Nice is nice – Nicea cz. I.

Tytułowe hasło przyprawiło mnie początkowo o malutkie WTF lub jak kto woli – o aleocochodzi, szczególnie, że zobaczyłam je gdzieś w Nicei napisane jednorodną czcionką, typu wiecie #niceisnice. Przeczytałam sobie w głowie coś w stylu: nais is nais – oby moi wykładowcy nigdy tego pseudofonetycznego zapisu nie ujrzeli… Miły jest miły?! To przecież nie ma sensu! Pewnie Wam znacznie lepiej poszło rozszyfrowywanie tego i śmiejecie się ze mnie teraz pod nosem. A śmiejcie się, zasłużyłam sobie na to tym chwilowym zaćmieniem umysłu. Tomasz dodałby pewnie jeszcze: no jaak to, absolwentka filologii angielskiej nie wie?  Wie, wie, tylko nie tak od razu! Po prostu chwilkę mi zajęło przetworzenie w mózgu tej gry słów.

Nice to po angielsku (i francusku zresztą też) Nicea no i oczywiście nice to miły, fajny, ładny i wszelkie inne dobre rzeczy. No! Więc w wolnym tłumaczeniu mamy: Nicea jest fajna. Zboczenie zawodowe każe mi też zaznaczyć, że tak samo zapisane słowo czytamy tu inaczej, w zależności od znaczenia. Jako miły – nais, jako miasto – ni:s (i: = długie i, więc troszkę jakbyśmy czytali niis). Jak ktoś już ziewa, to bardzo przepraszam i proszę go o przejście do kolejnego fragmentu, bo przyszedł mi do głowy jeszcze jeden podobny przykład z naszych podróży, ciekawy pewnie dla nielicznych. Liverpool wymawia się oczywiście tak. Jak więc na logikę wymówić nazwę znajdującego się tam Royal Liver Building? Pewnie jak początek nazwy miasta albo jak wątrobę – w końcu to też liver… A takiego! Liver w nazwie tego budynku wymawia się tak. Potwierdzone info od miejscowego. A angielski taki piękny!

Ale wracamy już do Nicei, a ja muszę Wam się przyznać do jednej rzeczy. Bardzo niewiele wiem o tym mieście. Nasz pobyt we Francji był tym razem bardzo krótki, a na dodatek jeden calutki dzień zajęło nam spełnianie pewnego mojego marzenia – i wymagało to od nas wyjazdu w inne miejsce. O tym na pewno w kolejnych postach. Na samą Niceę zostało nam popołudnie i wieczór pierwszego dnia i przedpołudnie trzeciego. Ale to w zupełności mi wystarczyło, żeby się zakochać od pierwszego wejrzenia w Lazurowym Wybrzeżu. No może od drugiego, bo pierwsze chwile to było przeciskanie się z walizką po wąskim chodniku biegnącym wzdłuż terenu lotniska, gdzie morza nie było widać, a za to co chwilkę mijaliśmy kogoś uprawiającego sport – bieganie, jazdę na rowerze czy rolkach. Wszystko fajnie, tylko czemu musieli to robić akurat tam? 😉

Gdyby ktoś jeszcze nie zauważył – tak, mam poważną obsesję na punkcie morza i palm. A przyznacie, że morze jest w Nicei wyjątkowe? Zawsze myślałam, że Lazurowe Wybrzeże to tylko nazwa, a kolor wody na zdjęciach to efekt ich obróbki. A tu nie, najprawdziwsza, lazurowa woda! Jeśli uważnie się przyjrzycie zdjęciu powyżej – temu z paniami na ławce – to zauważycie jeszcze jedną niesamowitą rzecz. W pewnym momencie woda zaczyna być ciemnoniebieska, taka kobaltowa – i to też na żywo cudownie widać. Zupełnie jak na Malcie, mogłabym po prostu siedzieć i gapić się na morze i niczego więcej nie potrzebowałabym do szczęścia. W Nicei ciężko w ogóle uwierzyć, że nadal znajdujemy się w kontynentalnej Europie, a nie na jakiejś wyspie. Ogromną radość sprawia mi nawet patrzenie na zdjęcia i mam nadzieję, że Wam też się spodobają, bo chcąc nie chcąc zarzucę Was nimi w nieprzyzwoitej ilości.

Nasz hotel znajdował się przy Promenade des Anglais (Promenadzie Anglików) – głównym nadmorskim deptaku Nicei, ciągnącym się przez około 7 km. Za 2 noce zapłaciliśmy około 65€ (~270 zł) i jak na francuskie warunki to jest to bardzo niska cena, nawet poza szczytem sezonu. Dlatego też nasz budżetowy hotel (o przewrotnej nazwie Premiere Classe = Pierwsza Klasa) był zlokalizowany przy tej ,,gorszej” części deptaka – od morza oddzielała nas jeszcze płyta lotniska, ale i to zapewniało nam cudowne widoki z okna. Poza tym, bliskość lotniska oznaczała jeszcze jedną rzecz – znów miałam okazję obserwować samoloty startujące i lądujące tuż nad wodą i plażą, zupełnie jak na Cyprze. To dla mnie zawsze magiczne – połączenie moich dwóch ulubionych rzeczy – morza i latania.

Najśmieszniejszą częścią naszego maleńkiego pokoju była łazienka w odcieniu majtkowego różu – wyglądała troszkę jak Toi Toi albo toaleta w samolocie – wielki plastikowy odlew. Z tym, że w naszym przewidziano jeszcze skrawek miejsca na wgłębienie będące brodzikiem prysznica. Nie jestem zwolenniczką publicznego pokazywania zdjęć hotelowych łazienek, ale tym razem się chyba nie powstrzymam 😉 Bo trochę już tych hotelowych łazienek w życiu widziałam, ale takiej – jeszcze nigdy. Co ciekawe, nie była tak upierdliwa w użytkowaniu, jak mogłoby się wydawać. Zresztą, nie spędziliśmy zbyt wiele czasu w tym naszym mikropokoju, bo chcieliśmy maksymalnie wykorzystać nasz krótki pobyt.

No i plan zwiedzania mieliśmy faktycznie zabójczy, zresztą zwykle mamy i dlatego zawsze wracam wykończona, a nie wypoczęta. Już pierwszego dnia przeszliśmy calutką promenadą w obie strony, czyli co najmniej 14 kilometrów, ale pewnie więcej, bo zdarzało nam się trochę zboczyć z trasy, jeśli dostrzegliśmy coś interesującego. Było warto, 10/10, szłabym ponownie. I – spoiler alert! – wygląda na to, że za kilka miesięcy znów będę miała okazję! A na ciekawostki nie musieliśmy długo czekać, bo już na samym początku deptaka, przy kamienistej zatoczce z łódkami, którą widzieliście wyżej, dostrzegliśmy mężczyzn grających w bule i wędkarzy. Mimo, że był początek października, a temperatura powietrza wynosiła zaledwie około 20 stopni, to ludzie nadal kąpali się w morzu. I dzielnie leżeli na kamieniach, bo plaże w Nicei są niestety kamieniste.

Swoją drogą, czy to nie dziwne, że taki piękny francuski deptak nazwano Promenadą Anglików? W końcu niesławna jest – bardziej lub mniej prawdziwa i silna – wzajemna niechęć Francuzów i Anglików. Nazwę deptaka uzasadnia pewna dość urocza historia. Podobno już w XVIII wieku do Nicei przyjeżdżali angielscy arystokraci no i pewnie niewygodnie im się chodziło po tych kamieniach. Postanowili więc sfinansować i zrealizować budowę promenady, żeby komfortowo spacerować nad morzem w swoich eleganckich ciuszkach. Bardzo miło z ich strony! Dzięki nim równie wygodnie promenada zaprowadziła nas dalej – do luksusowego hotelu Negresco. Takiego z panem do otwierania drzwi i całą resztą. Wiemy, bo weszliśmy zrobić zdjęcia ich słynnego żyrandola – czytaliśmy, że lubią turystów. Ale chyba jednak niespecjalnie, bo troszkę dziwnie na nas patrzyli. Nic to, wrócimy, jak już będziemy bogaci i wtedy ze szczegółami opiszę Wam pobyt w Negresco 😉

Mijając między innymi ten śliczny domek, zawędrowaliśmy też do dwóch figur, o których nie wiem nic poza tym, że są całkiem ładne. No dobra, o panu z trąbką cośtam wiem. Stoi pod restauracją Chantecler, będącą częścią hotelu Negresco. Restauracja może się pochwalić dwoma gwiazdkami Michelina, a jej goście tym, że pili białe wino za 840€ albo czerwone z roku 2009 za 4800€. Tak przynajmniej wynika z wywieszonej przed restauracją karty. A raczej zalaminowanej i niezbyt czystej kartki papieru. Trochę to dziwne w takim miejscu, ale może zakładają, że to menu czytają i tak tylko ci, którzy nie wchodzą do środka i że dla nich nie warto się wysilać? 😉

Przed budynkiem opery stoi za to pomnik, który wygląda całkiem znajomo. Ta zaledwie 1,35-metrowa (oczywiście mówię o samej sylwetce, bez bazy) replika nowojorskiej Statuy Wolności stanęła w Nicei w 2014 roku, na stulecie rozpoczęcia I wojny światowej. P.S. Tak, ,,statuy” to poprawna forma, sprawdzałam 😉

Dalej natknęliśmy się na park, w którym mój wzrok od razu przyciągnęła karuzela. Na żywo w powoli zapadającym zmroku wyglądała magicznie, zdjęciom z kolei niebardzo posłużyło takie światło. Poczułam się, jakbym podwójnie cofnęła się w czasie – do dzieciństwa, a potem jeszcze ze 100 lat do tyłu. Chociaż zdaję sobie sprawę, że to współczesna replika, to ten styl retro jest naprawdę ujmujący. Bardzo długo przyglądałam się karuzeli. Wersja Tomasza pewnie brzmiałaby, że musiał mnie stamtąd zabrać siłą. Niczego takiego sobie na szczęście nie przypominam, chociaż niesamowicie zazdrościłam dzieciom, które za kilka euro mogły się przejechać na karuzeli. Sama strasznie chciałam! Z tym, że koniecznie na jednym z tych ślicznych koników, a nie wyglądały, jakby były na to gotowe 😉

W tym samym parku, a właściwie ogrodzie Alberta I (Jardin Albert 1er) na ogromnym trawniku znajduje się ogromna nietypowa rzeźba. Jeśli ufać mojej znajomości francuskiego, to upamiętnia stulecie nadania nazwy Lazurowemu Wybrzeżu, a jej krzywizna odzwierciedla Zatokę Aniołów (la Baie des Anges), nad którą położona jest Nicea.

Jeśli wyjdziemy z drugiej strony parku, to znajdziemy się już na starym mieście. Natychmiast mnie oczarowało swoimi uliczkami, z luksusowymi butikami, jak np. Chanel, pod którym bezwstydnie obfotografowałam calutką wystawę. Spotkałam tam też najbardziej bezczelnego żebraka ever. Siedział sobie po turecku na brzegu deptaka, a przeźroczysty kubek na pieniądze wystawiał jakiś metr przed siebie – tam, gdzie chodzili ludzie. Jak nietrudno się domyślić, co chwilę ktoś się potykał o pojemnik, którego nie zauważył pod nogami. Kubek się przewracał, monety się z niego wysypywały, a wiedziona poczuciem winy osoba, która niechcący go kopnęła, zwykle pomagała żebrakowi pozbierać pieniądze i oczywiście dokładała coś od siebie ,,w zadośćuczynieniu”. Do dziś mnie ten człowiek wkurza, jak sobie o nim przypomnę!

Najbardziej charakterystycznym miejscem nicejskiego starego miasta jest bez wątpienia Plac Massena, słynący z charakterystycznych płyt chodnikowych, które ułożono w taki sposób, że przypominają szachownicę i które jakimś cudem nie załapały się na nasze zdjęcia 😉 Na szczęście mogę Wam za to pokazać podświetlane posągi, które siedzą sobie tam na wysokich słupach i podobno symbolizują kontynenty oraz sąsiadującą z placem podświetlaną fontannę – zajmuje dużą przestrzeń i takie też robi wrażenie.

I chociaż bardzo chciałabym jakoś zgrabnie zakończyć ten wpis, to to nie będzie mi chyba dziś dane, a więc ciąg dalszy nastąpi. Przed nami jeszcze ładny kawałek spaceru promenadą, a wpis i tak jest już dość długi i ma mnóstwo zdjęć. Poza tym, wszystko wskazuje na to, że jutro rano znów ruszamy w drogę. I chociaż z różnych przyczyn tym razem to nie jest pewne na 100%, to powiedzmy 90-procentowe prawdopodobieństwo przekonuje mnie, że powinnam zacząć się pakować 😉 Do przeczytania!

6 myśli na temat “Nice is nice – Nicea cz. I.”

    1. Na początku nawet napisałam w facebookowej zapowiedzi wpisu, że przy jego czytaniu trzeba uważać, żeby niechcący nie kupić biletów dla siebie, ale to skasowałam, bo pomyślałam, że ktoś może to źle odebrać 🙂 ale widzę, że się nie myliłam. A bilety nadal taniutkie! Koniecznie lećcie, Asieńko 🙂

    1. Bardzo dziękuję – dla mnie z kolei niesamowicie cenna jest opinia kogoś z „wewnątrz”, trochę jak egzamin i strasznie się cieszę, że go zdałam 🙂 P.S. już zaglądam do Ciebie i zapraszam też do siebie na kolejne części, ale to dopiero jak wrócimy z piwa… znaczy się z Pragi 😉

    1. Bardzo dziękuję za przemiłe słowa! Przyznam się, że rok 2017 to był chyba pierwszy rok w moim życiu, który 31 grudnia podsumowałam sobie w głowie słowami ,,to był dobry rok”. Jestem niesamowicie wdzięczna losowi za ten czas. I strasznie się cieszę, że tu do mnie zajrzałaś. Tobie też życzę jak najwięcej pięknych dni <3

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *