Użupio – kraina jednorożców – Wilno cz. I.

Nasz wyjazd do Wilna zaczął się pechowo, jak żaden z poprzednich. I następnych. I oby już nigdy. Wybraliśmy się do Warszawy dzień wcześniej po południu, bo wystartować z Lotniska Chopina mieliśmy o 7 rano. W stolicy praktycznie zawsze śpimy w tym samym hotelu, więc mamy już w okolicy ulubionego Chińczyka od makaronu z krewetkami i drugiego od zupy pho – tam planowaliśmy zjeść kolację i z radością czekałam na nią i na spokojny wieczór w hotelowym pokoju. A takiego! Na dobry początek jakieś półtorej godziny czekaliśmy na spóźniający się autobus. Neobus, shame on you! Ładnie to tak, jak nie można się do Was dodzwonić albo podajecie na infolinii informacje rodem z 4 liter? A potem kierowca pędzi, jak szalony, bo pewnie jest już spóźniony na kolejny kurs i bijemy rekord czasu dojazdu do Warszawy i liczby przerażonych pasażerów?

No nieładnie. Ale cóż, dojechaliśmy. Cali, zdrowi i wkurzeni. Szczęście w nieszczęściu, że nie jechaliśmy bezpośrednio na lotnisko – wtedy pewnie byśmy się spóźnili. Dziesięć oddechów, zameldowanie w hotelu i wszystko będzie dobrze. A takiego! – część II! Pani nie widzi w systemie naszej rezerwacji. Nic nie szkodzi, mamy wydrukowane potwierdzenie, proszę zerknąć! W grzecznych słowach zostaliśmy poinformowani, że potwierdzenie wydrukowane z maila niczego nie potwierdza. A już na pewno nie potwierdza rezerwacji i płatności. Przecież każdy mógł sobie takie w Paintcie przerobić! No i powiem Wam, że w takich sytuacjach się cieszę, że jesteśmy z Tomaszem z natury spokojnymi ludźmi, bo jakbyśmy nie byli, to zrobilibyśmy taką awanturę, że chyba policja musiałaby nas stamtąd wyprowadzić. Ale może chociaż mielibyśmy gdzie spać? (Powyżej i poniżej oczywiście zdjęcia z Wilna, niestety nie dysponuję odpowiednią serią słitaśnych selfie z afery autobusowo-hotelowej.)

Przepychanki z recepcjonistką trwały wieczność, czyli jakąś godzinę. Panią zadowoliło na szczęście potwierdzenie przelewu z banku. Z rozbrajającym uśmiechem przyznała: no czasem się tak zdarza, że rezerwacje znikają w naszym systemie. No to zajebisty macie ten system! Szczególnie, że nasza rezerwacja nie do końca zniknęła, tylko pod jej numerem system zapisał kolejną i pewnie pierwsza się ,,nadpisała”. A potem recepcjonistka powiedziała jeszcze coś w stylu: hihi, mają państwo szczęście, hihi, to ostatni wolny dzisiaj pokój, hihi. No i wtedy to już miałam ochotę wydrapać jej oczy. Tak, ja, chodząca oaza spokoju. Ibis Budget, Wam też polecam troszkę popracować nad procedurami postępowania z gośćmi w takich sytuacjach. Wiecie, kawka, sadzamy przy stoliku, wyjaśniamy w miłej atmosferze. Troszkę to chyba lepsze niż sprawienie, że gość czuje się jak złodziej-wyłudzacz noclegów, co? (I nie myślcie sobie, mi się nie wydaje, że spałam w Radisson Blu, ale już chociażby McDonald’s ma lepsze standardy obsługi, kiedy dojdzie do jakiegoś nieporozumienia.)

Kilka godzin później wstał nowy dzień – chociaż to nienajszczęśliwsze określenie przy konieczności wstania (jak na moje standardy) w środku nocy. No ale data z całą pewnością była już inna. Wiecie, jak to mówią – nowy dzień, nowy start, świeża porcja optymizmu. I rzeczywiście, do Wilna dotarliśmy już bez najmniejszych problemów, a pierwsze zaskoczenie czekało na nas już na lotnisku. Maleńki budynek wyglądał trochę jak XIX-wieczny dworzec kolejowy, na którym z jakichś przyczyn rozmieszczono trochę nowoczesnego sprzętu. Wąskie korytarze, rzeźbione kolumny, płaskorzeźby na ścianach. Takiego lotniska nie widziałam, jak żyję. Ani nawet chociaż odrobinę podobnego.

Troszkę się teraz sama z siebie śmieję, bo początkowo myślałam, że ten budyneczek to już całe wileńskie lotnisko i nawet nie wydawało mi się to specjalnie podejrzane. W końcu Litwa to maleńki kraj – niecałe 3 miliony mieszkańców, 1/5 powierzchni Polski. Dopiero pod koniec pobytu okazało się, że mają osobną halę odlotów – całkiem sporą, o typowo lotniskowym wyglądzie. I tak, wiem, że jeśli czytacie mnie na komputerze, to filmik poniżej może zajmować Wam cały ekran i jeszcze trochę. Przepraszam za to, nie umiem tego zmienić, a strasznie chciałam Wam pokazać ten rozkład jazdy autobusów. Bo to bardzo ważny rozkład jest! Kolejna rzecz, której nigdy nie widziałam w życiu, dopóki nie pojechałam do Wilna. I od której zaczęła się moja wileńska głupawka – z nieznanych mi bliżej przyczyn śmiałam się z niego tak, że aż ludzie się na mnie gapili, a Tomasz musiał mnie uspokajać.

Właściwie to chyba dobrze, że było mi do śmiechu, chociaż w Wilnie przywitał nas deszcz. I – czego jeszcze nie wiedzieliśmy – miał być z nami aż do końca wyjazdu. (Deszcz. Chociaż śmiech w sumie też.) Swoją drogą, mam pewne podejrzenia co do tego, że Litwini mają duże poczucie humoru i też lubią się śmiać. Poszlakami w tej sprawie jest mnóstwo zaskakujących i zabawnych elementów, które odkrywaliśmy, włócząc się po mieście. Taki na przykład kot, którego widzicie wyżej. Grumpy Cat, limitowana edycja wileńska. O co z nim chodzi, to do dziś nie wiem, bo tabliczki niet, więc może faktycznie po prostu o zabawę? 🙂 Wileńczycy chcieli to swoje patrzenie na rzeczywistość z przymrużeniem oka przekuć na jeden ze znaków rozpoznawczych miasta. I tak powstała Republika Zarzecza.

Nigdy wcześniej nie słyszeliśmy o tym miejscu, ale szybko zrozumieliśmy, że jest to prawdziwe must-go w stolicy Litwy. Pani w informacji turystycznej reklamowała nam Zarzecze jako krainę przyjaźni, otwartości i pozytywnych wibracji. No wiecie, nad nami tęcza, a my -trzymając się za ręce i śmiejąc się radośnie – biegniemy po kwiecistej łące w kierunku horyzontu. A wokół hasają jednorożce. Mniej więcej tak to wtedy widziałam. Podobno sam Dalajlama podczas swojej wizyty w Wilnie okrzyknął Zarzecze swoim honorowym punktem ładowania energii (w wolnym tłumaczeniu ze słów naszej przewodniczki). Co jeszcze ciekawsze, utarło się, że to Użupio to tak jakby oddzielny kraj – kiedyś dzielnica, obecnie autonomiczna republika, która swoją niepodległość ogłosiła w Prima Aprilis w 1997 roku. I której oczywiście oficjalnie nikt nie uznał, ale kto by się tam przejmował szczegółami. Zresztą to nie o nie w tym wszystkim chodzi.

Położone nad rzeką Wilejką Zarzecze kiedyś było dzielnicą głównie żydowską. Gdy wygnano ich stamtąd podczas wojny, ich mieszkania zostały zajęte przez przysłowiowe prostytutki, przestępców i bezdomnych. I tak oto na długie lata Użupio stało się strefą no-go, niesławną złą okolicą, w której lepiej się nie znaleźć w nocy. Nasza przewodniczka pieszczotliwie nazwała dawne Zarzecze Death Alley. A potem pojawił się przyszły prezydent Republiki, który stwierdził, że tej części miasta należy się nowe życie. I wygląda na to, że misja ,,odrodzenie” się powiodła. Może nawet zbyt dobrze. Ale po kolei. Początkowo Zarzecze upodobali sobie podobno głównie artyści i studenci Akademii Sztuk pięknych. Tanie mieszkania, fajne towarzystwo, dobra energia – czego chcieć więcej? To im bez wątpienia dzielnica zawdzięcza swój obecny klimat. Bohema i te rzeczy.

Ze spraw powiedzmy – organizacyjnych, to republika – jak wspomniałam – ma prezydenta i konsula-ambasadora. Chętnie przybiją nam w paszporcie pieczątkę potwierdzającą przekroczenie zarzeczańskiej (czy to dobry przymiotnik?) granicy. Gdybym wiedziała, to wzięłabym paszport, miałabym fajną pamiątkę. Granicę wyznacza tablica, którą widzieliście troszkę wyżej i na której przedstawiono jedno z najważniejszych praw Użupio – należy się uśmiechać. Ciekawe w kontekście tego, co wspominałam Wam o Litwinach w poprzednim poście – że się nie uśmiechają. I podobno za wszelką cenę unikają spotkań z sąsiadami, bo ich zwykle nie lubią. No ale z drugiej strony, niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto lubi niezręczne i wymuszone pogaduszki z sąsiadami na klatce schodowej 😉

Republika ma też flagę (4 pasy symbolizujące swoimi kolorami pory roku), godło (otwartą dłoń) i konstytucję. Tę ostatnią przetłumaczono na wiele języków i naniesiono na lustrzane tablice (na zdjęciu powyżej stoję przed polską wersją), a te powieszono na specjalnej ścianie. Wśród postanowień konstytucji Zarzecza znajdziemy na przykład takie: Człowiek ma prawo do błędów. Człowiek ma prawo do wyjątkowości. Człowiek ma prawo do lenistwa i nicnierobienia. Człowiek ma prawo kochać kota i opiekować się nim. Człowiek ma prawo do szczęścia. Człowiek ma prawo do nieszczęścia. Człowiek nie ma prawa do przemocy. Człowiek ma prawo niczego nie rozumieć. No i chętnie wkleiłabym Wam ich jeszcze więcej, ale może po prostu, jeśli te Was zainteresowały, to na własną rękę przeczytacie resztę np. tu? 🙂

Oprócz tego Użupio ma własną walutę, a właściwie to specjalną wersję 1 euro – banknot, który ważny jest tylko przez 1 dzień w roku (oczywiście 1 kwietnia), można za niego kupić tylko jedną rzecz (piwo!) i tylko w jednym miejscu – w widocznym powyżej Barlamencie. No bo przecież Zarzecze ma też rząd, który musi gdzieś ,,obradować”, if you know what I mean. Połączyli więc bar i parlament w jedno i tak powstało to miejsce. No i wiele sobie po nim obiecywałam. Strasznie chciałam tam pójść, bo wyobrażałam sobie, jakich niesamowitych spotkam tam ludzi; jaka musi być atmosfera i wystrój; jak się tam będę bawić. Po prostu, jakie to musi być świetne miejsce i jakie inne od wszystkich, które odwiedziłam do tej pory. No ale podczas grupowych wycieczek nie ma czasu na pierdoły, więc grzecznie poszliśmy dalej za przewodniczką. Tu, po lewej – a u nas na dole – widzą państwo ścianę, na której podpisują się osoby popierające legalizację marihuany.

I idziemy dalej! Po wyjściu ze ścisłego ,,centrum” Zarzecza, spacerowaliśmy jeszcze trochę jego uliczkami. Tu kawiarnia, tam księgarnia. Porozsiewane w niespodziewanych miejscach instalacje artystyczne. Dostojna Pani z pudelkiem, ubrana w cudowny płaszcz – elegancki, jak od Chanel z lat 40. I wreszcie – właściwie już chyba poza Zarzeczem – ściana artystów na ulicy Literatu – jej zdjęcia zobaczycie poniżej. Wmurowana w nią sztuczna szczęka symbolizuje ponoć na przykład to, że pisarze nie powinni się za bardzo przejmować krytyką. A inne przedmioty upamiętniają po prostu literatów, także polskich.

Nasza przygoda z Użupio jednak jeszcze się nie skończyła. Kolejnego dnia, zmęczeni ciągle padającym deszczem, postanowiliśmy spełnić moje marzenie i spędzić trochę czasu w Barlamencie. No i już po przekroczeniu progu wiedziałam, że to był błąd. Znaleźliśmy się w… dość eleganckiej restauracji, z baardzo poważnymi kelnerami w białych koszulach. I z drewnianym barem na wysoki połysk. I z ludźmi przy stolikach wyglądającymi na zamożnych niemieckich turystów. Co gorsza, to nie pili, a jedli. Domyślacie się chyba, jakie było moje rozczarowanie po tej konfrontacji moich wyobrażeń o Barlamencie i całym Zarzeczu z rzeczywistością… Wypiliśmy tam tylko herbatę, żeby się ogrzać i wyschnąć i nie zostaliśmy tam ani minuty dłużej.

No i cóż, Barlament w pełni obnażył prawdę o Zarzeczu, które w tym roku będzie obchodziło 21-lecie powstania jako republika. ,,Na moje” to artystów tam już nie ma. Ale ze względów zapewne czysto komercyjnych, podtrzymuje się obraz Użupio jako zagłębia artystycznej cyganerii – to dobrze działa na turystów. W tak zwanym międzyczasie dzielnica stała się hipsterska i prestiżowa. W kiedyś zrujnowanych kamienicach obecnie mieszkają bogaci ludzie – tylko ich stać na mieszkania, których ceny niesamowicie podskoczyły. Zarzecze jest obecnie podobno najdroższą dzielnicą w mieście. Tak więc wiecie, rozumiecie. Prędzej tam zobaczycie Porsche, niż młodego malarza ze skrętem… A szczytem szaleństwa wydają się kolorowe skarpetki wystające spod spodni. Ach ci krejzole!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *