Takie nie wiadomo co… – Monako cz. I.

Od dawna marzyłam o odwiedzeniu Monako. Ale to było takie marzenie, do którego miałam ambiwalentny (zawsze chciałam użyć tego słowa!) stosunek. Z jednej strony, Monako jest owiane aurą takiego je-ne-sais-quoi (=nie wiem czego, to wyrażenie też zawsze chciałam wykorzystać!). No wiecie, że niby panuje tam wszechobecny luksus, a całe księstwo jest niedostępne, tajemnicze i ekskluzywne – po prostu nie wydawało się miejscem dla kogoś takiego, jak ja. Wyobrażałam sobie, że życie tam wygląda mniej więcej tak, jak to, co udało nam się uchwycić na zdjęciach poniżej – Prada, Lamborghini, piękni ludzie, luksusowe hotele i ich umundurowani parkingowi.

Z drugiej strony, w głębi duszy wiedziałam, że prędzej czy później tam pojadę i w okolicy marca zeszłego roku wypowiedziałam to na głos, co prawda nadal sądząc, że to kwestia raczej odległej przyszłości. Nie wierzę w takie pseudocoachingowe bzdury, ale tym razem najwidoczniej nastąpiła jakaś wizualizacja, projekcja, krystalizacja, czy co tam jeszcze. Krótko potem okazało się, że Tomasz upolował tanie bilety do Nicei na październik (niecałe 300 zł za 2 osoby w 2 strony). A z Nicei do Monako jest zaledwie…20 km! Można ten dystans wygodnie przelecieć helikopterem, których wypożyczalnie wydają się na nicejskim lotnisku powszechniejsze, niż wypożyczalnie samochodów. O, a z opóźnieniem w moich relacjach z wyjazdów czuję się mniej więcej tak (źródło mema):

Oczywiście zdecydowaliśmy się na wspomnianą wyżej opcję. Tuż po wylądowaniu w Nicei przesiedliśmy się w helikopter i z lampką szampana unieśliśmy się nad miastem, świętując ten dzień spełnienia moich marzeń. Kto bogatemu zabroni! No, a teraz zejdź na ziemię, Ania! No dobra, schodzę! Do Monako pojechaliśmy pociągiem, co i tak było burżujską opcją, bo za podróż trwającą około 35 minut musieliśmy zapłacić prawie 5 euro od osoby w jedną stronę. Da się taniej – autobusem, który ma podobno jeszcze jedną zaletę – przepiękne widoki z okna. Ktoś nazwał nawet jego trasę najlepszą trasą widokową na świecie. Może kiedyś się przekonamy, jak tylko przekonamy się też do kilkukilometrowego spaceru na jego przystanek. Na stację kolejową mieliśmy znacznie bliżej.

Okazało się, że i widoki z pociągu momentami zapierały dech w piesiach – fragmenty torów były położone nad samiutkim morzem. Niesamowite uczucie – jechać taką trasą. Dużo radości dało mi też obserwowanie ludzi w wagonie – zagęszczenie elegancko ubranych osób, ale i ekscentryków, czy pań z pieskami w drogich torebkach podpowiadało mi, że naprawdę jedziemy w niezwykłe miejsce. Do wyobrażenia, o którym wspomniałam wyżej możecie sobie dodać chociażby moje przemyślenia na temat tego, czy znajdziemy tam w ogóle jakiś sklep spożywczy nie dla milionerów, czy też przyjdzie nam umrzeć z pragnienia. Bo skromniutki apartament możecie sobie tam kupić już za około 30 milionów złotych – swoją drogą lektura ogłoszeń w witrynach biur nieruchomości to już taka nasza mała tradycja podczas podróży. Wysiedliśmy na czyściutkiej, dużej stacji i już niedługo miałam skonfrontować swoją wizję z rzeczywistością.

Zanim to się stało, żeby wydostać się ze stacji, musieliśmy się zmierzyć z podejrzaną ilością wind i schodów ruchomych. No dobra, pewnie stację wykopali głęboko pod ziemią – pomyślałam sobie wtedy, żyjąc jeszcze w błogiej nieświadomości tego, co czeka nas później. Na dworcu odwiedziliśmy też toaletę – zaskakująco mało ekskluzywną jak na księstwo o takiej reputacji 😉 I poszliśmy do przemiłego pana, urzędującego w biurze informacji turystycznej – dał nam mapę i przypomniał, że znajdujemy się poza Unią Europejską, w związku z czym nasze telefony i internet mobilny mogą przestać działać. W moim przypadku tak się stało – zupełnie straciłam zasięg. Telefon Tomasza z kolei twierdził, że jesteśmy we Włoszech. Czy to nie jest niesamowite, że maleńkie księstwo, gdzie mówi się po francusku i płaci się w euro to już całkiem oddzielny kraj? Jego granicę stanowi tabliczka – taka, jaka zwykle oddziela miasta 🙂

Moje pierwsze wrażenia z Monako okazały się dla mnie strasznym zawodem. Zwykła, wąska uliczka, z jakimiś małymi sklepikami i punktami usługowymi. Do tego brzydkie apartamentowce i bardzo ciasna zabudowa – z jednej strony przyprawiała mnie o lekką klaustrofobię, a z drugiej była bardzo rozczarowująca – w końcu co to za luksus, jeśli z okna widzimy okna sąsiada z naprzeciwka – zupełnie jak na przeciętnym polskim blokowisku? Do tego ta wielopoziomowość i każdy blok inny – kompletny chaos, kłócący się bardzo z moim poczuciem estetyki. Jakby tego było mało, to co trochę natykaliśmy się na żurawie – ciągle buduje się nowe budynki albo rozbudowuje istniejące. Było mi tak źle z tym, co widzę i było to tak bardzo inne od moich oczekiwań, że miałam ochotę natychmiast wsiąść w pociąg i wrócić do pięknej Nicei. Czar Monako prysł, moje marzenie legło w gruzach, mydlana bańka pękła, ideał sięgnął bruku. Czułam się oszukana, jakbym na darmo pokonała te tysiące kilometrów. I piszę to wszystko niestety całkiem serio!

Z czasem moja frustracja narastała, chociaż miałam nadzieję, że będzie malała, jeśli tylko dam Monako szansę. A tu nie! Kto w ogóle wpadł na pomysł, żeby budować państwo-miasto na tak nierównym, skalistym terenie? A skoro już ktoś wpadł, to tacy są tam bogaci, a nie umieli sobie tego wyrównać?! Mapę mogliśmy sobie wsadzić w 4 litery, bo była płaska i kompletnie nie pokazywała, jak gdziekolwiek dotrzeć. Staliśmy sobie gdzieś na górze, widząc w dole stadion. W prostej linii może ze 100 metrów. A w rzeczywistości? Zjazd miejską publiczna windą (tak, takie tam istnieją) – najbliższa akurat zepsuta. A więc poszukiwanie schodów – kilkaset metrów spacerkiem. Potem w lewo, w prawo, windą, schodami, schodami ruchomymi, pytanie o drogę, w lewo, w prawo – wszystkie kroki należy powtarzać aż do dotarcia na miejsce lub utraty cierpliwości. W naszym przypadku to drugie nastąpiło wcześniej. Jak ci ludzie tam żyją na co dzień, jeśli przejście 100 m bywa takie skomplikowane?

Tamten moment był dla mnie kulminacją wszystkich złych emocji. Stadionu oczywiście ostatecznie nie znaleźliśmy, trafiliśmy za to przypadkiem do galerii handlowej Fontville, w której był ogromny Carrefour. Tomasz wszedł do niego, żeby kupić nam coś do picia, a ja bez sił opadłam na ławkę. Obserwując ludzi, troszkę się uspokoiłam. Zauważyłam, że robiący zakupy mieszkańcy Monako wyglądają zaskakująco zwyczajnie. Niektórzy z kupionym gdzieś na wynos lunchem siadali na znienawidzonych przeze mnie schodach i jedli go na świeżym powietrzu. Wyglądali na całkiem zadowolonych z życia. Do dziś żałuję, że nie weszłam z Tomaszem do tego Carrefoura, bo powiedział mi, że klient przed nim dał kasjerce 20 euro napiwku, a ja tego nie widziałam. Od tamtego momentu poważnie się zastanawiam, czy nie usiąść na kasie w Monako 🙂

Co do cen jedzenia, to czy w Carrefourze, czy w obecnej też w Nicei sieci sklepów Casino (kawałek jednego załapał się nawet na zdjęcie powyżej), są one zupełnie takie, jak we Francji. Swój ulubiony azjatycki napój Mogu Mogu kupiłam w ulicznym automacie z napojami nawet taniej, niż w Polsce. Okazało się, że mogę sobie pozwolić nawet na wodę mineralną Perrier, żeby nie siać wiochy na monakijskich ulicach z jakąś najtańszą. Według naszej mapy, w księstwie są też co najmniej 2 restauracje McDonald’s – tego się nie spodziewałam! Niestety na żadną nie trafiliśmy, więc tym razem niestety nie powiem Wam, jakich luksusów i w jakich cenach można w nich zaznać 😉 Do zwykłych restauracji postanowiliśmy się profilaktycznie nie zbliżać, nasze portfele mogły nie być na to gotowe.

Powolutku zaczęłam dostrzegać jaśniejszą stronę Monako, a jednym z jej najważniejszych elementów był bez wątpienia fakt, że z ogromnej ilości miejsc było widać moje ukochane morze. W licznych portach i zatokach mogliśmy obserwować różnej wielkości jachty, chociaż muszę się przyznać, że robiły one na mnie o tyle mniejsze wrażenie, że bardzo podobne widziałam dzień wcześniej w Nicei. To, co na pewno mnie zachwyciło to różnorodność krajów, z jakich przypłynęły – praktycznie każdy miał flagę. I jeszcze ta nazwa Devocean (powyżej). Ktoś wymyślił cudowną grę słów, czyta się to jak devotion, czyli poświęcenie.

Tak poza tym to zaledwie o kilka dni spóźniliśmy się, żeby być świadkami największych na świecie dorocznych targów i wystawy jachtów – było nam dane zobaczyć jedynie demontaż konstrukcji hal. A sądzę, że wystawione tam jachty urzekłyby nawet mnie, tak samo, jak nie mogłam nie zwrócić uwagi na jeżdżące po Monako  piękne auta – mimo, że nie interesuję się kompletnie motoryzacją. I stąd też mamy całkiem sporo zdjęć samochodów. No ale na pewno nie przeszłam obojętnie obok ogromnego wycieczkowego statku, zacumowanego akurat w Monako. Z zazdrością obserwowałam ludzi relaksujących się na jego tarasach, bo kiedyś bardzo chciałabym się znaleźć na ich miejscu. Ciekawe tylko, czy mam chorobę morską 😉

Wracając jeszcze do aut, to niesamowicie się podjarałam szczególnie jednym… Białe Lamborghni Aventador możnaby w Monako minąć, nie zwracając na nie większej uwagi, w końcu tego typu auta są tam praktycznie tak powszechne, jak u nas VW Passat – mam nadzieję, że się nie pogniewasz za pożyczenie tego porównania, Bartoszu C. No ale nie każde Lambo stoi pod najsłynniejszym kasynem w Monte Carlo, otoczone łańcuchami na słupkach, prawda? Po takiej ochronie wywnioskowałam, że to musi być auto jakiegoś prawdziwego wi-aj-pi. No i się nie pomyliłam! Miało rejestrację z Arabii Saudyjskiej z numerem 1. W jakiejś książce przeczytałam, że im niższy numer, tym ważniejsza osoba – członek rodziny królewskiej. Czyli w kasynie musiał się bawić najprawdziwszy arabski książę!

Niestety nie udało mi się go spotkać w środku – pewnie ukrywał się w tej części budynku, do której zwykli klienci nie mają dostępu – o tam, na górze, po tych schodach z czerwonym dywanem. A tak chciałam go zapytać, czy nie zechciałby w ramach mecenatu wesprzeć moich podróży i bloga jakąś skromniutką kwotą. Rzędu miliona euro natenprzykład. No i nie dość, że tak się przede mną ukrywał, to jeszcze okazał się być nie księciem, a jakimś podrabiańcem! Jak tylko odzyskałam dostęp do internetu, dowiedziałam się, że tą tablicę może sobie kupić każdy. Znaczy się każdy, komu zbywa akurat 5 milionów dolarów, bo za tyle ostatnio poszła…

c.d.n.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *