Valletta – piękna stolica Malty – dużo zdjęć.

Choć stolica Malty ma zaledwie 0,8 kilometra kwadratowego, to spędziliśmy tam praktycznie cały dzień. Miasto jest tak cudowne, że uznaliśmy, że warto przejść każdą uliczką. Jest to podobno miejsce o największym zagęszczeniu zabytków na świecie – na tej maleńkiej powierzchni jest ich aż 320. Ale nie to mnie urzekło. I Vallettę, i ogólnie Maltę pokochałam za atmosferę.

Valletta to równiutka sieć wąskich uliczek. W innym miejscu mogłyby być przytłaczające, ale tam bardzo dobrze się czułam. W Vallettcie jest bardzo jasno (dzięki słonecznej pogodzie i kolorystyce budynków) i chociaż dość ciasno, to paradoksalnie czuć przestrzeń – to pewnie przez bliskość morza, co chwilkę go skądś widać. Morze jest na Malcie wyjątkowe – jest niebieskie, ogromne i majestatyczne, a jednocześnie jest zwykłą częścią codziennego życia wyspy – miejscem pracy i transportu.

Valletta pięknie wygląda też z góry (zdjęcie), ale tak niestety nie miałam okazji zobaczyć jej na żywo.

Na Malcie czułam się bardzo bezpiecznie. Miałam wrażenie, że napotykani od czasu do czasu policjanci i ich budki są tam do ozdoby. Ewentualnie żeby pomóc zabłąkanym turystom. Nie bałam się, kiedy późnym wieczorem spacerowaliśmy po Sliemie, ani po ślepych uliczkach Valletty, tworzących zaułki otoczone z trzech stron ścianami. W zatłoczonym autobusie nie trzymałam kurczowo torebki przy sobie.

Mieszkańcy Malty zdobyli ostatnio tytuł drugiego najbardziej przyjaznego narodu na świecie (źródło) i zdecydowanie się z tym zgadzam. Zrelaksowana atmosfera Malty kojarzy mi się z pogaduszkami z panią w sklepie, z przedszkolakami na spacerze mówiącymi mi ,,Hello!” i z pracownikami wszelkich branż cierpliwie odpowiadającymi na piętnaste pytanie Tomasza.

Z tym większym zdziwieniem przyjęłam artykuł w gazecie o mężczyźnie zabitym w wyniku bomby podłożonej w aucie. Stało się to nie tylko podczas naszego pobytu, ale i w miejscu, przez które tamtego dnia przejeżdżaliśmy.

Nasz spacer po Vallettcie rozpoczęliśmy idąc wzdłuż linii brzegowej, od portu promów.

Udało nam się trafić pod Siege Bell War Memorial akurat w porze kiedy dzwon bił przejmująco, upamiętniając ofiary drugiej wojny światowej. Zrobiło to na mnie ogromne wrażenie.

Tuż obok – ogromny pomnik nieznanego żołnierza, dobrze widoczny tylko z góry, z Lower Barrakka Garden.

Dalej Saluting Battery – tym razem nam się nie poszczęściło i nie trafiliśmy na porę strzelania.

Spacerowanie uliczkami Valletty ani przez chwilę nie było nudne. Handlowe deptaki ze współczesnymi sklepami przeplatały się z tymi całkowicie zabytkowymi i z najzwyklejszymi mieszkaniowymi uliczkami. Z radością podglądaliśmy Maltańczyków pracujących w warsztatach mieszczących się często w garażach tuż nad morzem. Co ciekawe, o ile Zara obok kościoła Mariackiego w Krakowie nieodmiennie mnie szokuje, to w Vallettcie to wszystko ze sobą idealnie współgrało, nie gryzło się.

Na każdym kroku było coś pięknego lub interesującego – choćby kapliczki przy drzwiach domów (mieszkańcy wyspy są podobno bardzo religijni) czy ozdobne tabliczki adresowe. Faktycznie widzieliśmy takie na wielu domach.

I kolejne niespodzianki…

Valletta to wszystko, co najpiękniejsze na Malcie. W pigułce. Teraz już chyba mogę się przyznać, że wyspę żegnałam ze łzami w oczach. Nic dziwnego, prawda?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *