Stan wyjątkowy – Nicea cz. II.

Nicejska Promenada Anglików, szczególnie oglądana wieczorem, jest tak niewiarygodnie piękna, że momentami ciężko było mi uwierzyć, że jestem tam naprawdę. A podobno im więcej się podróżuje, tym mniej się docenia kolejne miejsca. Nieprawda! W Nicei beztrosko unosiłam się nad deptakiem, napędzana endorfinami, jednak nad tym miastem nadal wisi coś, co momentami bardzo boleśnie sprowadzało mnie na ziemię. Ale zanim napiszę o tym więcej, proponuję, abyśmy w miarę możliwości chronologicznie kontynuowali zwiedzanie 😉

Z Placu Massena, na którym skończyliśmy nasz spacer w poprzednim wpisie, postanowiliśmy wrócić na Promenadę Anglików – w końcu plan był taki, żeby przejść ją w całości. Przypadkowo wylądowaliśmy na skwerze, na którym stał sobie pomnik pieszczotliwie zwany zapałkami. Takimi 30-metrowymi. Prawdziwa nazwa tej rzeźby z 2010 roku to Neuf lignes obliques, czyli w wolnym tłumaczeniu: Dziewięć pochyłych linii. W sumie chyba lepsza taka niż jakieś Śródziemnomorskie tchnienie i dopisywanie do zapałek filozofii. A nie, przepraszam, filozofię dopisano. Pomnik upamiętnia 150-lecie przyłączenia Nicei do Francji (wcześniej należała do Królestwa Sardynii) no i linie symbolizują 9 nicejskich dolin, a ich strzelistość – górzysty teren okolicy. Skoro autor tak twierdzi, to niechaj mu będzie – w końcu wyszedł mu z tego całkiem przyjemny w odbiorze, nowoczesny pomnik.

Jak widzicie na na zdjęciu powyżej, placyk z zapałkami jest otoczony przez ładne kamienice. Czy dostrzegacie w nich coś dziwnego? Nie? A teraz?

Pewnie już tak, ale na żywo na tyle nie wierzyliśmy własnym oczom – a szczególnie (niewierny) Tomasz – że aż musieliśmy dotknąć ścian, żeby upewnić się, że są całkiem płaskie – dla Was dowód poniżej. Wszystkie elementy są na nich oczywiście namalowane, a ich trójwymiarowość to tylko iluzja. Ale za to jaka! Dopracowana w każdym calu, co urzeka szczególnie, że w naszym kraju te budynki by pewnie zasłonięto szkaradnymi i niedbale powieszonymi bannerami.

Po drodze moją uwagę przyciągnął jeszcze pomnik – supeł/lina, ale niestety nie potrafię znaleźć o nim żadnych informacji. Będę musiała mu się dokładniej przyjrzeć kolejnym razem.

Na końcu deptaka znajduje się port – i tam właśnie zakończył się nasz wieczorny spacer Promenadą Anglików. Z ogromnym zainteresowaniem przyglądałam się zacumowanym tam luksusowym jachtom. Z niemniejszym szukałam atrakcji, o której gdzieś wcześniej przeczytałam – piętrowego parkingu, wybudowanego częściowo pod wodą, który w jakimś miejscu miał mieć przeźroczystą podłogę, przez którą można spojrzeć w dół przez wszystkie poziomy. No i parking przy porcie szybko się znalazł. Weszliśmy do środka w poszukiwaniu tej podłogi, ale jej nie znaleźliśmy i zawiedzeni wyszliśmy stamtąd. No i to była bardzo dobra decyzja, bo to za czym się rozglądaliśmy znajdowało się właśnie na zewnątrz. Na zdjęciu nie robi to takiego wrażenia, ale na żywo musieliśmy się przełamać, żeby stanąć na tych płytach. Widząc nasze zmagania, zaczęli nas dopingować młodzi bezdomni panowie, ukryci w załomie ściany, a potem nawet ucięliśmy sobie miłą pogawędkę – niezbyt długą, na co wpływ pewnie miał mój łamany francuski i ich łamany angielski 😉

Kolejny – krótszy już – spacer promenadą odbyliśmy ostatniego dnia. Wróciliśmy między innymi na Plac Massena, żeby zobaczyć go za dnia i zrobić jeszcze trochę zdjęć. Znajdujący się tam posąg Apolla podobno tak gorszył przechodniów, że kilkadziesiąt lat temu zdecydowano się go usunąć. Na szczęście – jak widzicie – wrócił już na swoje miejsce 🙂

Nicejskie stare miasto słynie też bazarków i pchlich targów – nam udało się trafić na spożywczy i książkowy – mają niesamowity klimat, niestety tym razem nie mogliśmy poświęcić zbyt wiele czasu na włóczenie się po nich.

A to wszystko dlatego, że bardzo zależało nam na odwiedzeniu jeszcze jednego miejsca – pomnika ku czci ofiar zamachu z 14 lipca 2016 roku.  W jego wyniku zginęło 86 osób, a 202 zostały ranne. Podczas hucznych obchodów Święta Narodowego Francji zamachowiec wjechał ciężarówką w tłum bawiących się ludzi. A wszystko to działo się na… Promenadzie Anglików, którą już drugi wpis tak miło się nam idzie. Stanęłam tam przed księgą pamiątkową i kompletnie nie wiedziałam, co napisać, bo żadne słowa nie wydawały mi się dobre w obliczu tego zdarzenia, o którym Nicea nadal nie mogła zapomnieć. Nie mieścił mi się w głowie ten kontrast – piękna, które mnie otaczało z okropną tragedią.

Kiedy byliśmy w Nicei, trwał tam jeszcze stan wyjątkowy – zniesiono go na początku listopada. O zamachu już na lotnisku przypomnieli nam uzbrojeni w ogromne karabiny żołnierze. W grupach patrolowali później miasto. Dzięki nim zdałam sobie sprawę, że zamach odbił się piętnem na Nicei – jeśli nie na zawsze – to na bardzo długi czas. Gdzieś na dnie umysłu ciągle miałam niepokój. Najstraszniejszą myślą, jaka przyszła mi do głowy była ta, że terroryści mogliby się przebrać za żołnierzy i zacząć do nas strzelać. Ogólnie podchodziłam tam do ludzi znacznie bardziej podejrzliwie i nieufnie niż zwykle. Do samochodów też, chociaż przed nimi w wielu miejscach chroniły nas – teoretycznie – betonowe zapory. No ale przecież były też miejsca bez zapór. Huk zwykłej stłuczki, której byliśmy świadkami, przez ułamek sekundy wydawał mi się zupełnie czymś innym. Takie przykłady mogłabym mnożyć, ale chyba nie chcę. Nicea wydaje się być rajem na ziemi, ale odarto ją z poczucia bezpieczeństwa, zupełnie jak wiele innych miejsc…

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *