Rzucam na stół znowu setkę, tak jak Monte Carlo – Monako cz. II.

Podróże kształcą. Można na przykład na własnej skórze się przekonać, o co chodzi we fragmencie tej piosenki (Bob One x Bas Tajpan – Jakby już nie miało być jutra), który postanowiłam wykorzystać jako tytuł.  Alternatywny brzmiałby: jak zostałam hazardzistką? Otóż, zostałam nią oczywiście w Monte Carlo – dzielnicy Monako słynącej z wyścigów Formuły 1 oraz kasyn. Ale ja i kasyno?! Jestem (byłam?) tak zagorzałą przeciwniczką hazardu pod każdą postacią, że przez ponad 26 lat mojego życia moja noga ani razu nie przestąpiła progu takiego miejsca. I nie sądziłam, że się to zmieni w Monako. Przecież tamtejsze kasyna można sobie obejrzeć z zewnątrz, po co grać? A w moich trampkach z Myszką Miki i tak mnie nie wpuszczą, prawda?

Ale, ale… z drugiej strony… Stać pod najsłynniejszym na świecie kasynem – które zagrało podobno w 2 filmach o Bondzie – i nie wejść do środka? W rozstrzyganiu podobnych dylematów niejednemu towarzyszyło pewnie ogromne lustro, które widzicie wyżej i niżej. Można w nim spojrzeć we własną zniekształconą twarz i odpowiedzieć sobie na bardzo ważne pytania, pewnie szczególnie jak już się przegrało wszystkie oszczędności. I chociaż jeszcze nic nie straciłam, a moje oszczędności to raczej z tych, co starczą do końca życia, pod warunkiem, że będę żyła do jutra to i tak rzuciłam kilka spojrzeń – na kasyno, na siebie, na kasyno… No i poszłam.

No ale najpierw do tego mniej wypasionego, znajdującego się po sąsiedzku -w Hôtel de Paris – zapytać uprzejmie, czy moja stylizacja typowej turystki jest odpowiednia (tak, przeszła nie tylko Myszka Miki na trampkach, ale i niedźwiadki Coca Coli na bluzce), czy płaci się za wejście (nie) i ogólnie, do jakiego regulaminu należy się zastosować (konieczność udostępnienia torebki do sprawdzenia jej zawartości i zakaz robienia zdjęć – czyli z selfie nici). Bogatsza o te informacje – udzielone mi przez podejrzanie młodego ochroniarza – nabrałam odwagi, żeby wrócić do kultowego Casino Monte Carlo.

(Swoją drogą, czy wiecie, że nie wychodząc nawet z kasyna można szybciutko i w euforii wydać swoją ewentualną wygraną na ekskluzywną biżuterię? Takich sklepów jest w pobliżu oczywiście więcej, ale ten uderzył mnie szczególnie, bo w dość oczywisty sposób żeruje na ludzkich emocjach – może i na tych dobrych, bo na radości, ale z drugiej strony handlowcy na pewno liczą na zaćmienie umysłu i chwilowy brak zdrowego rozsądku u szczęśliwca, który krótko potem może żałować takiego spontanicznego zakupu… Z podobnych powodów brzydziłam się zawsze hazardem, bo moim zdaniem też w najpaskudniejszy możliwy sposób wykorzystuje ludzkie słabości…)

Casino Monte Carlo przywitało nas pięknymi wnętrzami i chociaż jak mantrę powtarzałam, że nie, przecież nie będziemy grać, to bardzo chciałam zobaczyć, jak to wszystko wygląda ,,od środka”. Tutaj reguły okazały się nieco bardziej surowe – torebkę i aparat musieliśmy oddać do szatni, a za darmo można było wejść tylko do pierwszej sali z maszynami do gry. Wejście dalej kosztowało 12€ – niestety nie wiem, czy do odzyskania w postaci kredytów, czy nie. Nie drążyłam tematu, bo poza ślicznym hallem kasyno rozczarowało mnie dokładnie tak, jak się tego spodziewałam. Smutni ludzie przy automatach, brzydki dywan, dziwna atmosfera. Granie okazało się strasznie nudne i straciłam 10€. Co ludzie w tym widzą?

Naprawdę nie wiem. Nie wiem też jak znaleźliśmy się ponownie w kasynie w Hôtel de Paris. Widać tak to działa. Tam też kompletnie nam nie szło, dopóki nie przyciągnął mnie do siebie klasyczny jednoręki bandyta. Zawsze chciałam na takim zagrać, a do tej pory widywałam je tylko w filmach. I co? W ostatecznym rozrachunku opuściliśmy drugie kasyno bogatsi o 40€. Całkiem nieźle! I tak właśnie zostałam hazardzistką 😉 W Hotel de Paris spotkaliśmy też parę przesympatycznych Polaków, o których pewnie nawet bym nie wspominała, gdyby nie to, że kolejnego dnia w Nicei wpadliśmy na nich jeszcze raz na bazarku, o którym pisałam Wam w poprzednim poście. Trochę to dziwne, c’nie? A może wcale nie, bo na nowych znajomych z hotelu też tak wpadliśmy gdzieś na nicejskim starym mieście. Może szlaki są tam tak utarte, że wszyscy po prostu się ciągle spotykają?

Powyżej też stare miasto, ale w Monako. Muszę przyznać, że chociaż nie można mu odmówić uroku, to nie urzekło mnie jakoś szczególnie. Kompletnie nie wczułam się w te wszystkie historie o Księżnej Grace (Kelly) – w Katedrze Świętego Mikołaja w Monako (zdjęcie poniżej) odbył się zarówno jej ślub, jak i pogrzeb. Cała ta monakijska ,,starówka” wydawała mi się jakimś sztucznym tworem, wybudowanym na siłę, bo przecież coś takiego wypada mieć, choćby i nie było tak naprawdę stare. I nawet jeśli kompletnie nie pasuje do reszty księstwa, nie zlewa się z nim w naturalny sposób. Wąskie uliczki zalewa tam za to fala zaskakująco tandetnych pamiątek – na przykład niewielkie torebki uszyte z dżinsowych spodni, a właściwie z ich górnej części z kieszeniami i szlufkami. Były u nas chwilowo modne w okolicy roku 2000, wiecie, o które mi chodzi? Oczywiście tym razem z napisem Monaco. A ja naiwna spodziewałam się czegoś wyjątkowego. Tylko czego tak właściwie?

Tak w sumie to udało mi się znaleźć wyjątkową pamiątkę z Monako. Czasami, kiedy na naszych wyjazdach przechodzimy obok poczty, zastanawiam się, kogo mogłaby ucieszyć kartka z danego miejsca i jeśli ktoś przyjdzie mi do głowy, to właśnie do tej osoby ją wysyłam – najprawdziwszą, papierową, staromodną pocztówkę. W Monako bez problemu wytypowałam adresatkę – nikomu nie oddałabym tej kartki ze ślicznym znaczkiem (ze starym, czerwonym, sportowym autem) i pieczątką z herbem – takim, jak na budynku poczty powyżej. Tak, wysłałam ją sama do siebie! I ode mnie do mnie dotarła zaskakująco szybko – w góra 3 dni. Czyli miniksięstwo ma też całkiem sprawnie działającą pocztę! Ciekawe, czy w tym zakresie współpracują np. z Francją, czy sami jakoś ogarniają te trzy na krzyż pocztówki do takiej Polski, które ktoś miał kaprys wysłać?

Czy ten budynek na skale nie jest niesamowity? A wracając jeszcze na moment do poczty, to pracująca tam pani była dla mnie przemiła. Pokazała mi milion różnych kartek i znaczków, jakby chodziło o bardzo ważne wybory, a potem biedna czekała, aż wśród tej klęski urodzaju podejmę jakąś decyzję. Bardzo podobnie zapamiętałam wszystkich mieszkańców Monako, z którymi mieliśmy jakikolwiek kontakt. Niezwykle sympatyczni, cierpliwi, pomocni. I świetnie mówiący po angielsku, nawet ci w wieku 70+. Kiedy w poszukiwaniu drogi zabłądziliśmy do jakiegoś teatru, w którym starszy pan akurat kupował bilety, to ku naszemu zaskoczeniu sam oderwał się od tego, czym był zajęty i pośpieszył nam z pomocą. Nie było mu szkoda czasu dla nas, nienaganną angielszczyzną, bez pośpiechu wytłumaczył i pokazał nam na mapie znacznie więcej, niż oczekiwaliśmy. Między innymi, gdzie znajdziemy najfajniejsze punkty widokowe. A oto i część efektów!

W takich sytuacjach zawsze nasuwają mi się pseudosocjologiczne przemyślenia na temat tego, że chyba znacznie łatwiej jest uśmiechać się ludziom w krajach, w którym przeciętnemu Kowalskiemu dobrze się żyje. A w takiej na przykład Polsce, sami wiecie. Uśmiechniemy się do kogoś na ulicy, to w najlepszym wypadku pomyśli, że go podrywamy; albo w nieco gorszym- że jesteśmy wariatami; albo spyta, co się gapimy (true story, pani z wózkiem i małym dzieckiem w autobusie); albo pomyśli, że się z niego śmiejemy, bo coś; albo jeszcze, że na pewno go znamy, więc lepiej – tak na wszelki wypadek – z zakłopotaną miną powiedzieć nam cichutkie ,,dzień dobry”, a dopiero na samym końcu znajduje się ten jeden procent, który po prostu odwzajemni uśmiech. Ale nie jesteśmy w tym sami, na Litwie pani przewodnik opowiedziała nam taki pół-żart: po czym poznać Litwina? Po tym, że się nie uśmiecha.

A Litwa nie bez powodu przyszła mi na myśl, w końcu jeszcze pół tytułu zostało nam do wyjaśnienia – a konkretniej część o rzucaniu setki na stół. Jeśli znajdziecie się w Wilnie i będziecie nocować w hotelu Panorama, to być może nic szczególnego nie rzuci się Wam w oczy. Mi, jako świeżo upieczonej hazardzistce, rzuciło się kasyno. A nieustający deszcz sprawił, że doszliśmy do wniosku, że wybranie się tam pewnego dnia około 11 rano to świetny pomysł. Nietrudno się domyślić, że o tej porze można tam spotkać – hmm… specyficznych ludzi. Ale może od początku. I może przepleciemy tę opowieść niemającymi z nią związku zdjęciami z Monako.

Najzabawniejsze jest właściwie to, że w litewskim kasynie doświadczyliśmy znacznie lepszej obsługi, niż w Monako, gdzie nikt się nami nie interesował – pewnie ze względu na przewijające się tam tłumy (w tym babulinki w chusteczkach na głowie, grające na automatach – bezcenny widok). W Wilnie przy drzwiach przywitał nas pan (zakładam że) manager – ubrany w elegancki garnitur. Odebrał od nas kurtki, ze względów bezpieczeństwa (których do dziś do końca nie rozumiem) zrobił nam zdjęcia, potem darmowe drinki, oprowadzenie po kasynie i pierdylionkrotne zapewnienie o gotowości do wszelkiej pomocy ,,gdybyśmy mieli jakieś problemy” – zabrzmiało trochę jak w filmie o gangsterach. Nie wiedział jeszcze, że przyszliśmy przegrać w porywach po 10€. Albo po prostu się nudził, bo o poranku kasyno praktycznie świeciło pustkami. Dokładnie z wyżej wspomnianą kwotą każde z nas udało się do kasy i okazało się, że w ramach jakiejśtam promocji drugie tyle otrzymamy pod postacią żetonów . I tak oto – niesamowicie podekscytowana i przejęta – po raz pierwszy w życiu zasiadłam za stołem do ruletki, dzierżąc w ręce te 10 plastikowych krążków, wartych po 1€ każdy, niczym największy skarb.

Przy stole zjawił się znów pan manager, zapytać, czy wszystko w porządku i ucięliśmy sobie typową pogawędkę o niczym. Potem dosiadł się kompletnie pijany człowiek, przypuszczalnie Rosjanin – mówił do nas łamaną polszczyzną i wylewnie wyrażał sympatię do naszego narodu. Do kompletu do tego ciekawego towarzystwa mieliśmy panią krupierkę w zaawansowanej ciąży. A w końcu zjawił się ON. Na ulicy nikt nie zwróciłby na niego najmniejszej uwagi. W najlepszym razie wyglądał na nieśmiałego informatyka. Ubrany był w termiczną polarową bluzę i nie odzywając się do nikogo, wyciągnął z kieszeni plik pieniędzy. Na oko kilka tysięcy euro. Z pliku wybrał parę banknotów i również bez słowa rzucił je na stół. W tym pewnie setkę, jak w Monte Carlo.  Zostały natychmiast wymienione na stertę żetonów. Nie wiedziałam, że tak można.

Tak właściwie to to jest kolejny paskudny sposób na wydobycie większej ilości pieniędzy od kogoś, kto się zapomni w grze – nie musi wstawać od stołu i iść do kasy, bo jeszcze nie daj Boże by się opamiętał po drodze. Dla mnie ruletka była świetną zabawą – z radością obstawiałam liczby swoimi niewiele wartymi żetonami i nie przegrałam więcej, niż założone z góry 10€. A ten pan? W ogromnym skupieniu analizował planszę, wszystkie mięśnie na twarzy miał napięte, a drogie żetony rozrzucał po polach z prędkością karabinu maszynowego. W pewnym momencie – ciągle w milczeniu – odszedł od stołu, ale byłam za bardzo zajęta swoją grą i za mało znam się na ruletce, żeby stwierdzić, czy odchodził biedniejszy, czy bogatszy. Jego twarz też nic nie zdradzała, ale myślę, że jest bardzo nieszczęśliwym człowiekiem. Z drugiej strony mam wielką nadzieję, że się mylę.

I tym słodko-gorzkim akcentem wrócimy jeszcze na chwilkę do Monako. Wyżej widzieliście odkryte baseny, w których – o dziwo – przy temperaturze w okolicach 20 stopni pływali (nieliczni, ale jednak!) ludzie. A zabawne rzeźby stały pod luksusowym Hotelem Hermitage, gdzie wypatrzyłam tę młodą parę. Chociaż mi samej się nie śpieszy do ślubu, to uwielbiam patrzeć na nowożeńców i na szczęście dość często ich spotykamy podczas naszych podróży – w Monako widzieliśmy jeszcze jedną parę. Przy tym hotelu zrobiliśmy też zdjęcie z Lamborghini i Pradą z poprzedniego posta. A co sąsiaduje z nim po prawej? Ogromna Zara! Ich lokalizacje nie przestają mnie zaskakiwać – jak już być może wiecie, do dziś nie mogę przeżyć tej przy Kościele Mariackim w Krakowie. Tutaj akurat przekaz jest znacznie pozytywniejszy: ,,jesteśmy tacy fajni, że nie wstydzimy się być w Monako obok sklepu Prady i najdroższego hotelu”. I wiecie co? To chyba działa, bo pod tą Zarą – na środku ulicy, na światłach awaryjnych  – zatrzymują się luksusowe auta, z których wybiegają piękne panie. Pewnie muszą kupić coś baaardzo ważnego.

A w kolejnym wpisie – więcej naszych przygód z deszczowego Wilna 🙂

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *