Jak rozpętałam III wojnę światową – Wilno cz. II.

Przed wyjazdem na Litwę bardzo wzięłam sobie do serca jedną radę z forów internetowych – żeby pod żadnym pozorem nie odzywać się do nikogo jako pierwsza po polsku. Jestem człowiekiem, który zawsze coś palnie, więc pracowicie wbijałam sobie tę zasadę do głowy – autor posta sugerował, że takie zachowanie może zostać bardzo źle odebrane – jako próba okazania wyższości – i wywołać nawet agresję. Podobno wspomnienia polsko-litewskiego konfliktu o wileńszczyznę są tam nadal żywe – dział się on tuż po I wojnie światowej, a w jego następstwie Wilno (w obrębie województwa wileńskiego) było częścią Polski w latach 1922-39. Potem (aż do 1991) byli w ZSRR, czyli z deszczu pod rynnę…

Litwa już znacznie wcześniej była zjednoczona z Polską – między 1569 a 1795 jako Wielkie Księstwo Litewskie i część Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Dlatego wielu Polaków uważało, że przyłączenie Wilna do Polski  w okresie międzywojennym było po prostu oddaniem nam tego, co do nas powinno należeć, a potem zostało nam odebrane przez Sowietów. Litwini z kolei mieli poczucie, że Polacy zabrali im Wilno podstępem i przemocą i… nie chcę Was zanudzać historią. Jeśli macie ochotę, poczytacie sobie o tym sami, bo ja i tak nie zamierzam się opowiadać po żadnej ze stron. Wiecie, jak to mówią – racja jest jak pupa, każdy ma swoją. W naszej części Europy mamy szczęście żyć w pięknych i spokojnych czasach – po co na siłę odgrzebywać jakieś konflikty z przeszłości, w których nie brał udziału praktycznie nikt z obecnie żyjących ludzi? Co ciekawe, były też podobno w historii Litwy okresy, kiedy Litwini stanowili we własnym kraju… mniejszość narodową, pośród przeróżnych nacji zaproszonych do osiedlenia się na ich ziemiach.

Zdjęcia powyżej i cztery poniżej pochodzą z Pałacu Wielkich Książąt Litewskich – obecnie Muzeum Narodowego. Wejście do Zamku Dolnego kosztuje 3€, ale mimo niskiej ceny – przy innej pogodzie –  nie byłoby chyba naszym największym marzeniem. Tymczasem okazało się, że to bardzo fajne muzeum – nowoczesne, interaktywne, zaplanowane z rozmachem, z ciekawymi eksponatami. To tam przeżyłam swoje pierwsze doświadczenie z VR – przy wykorzystaniu technologii wirtualnej rzeczywistości przedstawiono historię zamku. I chociaż realizm tej komputerowej animacji pozostawiał wiele do życzenia, to cieszę się, że zaledwie za 1€ (i po odstaniu swojego w kolejce) mogłam przekonać się, jak to jest z tym VR. Samo muzeum jest ogromne i zorganizowane troszkę, jak labirynt, więc przypuszczam, że nie odkryliśmy wszystkich jego tajemnic.

A dlaczego? Chociażby dlatego, że w którymś momencie kątem oka zarejestrowałam tabliczkę o wieży widokowej na którymśtam piętrze i na koniec zwiedzania uparłam się, żeby na nią wejść. Tomasz na to: eee, nie, tutaj żadnej wieży nie ma, nic takiego nigdzie nie było napisane. Poza tamtą niewielką tabliczką faktycznie nigdzie, ale ja mocno wierzyłam, że nie miałam przywidzeń. Zapytałam więc jedną z pracownic – wieża jest! A jak się tam dostać? Numery pięter mogą nie odpowiadać rzeczywistości, bo aż tak dobrej pamięci nie mam, ale… Droga na wieżę przebiegała mniej więcej tak: windą na piętro VII, potem przez korytarz i część ekspozycji, potem schodami, potem drugą windą na piętro V, potem znów schodami. Bez żadnych oznaczeń, no bo po co? Jeszcze ktoś się nie zgubi, nie zrezygnuje, trafi na wieżę i co wtedy? Wtedy będzie mógł zrobić całkiem urocze zdjęcia przez mokrą szybę – widzieliście je powyżej, a ta wieża na jednym z nich to Baszta Giedymina.

W pobliżu Pałacu natknęłam się na takie odciski stóp i jeśli obserwujecie mnie na Instagramie, to być może troszkę już wiecie, o co z nimi chodzi. A jeśli nie, to ja też na początku nie wiedziałam, przy płycie nie było żadnej tabliczki, a ja nikogo o nią nie pytałam. Sądziłam, że przy tworzeniu wpisów o Wilnie spokojnie sobie ją wygugluję. A tu nie! Na szczęście z pomocą przyszła mi Klaudia, której obsługa wyszukiwarki idzie lepiej niż mi i podsunęła mi artykuł o tym, co te stopy symbolizują. Okazuje się, że w 1989 roku na Litwie, Łotwie i w Estonii  tysiące osób wzięły udział w proteście przeciwko przynależności tych krajów do ZSRR. Wszyscy złapali się za ręce i utworzyli Łańcuch Wolności (znany też jako Bałtycki Łańcuch) o długości niemal 700 km, by zwrócić uwagę świata na swoją sytuację. Pierwsza osoba stała w Wilnie, podobno dokładnie w miejscu, w którym obecnie znajdziemy te odciski stóp. Takie same 75-kilogramowe płyty znajdują się też w Rydze i Tallinie, a pod nimi ukryto pamiątkowe kapsuły czasu – przesłanie dla kolejnych pokoleń.

W innej części Wilna odwiedziliśmy jeszcze jedno ciekawe Muzeum – tym razem Pieniądza. Bardzo nowoczesne, choć niewielkie – z darmowym wstępem i nieco… nadopiekuńczą obsługą. Jest tam mnóstwo rzeczy do zrobienia. Chcecie wydrukować banknot z własnym zdjęciem? Nie chcecie?! Opór jest daremny, i tak pracująca tam pani łagodnie, lecz stanowczo zaprowadzi Was do odpowiedniego stanowiska, dodając Wam otuchy – ,,to proste, pomogę, będzie fajna pamiątka”. No i tak w sumie to faktycznie jest, chociaż podczas jej ,,produkcji” czułam się trochę jak przedszkolak. Poza tym dowiedziałam się, ile kosztowałby Tomasz, gdyby był ze złota, ale wtedy chyba i tak bym go nie oddała za te prawie 3,7 miliona euro. I jeszcze mogłam się w końcu przekonać, co panie kasjerki widzą na banknotach w świetle UV.  Albo za pomocą specjalnego mechanizmu sprawdzić, ile ważą sztaby różnych metali. A piramida ze zdjęć powyżej składa się z ponad miliona jednocentówek!

Chcieliśmy odwiedzić też Muzeum Holokaustu, ale było zamknięte i troszkę nawet byliśmy tym faktem oburzeni, dopóki nie odzyskaliśmy poczucia czasu i nie uświadomiliśmy sobie, że była sobota – szabas. Brawo my! A wracając do języka polskiego, od którego zaczęłam ten wpis… W drodze z hotelu na Stare Miasto trafiliśmy przypadkiem na uroczą halę targową. Na stoiskach starsze panie sprzedawały domowe kiszonki (np. całe pomidory, kapusta na ostro), przetwory, jogurty czy wędliny. Były tak nietypowe, śliczne i apetyczne, że nie mogliśmy się powstrzymać przed komentarzami. ,,Tomasz, Tomasz, zobacz, jaki boczek!”. No i zanim Tomasz zdążył spojrzeć na boczek, to pani sprzedawczyni z uśmiechem i piękną polszczyzną zaproponowała, że da nam spróbować. Podziękowaliśmy grzecznie i poszliśmy dalej – troszkę zdziwieni, ale jedna jaskółka wiosny nie… A może jednak czyni?

(Zdjęcia z Cmentarza na Rossie zaczęły się pojawiać powyżej oczywiście bez związku z tematem, ale mamy ich milion i jak najwięcej chciałabym Wam pokazać – ten cmentarz to przepiękne miejsce.) Okazało się, że na hali prawie każdy sprzedawca mówił bardzo dobrze po polsku. Mając w pamięci to, jak może zostać odebrany język polski starałam się ograniczyć swoje zachwyty nad domowymi pikantnymi sosami i całą resztą, ale kiedy jednak zamieniliśmy dwa słowa po polsku, to wszyscy reagowali niesamowicie… pozytywnie. Przemiłe panie – trochę jak ciekawskie sąsiadki – wypytywały, skąd przyjechaliśmy; na jak długo; dziwiły się, że samolotem, skoro to tak blisko – przecież autobusem też szybko, od nich wszyscy tak jeżdżą.

Na Litwie są takie śmieszne maszyny, do których trzeba oddać każdą jedną puszkę i butelkę, żeby odzyskać 0,1€ kaucji, która jest doliczana nawet do najtańszego napoju. Ale te urządzenia miały menu po litewsku, postanowiliśmy więc zobaczyć, jak ktoś inny je obsługuje. No i tak stanęliśmy sobie za dwójką ludzi, patrzymy, patrzymy, a pani nagle się odwraca i mówi coś, co brzmiało jak ,,co?!”. Ach ta słynna otwartość i pogoda ducha Litwinów 😉 No to zaczynam grzecznie, po angielsku, że bardzo przepraszam, nie wiemy, jak działa ta maszyna, chcieliśmy zobaczyć. Pani potrząsnęła tylko głową na znak, że nic nie rozumie. Postanowiłam zaryzykować po polsku. No i co?

I pani i jej mąż też mówili po polsku i ucięliśmy sobie miłą pogawędkę o tym, jakie to dla nich upierdliwe, trzymać wielkie wory (bo opakowań nie można zgniatać) śmierdzących śmieci w domu, żeby przy okazji zakupów oddać je do recyklingu. Byli strasznie zdziwieni, że w Polsce czegoś takiego się nie robi, chociaż niedawno dowiedziałam się, że i u nas były plany wprowadzenia podobnego prawa. Ale w taki właśnie sposób przekonałam się, że w Wilnie nawet przypadkowe osoby z dużym prawdopodobieństwem będą mówiły po polsku. Ale tak, jak pisałam – to w większości byli starsi ludzie, pomyślałam więc sobie – może to młodzi nas nie lubią? Pewnie oni już nie mówią po polsku i sobie tego nie życzą. W końcu to podczas rozmowy z naszą przewodniczką z pieszej wycieczki byłam o krok od wywołania wojny polsko-litewskiej (czy już wspominałam o tym, że wiecznie coś palnę?). Ona patrząc na nas wymownie powiedziała, że ciągle są źli na Polaków, że zabrali im Wilno. Ja powiedziałam, że mi przykro. Ona, że żartowała. Ja, że ja też. Kurtyna!

A wspomnianą wyżej halę podczas naszego pobytu odwiedzaliśmy codziennie i za którymś razem zauważyłam tam sklep z żyrandolami, na którego wystawie siedziały przecudowne włóczkowe króliczki bez cen. Chciałam o nie zapytać i ku mojemu ogromnemu zdziwieniu za ladą zobaczyłam młodziutką dziewczynę, która akurat dziergała jakąś króliczą łapkę. I wiecie co? Ona też świetnie mówiła po polsku i była niesamowicie sympatyczna! Spędziliśmy u niej mnóstwo czasu, rozmawiając na przeróżne tematy. Troszkę się pośmiałyśmy z barasów (baras=bar) i skverasów (skveras=skwer). Okazało się, że jej mama jest Polką i polonistką, że ich w domu dba się o to, żeby nasz język i tradycje pozostawały żywe. Nasza nowa znajoma zdradziła nam też, że jej zdaniem prawie każdy rodowity wileńczyk mówi lepiej lub gorzej po polsku – chociaż nie zawsze się do tego przyznaje. I że jej zdaniem niechęć do Polaków to coś, co odczuwa jakiś maleńki procent ludzi, a cała reszta ma tak mocne związki z naszym krajem, że nie lubiąc nas musieliby nie lubić też samych siebie. I niech to będzie wstępem do poszukiwania polskich akcentów w Wilnie w kolejnym wpisie 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *