Miasto, które chciało być Paryżem – Bukareszt cz. III (ostatnia)

No dobra, Ceaușescu chciał. Pamiętacie człowieka z mojego pierwszego wpisu o Rumunii, prawda? Do jego dziwnych ambicji dodamy dziś jeszcze jedną – zrobienie z Bukaresztu Paryża, tylko jeszcze lepszego, niż ten prawdziwy. Może i nie Nicolae zaczął, ale z całą pewnością on to dzieło zamierzał ukończyć – pewnie ktoś mu powiedział, po czym poznaje się prawdziwego mężczyznę. W ogólnym rozrachunku wyszedł bardziej Radom – no offence, całkiem lubię to miasto, ale żarty o nim i tak mnie śmieszą, szczególnie te o lotnisku. Zapraszam Was więc dziś na zwiedzanie samozwańczego Rado… tfu! Paryża Wschodu. A nuż znajdziemy tam jakieś francuskie perełki?

A oto i pierwsza- Łuk Triumfalny majestatycznie zdobiący środek ogromnego ronda. Prawie jak w stolicy Francji. Prawie. W kolumnach widać drzwi, które mogłyby wskazywać na to, że da się wejść na szczyt budowli i stamtąd rozejrzeć się po okolicy. No ale takiej atrakcji chyba nie przewidziano, bo albo oboje z Tomaszem cierpieliśmy na poważne zaburzenia spostrzegawczości, albo nie ma sposobu, żeby podejść do Łuku. Wiecie, żadnego przejścia dla pieszych i milion samochodów jeżdżących wkoło. Ogromny ruch i korki na wielopasmowych drogach to dla mnie zresztą jeden ze znaków rozpoznawczych Bukaresztu – w centrum ciężko zrobić jakiekolwiek zdjęcie bez miliona aut, na pewno rzuci się to Wam w oczy w dalszej części wpisu.

Autem, które najbardziej kojarzy mi się z Rumunią jest Dacia Logan – spotkamy ich na ulicach tyle, że można się zacząć poważnie zastanawiać, czy oni tam nie mają jakiejś super-hiper-ekstra oferty na te samochody. Nie mówiąc już o taksówkach, których dosłownie 99% to żółte Logany. A przejażdżkę taryfą po Bukareszcie polecam. Łatwo złapać taksówkę, bo jest ich mnóstwo, a poza tym jest tanio – nie ma żadnej opłaty za przysłowiowe trzaśnięcie drzwiami, a tylko za przejechane kilometry – w większości zdecydowanie poniżej 2 zł/km. Może i kierowca jeździ trochę jak wariat; może i wybiera dziwną trasę, żeby ominąć korki; może i jego Dacia ma uboższe wyposażenie niż moja spoczywająca obecnie w pokoju na złomowisku pełnoletnia Brava, ale… Cali i zdrowi docieramy do celu, nie rujnując swojego budżetu!

À propos budżetu – chyba nie miałam Wam okazji wspomnieć, czym płaci się w Rumunii. Nie, nie przyjęli jeszcze euro, czemu w sumie ciężko się dziwić. Mają swoją walutę -lei (RON) – którą normalnie można przeliczać na złotówki praktycznie w stosunku 1:1. Jest jednak ciężko dostępna w polskich kantorach, może poza tymi na lotniskach o rozbójniczych marżach. Tak czy siak byliśmy zmuszeni w takim kupić trochę lei, bo inaczej nie mielibyśmy nawet na bilet na autobus do hotelu po wylądowaniu w Bukareszcie. Więcej lei można już po znacznie korzystniejszej cenie kupić na miejscu w zwykłym kantorze – najlepiej za euro albo dolary.

Bilety autobusowe kupuje się w większości w takich oto przeuroczych budkach, ale nie dajcie się zwieść! W tych blaszakach kryje się zaawansowana technika! Wasz bilet nie będzie zwykłym papierkiem, a impulsem na specjalnej karcie. A ilu osób potrzeba do obsługi kasownika? Najlepiej z trzech! Jedna usiłuje skasować bilet i niespecjalnie jej to idzie, mimo przeczytania instrukcji; druga – miejscowa – pomaga: lewy przycisk, karta, prawy przycisk, kroki powtórzyć; trzecia komentuje, że to przecież nie może być aż tak skomplikowane 😉

Kolejną rzeczą charakterystyczną dla Bukaresztu jest to, że kompletnie nie umieją w kable. Powinni jechać do Wilna – tam by ich nauczyli jak wieszać przewody tak, że stają się praktycznie niewidzialne dla przechodniów i to bez użycia słupów. Jak to robią? Tam, gdzie się da, przyczepiają do ścian budynków cienkie metalowe linki i za ich pomocą równiutko rozpinają kable nad ulicami – szczególnie te obsługujące tramwaje. Bardzo estetyczne rozwiązanie. A w Bukareszcie? Na każdym słupie ujrzymy większy lub mniejszy kablowy supeł. Nie umieją ich dociąć do odpowiedniej długości czy co? Samych przewodów też jest podejrzanie dużo. Może te ich kłęby są na zapas, jakby potrzebowali sobie coś jeszcze podpiąć?

Miało być o Łuku Triumfalnym, a słowa poniosły mnie do kabli… Wróćmy więc do niego na chwilkę i da to nam wbrew pozorom całkiem fajną klamrę spinającą wszystkie rzeczy, które kojarzą mi się z Bukaresztem. Po rumuńsku nazwa tej budowli to Arcul de Triumf. A przykładowo pałac to palatul. A bulwar – bulevardul. Już wiecie, do czego zmierzam? Miałam wrażenie, że połowa rumuńskich słów to polskie, angielskie albo francuskie wyrazy z dodanym -ul. Nie mogłam się powstrzymać przez tworzeniem własnych. Taki na przykład McDonaldul w widocznej poniżej galerii przy Piața UniriiDo tego centrum handlowego zawędrowaliśmy w poszukiwaniu pożywienia i toalety i ta druga dostarczyła mi niezapomnianych wrażeń.

Galeria – jaka jest, każdy widzi. Niby normalna, niby jest H&M, niby inne globalne marki. Ale są też stoiska i sklepy marek nieznanych nikomu albo i wcale nie-marek. Jednym z nich było stoisko z bielizną rodem ze sklepu chińskiego. Tandetne staniki, majtki i inne gorsety porozwieszane były na ścianie obok drzwi do toalet. Wiecie, jak na targu. Jeszcze dobrze nie przetrawiłam w swoim umyśle tego, że to zobaczyłam w galerii handlowej w najbardziej prestiżowej lokalizacji europejskiej stolicy, a tu… Korytarz prowadzący do toalet ujawnił tyły tego stoiska – było ogrodzone metalową jakby siatką, pozatykane jakimiś kartonami. Tak, wiem, to szczegóły… Ale być może pozwolą Wam poczuć specyfikę rumuńskiej stolicy.

Sam Piața Unirii po polsku nazywał by się Plac Zjednoczenia – ten szkaradek był zapewne oczkiem w głowie Ceaușescu, wieńczącym aleję, która za jego czasów nazywała się Bulwarem Zwycięstwa Socjalizmu – jeszcze do niej wrócimy. Przewodniki turystyczne twierdzą, że plac to miejsce spotkań młodych ludzi, że tętni życiem. A w rzeczywistości? Jest tam pusto, brudno i szaro, a wszechobecne reklamy i neony potęgują tylko przygnębiające wrażenie. Niby są kolorowe, ale przecież nie są ładne, kompletnie tam nie pasują. Bronią centrum Bukaresztu przed jakąkolwiek spójnością i trochę miałam wrażenie, jakby krzyczały: no okej, może i tu jest brzydko, ale przynajmniej mamy światowe marki…

Wspomniana wyżej aleja to obecnie Bulevardul Unirii. Była by całkiem urocza, gdyby nie to, że nawet nie chcę myśleć, co i ile nasz Nikoś wyburzył, żeby toto  wszystko postawić. Bulwar był wzorowany na francuskich Polach Elizejskich, ale pamiętacie, że Bukareszt miał być Paryżem na sterydach, prawda? 😉 Dlatego rumuński Bulwar Zjednoczenia jest dłuższy i szerszy niż jego pierwowzór. A co! Okoliczne socrealistyczne bloki mieszkalne wzorowano za to podobno na architekturze… Korei Północnej. Pogratulować autorytetów! I o ile gdzieśtam rozumiem, że północnokoreańskim wodzom Ceaușescu pewnie niesamowicie zazdrościł idealnego komunistycznego Państwa, to zachodnioeuropejski Paryż wydaje się wśród wzorców Nikosia niepasującym elementem. Może po prostu zapatrzył się na bukaresztański Łuk Triumfalny, jak był mały? Budowla powstała kilka lat po jego urodzeniu. Mówiłam przecież, to nie Nicolae zaczął z tym Paryżem 😉

Jak pewnie zauważyliście, Rumuni lubią sobie coś postawić na środku ulicy. A to Łuk Triumfalny, a to fontanny wzdłuż całego 3,5-kilometrowego bulwaru. Takie fontanny na trawnikach oddzielających pasy jezdni spotkamy też w innych, zupełnie niereprezentacyjnych i nieturystycznych częściach miasta. I dla mnie to znów takie trochę, jakby nie umyć zębów, a pomalować usta 😉 Albo jak na tym memie. Wiecie – brud, smród, a fontanna jest! Ale fontanny to jest nic przy największym (i to w sensie dość dosłownym) wyczynie Nikosia. Mówię o Pałacu Parlamentu – Tomasz zmierzył, że żeby przejść wzdłuż dłuższego boku budynku, potrzeba ponad 6 minut. Budynek Parlamentu jest znienawidzony przez Rumunów jeszcze bardziej niż Pałac Kultury i Nauki przez niektórych naszych rodaków. I jedni i drudzy najchętniej zrównaliby z ziemią rzeczone budowle (choć Parlament podobno nadal nie jest ukończony – zabrakło pieniędzy), które w obu przypadkach w moim subiektywnym odczuciu nie są brzydkie, choć tak się o nich często mówi. Brzydką mają tylko historię.

A czemu właściwie mi się tu nasz PKiN przypomniał? Może dlatego, że Dom Wolnej Prasy w Bukareszcie całkiem mi go przypomina swoim stylem. Taki nasz Pałac z bocznymi skrzydłami.

Zmieniając nieco temat – trwający akurat podczas naszego pobytu w Bukareszcie festiwal sztuki sprawił, że mogliśmy tam zobaczyć troszkę więcej ładnych rzeczy niż zwykle. Mnie najbardziej urzekła kwiatowa brama, ale to pewnie dlatego, że nie było mnie z Tomaszem, kiedy udało mu się wejść do pięknej sali koncertowej  Ateneul Român (również na zdjęciach powyżej).

Ukrytymi perełkami Bukaresztu są też niewielkie cerkwie, synagogi i kościoły. Te, których nie wyburzono – a taki los spotkał wiele historycznych budynków – celowo dość ciasno obudowano wyższymi budynkami. Po co? Żeby nie rzucały się w oczy i żeby ciężko było je znaleźć – w komunistycznym państwie nie ma przecież miejsca dla żadnej religii. Oba cele udało się Ceaușescu osiągnąć. Chodziliśmy z mapą, na której mieliśmy zaznaczone wszelkie świątynie no i czasem krążyliśmy może z 50 m od jakiejś, kompletnie jej nie widząc, bo otaczały ją szczelnie np. budynki mieszkalne.

Na koniec – kilka nienajbrzydszych zdjęć ze starego miasta 🙂 Na pierwszym – kościół Stavropoleos.

I chyba moje ulubione zdjęcie z Bukaresztu.

Mam przeczucie, że już mocno przesadziłam z ilością zdjęć w tym poście – gdybyście mieli problemy z ich ładowaniem, dajcie mi proszę znać – postaram się coś na to zaradzić. No, a póki co, to jeszcze kilka chciałam Wam pokazać… I jeszcze trochę pojawi się w najbliższym czasie na moim Insta. Swoją drogą, jak to możliwe, że z miasta o tak nienachalnej urodzie mamy tyle ładnych zdjęć? 😉

W galerii poniżej:

1,2 – kościół Stavropoleos.

3 – Muzeum Narodowe Historii Rumunii. Stoi przed nim bardzo nietypowy posąg – nagi mężczyzna trzymający na rękach dziwnego psa.

6, 7 – Ateneul Român (sala koncertowa)

8 – Palatul Patriarhei

Do przeczytania!

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *