Czy da się spakować na 5 dni w mały bagaż podręczny Wizz Air?

Tytułowe pytanie to wzorowy problem pierwszego świata i jak na tak ważną kwestię przystało – spędzało mi sen z powiek. Szczególnie, że nie znalazłam w internecie satysfakcjonującej mnie odpowiedzi. Tak więc poniższy wpis potraktuję trochę jako wiadomość do przyszłej siebie:

DA SIĘ, NIE PANIKUJ!

A być może komuś jeszcze moje doświadczenia pozwolą spokojniej spać.

Linie Wizz Air pozwalają na zabranie na pokład znacznie mniejszego bagażu podręcznego niż na przykład Ryanair. W uproszczonym rachunku, zakładającym brak jakichkolwiek strat pojemności, w pierwszych liniach mamy w bagażu do dyspozycji 33,6 litra, podczas gdy w drugich aż  44 litry.

Wbrew pozorom uzyskanie praktycznie maksymalnej pojemności jest możliwe, jeśli jak Tomasz zdecydujemy się na zakup miękkiej torby na ramię, która zdecydowanie wygrała z moją walizką w kategorii pakowność. Było w niej nawet trochę awaryjnego zapasowego miejsca dla mnie. Na pewno odniosła też zwycięstwo, jeśli chodzi o cenę (poniżej 40 zł z wysyłką) i wagę. Moja walizka sama w sobie waży około 2 kilogramów, torba około pół kilo. I o ile dla mnie to nie jest ważna kwestia, bo nie mam pojęcia jak miałabym przekroczyć przepisowe 10 kilogramów ,,normalnie” pakując się w walizkę tej wielkości, to jeśli ktoś chce przewieźć coś ciężkiego – 1,5 kilograma robi różnicę.

Torba dostępna jest na przykład tutaj: KLIK

Wszystkie te plusy – przynajmniej dla mnie – zaciera jedna wada. Torbę trzeba NOSIĆ. No wiecie, na ramieniu. Albo w ręce. Znam siebie bardzo dobrze i wiem, że znudziłoby mi się to, zanim dotarłabym na lotnisko.

Wybór mógł więc być tylko jeden – walizka na kółkach i to najlepiej na czterech, żeby bez wysiłku prowadzić ją bokiem. I teoretycznie takie modele są dostępne u Januszy biznesu na allegro. Tylko że ta sama walizka, na jednej aukcji wymierzona na 42 cm (OK), na innej na 45 (nie OK) – na dodatek z dopiskiem, że idealna do Wizz Air.

Jako że nieco większym zaufaniem obdarzyłam w kwestii pomiarów markę Wittchen, stałam się posiadaczką takiej oto walizki – wymiarowo, jak widać, idealnej. Kosztowała mnie 129 zł (144 zł z wysyłką), choć wiem, że da się ją upolować nawet za 89-99 zł. Obecnie kosztuje 149-179 zł w zależności od koloru.

Gdyby ktoś zastanawiał się na chusteczkę mi chusteczka przy bagażu podręcznym, śpieszę z wyjaśnieniem. Założyłam – i nie pomyliłam się, że będzie to bardzo popularny model walizki i inne osoby lecące z nami mogą mieć identyczną. Nie wiem, czy praktykuje się to w Wizz Air, ale na przykład w Ryanair przy pełnych lotach (podobno w schowkach nad głowami mieści się tylko 90 bagaży, a miejsc w samolocie jest około 190) można oddać bagaż podręczny do luku. Zawsze się przed tym broniłam, dopóki ostatnio nie wylądowałam na końcu kolejki i nie zostałam ,,przymusową ochotniczką” do rozstania się ze swoją walizką.

Ku mojemu zdziwieniu takie rozwiązanie ma swoje plusy – nie trzeba targać walizki po wąskich samolotowych schodach, ani się z nią przeciskać przez przejście, ani wykonywać podniesienia jej nad głowę celem włożenia do schowka. W zamian trzeba poczekać na nią kilka minut po wylądowaniu, no ale coś za coś. Wolałam więc na wszelki wypadek oznaczyć bagaż podręczny, co może być przydatne też podczas podróży autokarem na lotnisko, gdzie też oddajemy zwykle walizkę do bagażnika. W takiej właśnie sytuacji moja sąsiadka wzięła czyjąś walizkę i odwrotnie. True story.

Moja walizka ma w internecie mnóstwo negatywnych opinii. Że wygląda jak najgorsza chińszczyzna; że – o zgrozo – nie ma znaczka Wittchen, tylko VIP Travel (jak żyć?!); że wszystko z niej wylatuje po otwarciu, bo ma tylko gumki, a nie kieszenie na suwak. Nie zgadzam się z żadnym zarzutów, a i logo nie robi mi różnicy.

Jak dla mnie jedyny minus to dwa kółka zamiast czterech, co w porównaniu z innymi moimi walizkami negatywnie wpływa na stabilność bagażu. Ale umówmy się, widziały gały co brały. A poza tym mogłabym się z walizką obchodzić jednak nieco łagodniej, a nie brutalnie ciągnąć ją nawet po kostce brukowej.

Kiedy rozpakowałam pudło z walizką, to przeżyłam niemały szok. Wiedziałam, że będzie malutka, ale nie wyobrażałam sobie, że w rzeczywistości będzie wielkości pudełka na kozaki, z którym zapewne będę wyglądać przekomicznie. Lub też wielkości dwóch położonych na sobie moich codziennych torebek. To był największy moment zwątpienia i gorączkowych poszukiwań, jak tu dokupić jakiś większy bagaż albo chociaż możliwość dodatkowego wniesienia torebki/małej torby na pokład (około 90 zł za 2 osoby w dwie strony – wraz z priority boarding).

Kilka głębokich oddechów później postanowiłam podejść do sprawy ambitnie i nie podwyższać o praktycznie 10% kosztów naszego budżetowego wyjazdu. Skoro do trochę większej walizki potrafię oprócz wszystkich potrzebnych rzeczy zapakować jeszcze poduszkę, dwa ręczniki, ogromną suszarkę do włosów i po sztuce każdego ubrania na zapas, to po rezygnacji z tego wszystkiego ta mission impossible powinna się udać, prawda? Nawet pomimo faktu, że zamiast tych rzeczy musiałam zabrać chociażby lżejszą kurtkę.

Jako że nie wierzę w żadne life hacki dotyczące pakowania, postanowiłam postawić na logiczną miniaturyzację – z różnymi skutkami:

  • wybrałam najcieńsze możliwe ubrania
  • torebkę i portfel zamieniłam na zdecydowanie mniejsze

  • nie brałam żadnych pełnowymiarowych kosmetyków i tu niestety przelanie podkładu do małego słoiczka z Rossmanna nie okazało się dobrym pomysłem – był zbyt płynny i się rozlał; przed kompletną katastrofą uratowała mnie szczelna kosmetyczka, z której swoją drogą jestem bardzo zadowolona i jest miłą odmianą od kosmetyczek samolotowych za kilka złotych, które miałam do tej pory i które ciągle się rozpadały; a słoiczki są świetne do gęstszych produktów jak np. peeling
  • postanowiłam zamienić też swojego ogromnego Tangle Teezera na malutką zwykłą szczotkę – jeszcze podczas wyjazdu wylądowała w koszu, jak ja się kiedyś czymś takim czesałam?!
  • fajne rozwiązanie to kosmetyki wielofunkcyjne, na przykład płyn do higieny intymnej bez SLS z powodzeniem posłuży nam też jako żel do mycia twarzy i pod prysznic; na zdjęciu w Rossmannowej buteleczce z pompką, która już dość długo mi służy i bardzo ją lubię za to, że ma zakładaną blokadę pompki – nic się nie naciśnie i nie wyleje w bagażu
  • krem do twarzy wzięłam w postaci próbek, ale wcześniej sprawdzonych, żeby nie dostać uczulenia

Dość długo poszukiwałam kiedyś dwufazowego płynu do demakijażu o odpowiedniej pojemności. Ku swojemu zaskoczeniu za około 3 złote kupiłam w Rossmannie produkt Rival the Loop widoczny na zdjęciach, który bardzo dobrze się sprawdza. Jak widać Rossmann przoduje u mnie w kategorii kosmetyków i rozwiązań podróżnych.

Błędem – po części – była też rezygnacja z własnej suszarki. Zapomniałam, że tymi hotelowymi to można sobie suszyć włosy przez trzy godziny. Przypomniałam sobie za to, że można je umyć wieczorem i pozostawić do naturalnego wyschnięcia, budząc się z falami na głowie.

I tak oto cały dobytek na 5 dni zmieściłam w pudełku na buty. I sporo nauczyłam się na błędach. Walizkę zapinałam co prawda klęcząc na niej za każdym razem, ale mimo to ma się dobrze. A ja wreszcie pojęłam, dlaczego w filmach zawsze tak właśnie upychają rzeczy. Na pewno latają Wizz Airem.

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *