Nie jaram się Mickiewiczem – Wilno cz. III.

Gdyby ktoś obawiał się, że planuję opisać nasz pobyt w Wilnie nie wspominając o Ostrej Bramie, to już nie musi się bać! Z jednej strony to chyba najbardziej oczywisty punkt wizyty w stolicy Litwy – szczególnie dla nas, Polaków, dla których przez długie długie lata program nauki języka polskiego przewidywał wyuczenie się na pamięć Inwokacji do Pana Tadeusza. (Może nadal przewiduje?) A ta – lub jej strzępki – bardzo wielu z nas zostały w głowie i gdyby nie ona, to być może nawet nie skierowalibyśmy myśli w kierunku Panny świętej, co w Ostrej świeci Bramie. I tym sposobem Matka Boska Ostrobramska cieszy się w naszym kraju popularnością porównywalną chyba tylko z Matką Boską Częstochowską, a wiele osób uważa oba obrazy za cudowne.

A z drugiej strony? No cóż, nie jestem osobą szczególnie religijną, ani największą fanką zwiedzania kościołów. To bardziej Tomasz zachwyca się ich wnętrzami, obrazami, rzeźbami; robi milion zdjęć i ciągnie mnie do piętnastej z kolei świątyni. W Wilnie był bardzo szczęśliwy, bo to w końcu miasto kościołów. Podobno w XVII wieku bogaci ludzie budowali je na pokaz, byleby tylko postawić większą i piękniejszą świątynię niż sąsiad i to najlepiej blisko, żeby mógł dobrze się przyjrzeć, która lepsza. Do jakiegoś stopnia pewnie wierzyli, że to pomoże im w zbawieniu, ale znaczenie miała pewnie też chęć przypodobania się duchowieństwu. No i lans ponad wszystko. Lans na kościół, wyobrażacie sobie?! Eej, bo ja mam większy! Wcale nie, bo ja, wieża wyższa! W niektórych kościołach wisiały w tamtych czasach podobno maleńkie krzyże i ogromne portrety rodzin fundatorów. Dziś część kościołów jest opuszczona, bo nie ma nikogo, kto mógłby je utrzymywać i o nie dbać.

Swoją drogą, w Ostrej Bramie był kategoryczny zakaz robienia zdjęć, no ale jakoś nie mogliśmy się powstrzymać. Czy jesteśmy złymi ludźmi? Nie osądzajcie nas pochopnie, my osądziliśmy, a potem było nam głupio! Przed obrazem klęczał chłopiec – na oko z 12 lat i calutki czas coś robił na smartfonie. WTF?! – myślę sobie, ach ta dzisiejsza młodzież. Tomasz nie wytrzymał i zajrzał mu w telefon, a tam co? Modlitwy! Mogłam od razu się domyślić, w końcu sama np. połowę wycieczek z przewodnikiem przechodzę z nosem w telefonie i pewnie każdy sobie myśli, że go olewam, nie słucham i z kimś piszę, a tu nie! Ja pracowicie robię notatki z tego, co mówi przewodnik, żebym o wszystkim pamiętała pisząc dla Was!

A wracając do Ostrej Bramy. Kiedyś oczywiście była to brama miasta, które Matka Boska miała chronić. Dziś to wejście na stare miasto, fundujące nam niemałą niespodziankę. Idziemy sobie zwykłą, miejską ulicą, a tu nagle taka niepozorna brama. To chyba tu – myślimy sobie, przechodzimy, a z drugiej strony co?

Przed nami rozciągają się uliczki starego miasta, a za nami? Drugą stroną tej średnio uroczej bramy okazuje się oczywiście Ostra Brama.

Z boku, po prawej stronie znajdziemy z kolei małe niepozorne drzwiczki. Przez nie wchodzi się albo do dużego kościoła, znajdującego się na poziomie ulicy (który z innej strony ma też normalne wejście)…

…albo takimi oto schodami (niektórzy pokonują je na kolanach) do maleńkiej kaplicy, której ściany szczelnie wypełniają dziękczynne wota i w której oczywiście znajduje się słynny obraz Matki Boskiej. Tomasz, naczelny wielbiciel sztuki sakralnej, rozejrzał się tam wkoło z miną mówiącą: no spoko, obraz jest, zobaczone, kilka zdjęć, odhaczone, chodźmy dalej! Bałam się, że będzie chciał tam spędzić jakieś sto lat, a tymczasem… To ja stałam przed obrazem jak słup, nie mogąc uwierzyć, że jestem tak blisko niego, że widzę na żywo coś, o czym tyle słyszałam od dziecka. Naprawdę niesamowite uczucie, mistyczne wręcz i bardzo dla mnie zaskakujące. Nie sądziłam, że obraz wzbudzi we mnie aż takie uczucia i w ostatni dzień pobytu to znów nie Tomasz, ale ja chciałam iść tam jeszcze raz. Niezwykłe miejsce!

Nieopodal (jakie ładne słowo!) trafiliśmy na cerkiew no i nie byłoby w niej nic szczególnego, gdyby nie zasuszone ciała trzech świętych, leżące w gablocie na samym środku. Krzątał się wokół nich dziwny kościelny, o uroku osobistym Quasimodo lub Petera Pettigrew (z Harry’ego Pottera; nie wiem, którą postać jest Wam sobie łatwiej wyobrazić). W pewnym momencie pan kościelny zgiął się jeszcze bardziej wpół – jak się okazało, żeby powitać ważnego kogoś. Ucałował jego dłoń czy tam pierścień i odsunął trochę górną szybę tej gablotki, a pan ważny zaczął martwych świętych całować po białych skarpetkach. Mnie to wszystko niestety mocno przerosło – nie byłam tam w stanie nawet podejść, nie mówiąc już o próbach zrozumienia tego, co się tam działo.

Kiedy byliśmy w Rumunii… No właśnie, znów nawet google nie pomaga mi się dowiedzieć, o czym właściwie chcę Wam opowiedzieć, ale może ktoś z Was będzie wiedział, o co chodziło? To były okolice 20 września i w jednej z cerkwi, które chcieliśmy zwiedzić, weszliśmy w sam środek jakiegoś (chyba wielkiego) święta. W kościele było mnóstwo jedzenia, które wyglądało, jakby zostało właśnie poświęcone, a ludzie się nim dzielili, wymieniali i zabierali do domu. Na pewno pamiętam jakieś ciasto, chyba trochę jak babka. Ale, do czego dążę… Jeśli ta tradycja jest wspólna dla wszystkich prawosławnych, to czy im przypadkiem apetyt nie mija przy panach świętych z gablotki?

Jeśli chodzi o Adama Mickiewicza, to niestety nieszczególnie się tym panem jaram. No chyba, że chodzi o memy dotyczące jego konfliktu z innym narodowym wieszczem romantyzmu. Na górze wacki, na dole wacki; Kto lubi wacki? Juliusz Słowacki. Nie mówcie Tomaszowi, że tak mnie to śmieszy, bo pewnie uzna to za humor nie-na-poziomie. Nie wnikam też w to, jaki z Mickiewicza wieszcz narodowy, skoro urodził się na Białorusi, pisał po polsku, a swoją ojczyzną nazywał Litwę. Nie ogarniam na tyle sytuacji geopolitycznej w tamtych czasach, żeby to jakoś sensownie przeanalizować i skomentować. A powyżej widzicie (czytać głosem znudzonej przewodniczki wycieczki): pomnik Adama Mickiewicza, znajdujący się w pobliżu Kościoła św. Anny; wyżej: ekspozycja cela Konrada (zamknięta dla zwiedzających, bo remonty); wyżej: budynek, w którym więziony był Adam Mickiewicz i inni Filomaci oraz w którym rozgrywają się Dziady cz. II.

Teraz powyżej już sam Kościół św. Anny. Ładnie ma na imię jego patronka, prawda? Sam kościół też piękny. Legenda głosi, że Napoleon tak się nim zachwycił, że ti, ti, ti, taki śliczniutki, taki malutki, zmieściłby się na dłoni i możnaby go przenieść do Paryża. A z faktów wiadomo tyle, że podczas wyprawy na Moskwę Napoleon faktycznie był w Wilnie i pisał do żony, że bardzo podobało mu się miasto. Kościół św. Anny przekazano kawalerii francuskiej – może na wojskowy magazyn, może na hotel. Nie wiadomo, czy sam Napoleon w ogóle widział świątynię. Bo tak na logikę, czy gdyby mu się tak podobała, to zgodziłby się na takie jej wykorzystanie?

Z wzruszających miejsc został nam jeszcze cmentarz na Rossie – w poprzednim wpisie widzieliście sporo zdjęć stamtąd, więc już pewnie rozumiecie, czemu tak mnie urzekł klimat tej nekropolii. Dziś pora na polskie akcenty. Jednym z nich jest oczywiście grób, w którym pochowano matkę Piłsudskiego oraz jego serce. Różnie się teraz mówi o tym człowieku, ja wiem. Ale kiedy zobaczyłam jego grób cały w igłach spadających z drzew, to postanowiłam go oczyścić. Niebardzo miałam czym, ale czułam, że to jest po prostu właściwa rzecz do zrobienia. Calutką płytę wyczyściłam… mokrymi chusteczkami, tylko to miałam przy sobie. Byłam też troszkę zdziwiona, że nikt o nią nie dba regularnie, a już szczególnie przed Dniem Wszystkich Świętych.  A jednakowe, białe groby, które widzicie powyżej to groby polskich żołnierzy walczących o Wilno tuż po I wojnie światowej, ale też próbujących je odbić z rąk Niemców pod koniec drugiej. (Wyżej widzicie też oczywiście miejsce pochówku Joachima Lelewela.)

A to (wyżej) jeden z dziedzińców pomiędzy budynkami. Przewodniczka bardzo nas zachęcała, żeby wchodzić na takie, kiedy będziemy włóczyć się po mieście, bo można znaleźć na nich ukryte perełki – rzeźby, pomniki. No ale jakoś tak dziwnie by nam było samym wchodzić komuś na podwórko. Tym bardziej, że mam co najmniej 2 dowody na to, że Litwini mają jaja. Po pierwsze, w mieście znajdziemy murale, na których odważnie wyrażają swoje poglądy polityczne. Przykłady? Putin całujący się z Trumpem, możecie zerknąć TU.

Pozostaje nam jeszcze naczelny badboy Litwy, były mer Arturas Zuokas. Chłop miał wizję – że Litwini zaczną więcej jeździć na rowerach. Niektóre jego akcje były mniej udane, jak na przykład stworzenie miejskiego systemu wypożyczania rowerów, z tym, że pojazdów w żaden sposób nie pilnowano, ufano obywatelom. Zgadnijcie, ile rowerów zostało po pierwszym dniu? Podobno zero, za to wielu obywateli zyskało nowiutkie własne dwa kółka. Że też im potem nie było głupio jeździć na kradzionych rowerach, skoro wszystkie były takie same i od razu można było je poznać. A może po prostu pożyczyli je na troszkę dłużej?

Tak pewnie sobie pomyślał i mer, bo niezrażony kontynuował swoje działania. Budował ścieżki rowerowe i w ogóle. Ale, ale… Pojawił się nowy problem. Kierowcy nie potrafili szanować tej nowości i traktowali ścieżki jako parking. Początkowo nasz badass uciekł się podobno do naklejek, zapewne podobnych do karnych kutasów. No ale one okazały się tylko półśrodkiem, niespecjalnie działały. Co zrobił nasz Arturas? W życiu nie uwierzycie! Na szczęście ktoś to nagrał. Do obejrzenia  na przykład TU.  A jeśli nie chce Wam się oglądać to (spoiler alert)… Ubrany w garnitur (i seksowny jak cholera – to prywatne zdanie naszej przewodniczki) Zuokas wytrzasnął skądś czołg i przejechał nim po żle zaparkowanym aucie. #truestory #borntorage #thuglife (Czy tylko mi jako podkład muzyczny gra w głowie Snoop Dogg – Smoke Weed Everyday?)

P.S. Domyślam się, że już jestem nudna z tymi 60 zł od booking.com, ale kilka osób już skorzystało z tej akcji i kompletnie nie wiem, dlaczego cała reszta nie chce odzyskać części pieniędzy zapłaconych za rezerwację hotelu przez tę stronę 😉 Będzie mi niesamowicie miło, jeśli klikniecie poniżej w mój handmade amatorski banner i sprawdzicie, czy to nie jest przypadkiem promocja dla Was.

P.S. 2 – też interaktywne 😉 Co mogą oznaczać 2 wpisy tak krótko po sobie? Pewnie… ⇒ następny wyjazd. W sobotę. Na Ukrainę. ⇒ zaznacz pustą przestrzeń, żeby się przekonać 😉

3 myśli na temat “Nie jaram się Mickiewiczem – Wilno cz. III.”

  1. Do dziś pamiętam na pamięć Inwokację. Syn był zdziwiony gdy go odpytywałam i nie chciałam książki bo miałam ją w głowie. Czyli jest też odpowiedź na Twoje pytanie. Tak, dalej trzeba uczyć się na pamięć w szkole tego urywku.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *