnią deską ratunku. Przy naszych krótkich wyjazdach, w zależności od kraju, długości pobytu i zakresu ochrony kosztuje ona 30-60 zł za nas dwoje. Niewiele, prawda? No i początkowo pomyślałam sobie, że jaka cena, taka usługa. Po telefonie do ubezpieczyciela najpierw zapytano nas, czy sami dojedziemy do lekarza. No chyba nie?! No dobrze, to lekarz przyjedzie jutro, a tymczasem sobie państwo porozmawiacie z polską panią doktor przez telefon.

Aha. To może jeszcze prześlijcie mi mailem zdjęcie lekarza, który niczym popularni swego czasu szarlatani przekaże mi na odległość uzdrawiającą energię. Wtedy niestety nie przychodziły mi do głowy cięte riposty, więc Tomasz wziął telefon i zaczął rozmawiać z miłą panią doktor. Tak, ciężki atak migreny; nie, leki nie pomagają; tak, wymiotowała milion razy; nie, nie może utrzymać w żołądku nawet łyka wody; nie, nic dziś nie jadła. A jak to Tomasz zawsze mówi – jeśli nie chcę jeść, to znaczy, że rzeczywiście jestem poważnie chora 😉 I tym razem jego powiedzenie okazało się bardzo prawdziwe. Lekarka podkreślała, że jakoś muszę przeżyć tę noc, nie odwadniając się do reszty. Tomasz popędził do apteki po wskazane leki, a kiedy z nimi wrócił, okazało się, że ma jeszcze jakieś pytanie do lekarza. Połączyli nas z tą samą panią, tym razem chciała rozmawiać bezpośrednio ze mną.

No i nie było mi nawet dane wymienić do końca objawów. Przypominam sobie jeszcze, że jako kulturalny człowiek powiedziałam: bardzo przepraszam, ale oddam telefon mojemu chłopakowi, bo będę znów wymiotować. Tomasz dokończył rozmowę z lekarką w akompaniamencie dźwięków, których możecie się domyślić. Ale tak właściwie, to pani doktor nie była zmuszona ich słuchać zbyt długo, bo powiedziała do Tomasza jeszcze tylko, że postara się, żeby lekarz przyjechał do mnie jeszcze dziś, choć niczego nie może obiecać. Za to konsultant, do którego z powrotem zostaliśmy przełączeni stwierdził, żeby nie robić sobie nadziei, bo i tak ktoś przyjedzie dopiero rano.

Ale dwie bezsenne godziny później zadzwonił nasz pokojowy telefon, a po chwili rozległo się pukanie do drzwi. Alleluja! W drzwiach pojawiła się dwójka ludzi ubranych jak załoga karetki. Czyli miła pani doktor, która wydawała się autentycznie przejęta moim losem – szczególnie po tym, jak zaczęłam wymiotować niemal do słuchawki – dotrzymała słowa! Ale tutaj zaczęły się moje nowe lęki. Cholera jasna, a co będzie, jak mnie zabiorą do rumuńskiego szpitala?! Jak tu wyglądają takie miejsca? Jacy tu są lekarze? Odpowiedź na ostatnie pytanie stała właśnie przede mną, pod postacią wzbudzającej zaufanie kobiety w okularach, która zaczęła do mnie mówić coś po rumuńsku. A przecież mieli mi przysłać English speaking doctor. No nic, postanowiłam się upewnić: Do you speak English? Yes, I do. – odpowiedziała z naciskiem, patrząc na mnie jak na wariatkę. Bo wiecie, wtedy na początku to też mówiła po angielsku, tylko z tak silnym akcentem, że nie udało mi się niczego zrozumieć. Ale chyba mi to wybaczyła, zważywszy na mój stan 😉

Później nasza komunikacja przebiegła na szczęście znacznie lepiej. Towarzysz lekarki został żywym stojakiem do kroplówki, do której wstrzyknęli nieprzyzwoitą ilość leków. Dostałam też receptę i okazuje się, że gdybyśmy wykupili te leki, to nasze prywatne ubezpieczenie zwróciłoby nam ich koszt. Szok! A nie wykupiliśmy, bo pokryły się z lekami kupionymi wcześniej bez recepty przez Tomasza według zaleceń lekarki z telefonu. Może nie trzeba było tak wyśmiewać tego leczenia na odległość? Po bezsennej nocy przespałam większość kolejnego dnia. I takim właśnie sposobem zmarnowałam jakieś 36 godzin, które wystarczyłyby nam, żeby pojechać nad morze. Ale nauczyłam się też czegoś. Po pierwsze, nigdzie się już nie ruszę bez dodatkowego ubezpieczenia. Ani bez zapobiegliwego Tomasza, chociaż tego i tak wcześniej nie planowałam 😉

 

 

2 myśli na temat “Mądry Tomasz przed szkodą – Bukareszt cz. II.”

    1. Zdiagnozowana migrena 🙂 paskudztwo się pojawia przy jakichkolwiek zaburzeniach poukładanego trybu życia, a każda podróż to jedno wielkie takie zaburzenie 🙂 tak więc ból głowy towarzyszy mi na 90% wyjazdów, a ataki takie jak ten – zdarzają się z raz na pół roku, chociaż tak źle to nigdy wcześniej nie było.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *