O czym (jeszcze) nie piszę – Izrael cz. I.

Na początku chciałam Was serdecznie przeprosić za to, że nie dotrzymałam obietnicy. Ten wpis miał się pojawić znacznie wcześniej, ale poprzedni tydzień był taki, że hello darkness my old friend i że zrobienie czegokolwiek ponad niezbędne minimum kompletnie mnie przerastało. Myślę, że mniej więcej sobie wyobrażacie, szczególnie jeśli sami czujecie się czasem podobnie. Ale po takim okresie może być już tylko lepiej, prawda? I już tradycyjnie proszę Was o potraktowanie w większości randomowych zdjęć jako sposobu na wczucie się w klimat Izraela – w tytule również zawarłam kraj ogólnie, bo wylądowaliśmy w Tel Avivie, przebywaliśmy głównie w Jerozolimie, ale wybraliśmy się też do Betlejem. W kolejnych wpisach na pewno zdjęcia będą już bardziej związane z treścią.

W moich wpisach opowiadam Wam o wyjazdach, na których byliśmy. Proste, logiczne, oczywiste. Ale chyba nigdy nie wspominałam Wam o tym, że są też wyjazdy na których nas nie było; z których z przeróżnych przyczyn rezygnujemy, mimo, że ich organizacja jest czasem już na dość zaawansowanym poziomie i nic pozornie nie wskazuje na to, że się nie odbędą. W najbliższych dniach powinnam pakować się do Maroka. Mieliśmy piękny apartament, mieliśmy bilety. Najpierw właściciel tego ślicznego mieszkania stwierdził, że on miał na myśli inną cenę, niż ta zamieszczona na booking.com i on nam za tyle na pewno niczego nie wynajmie. Booking oczywiście jak zawsze stanął na wysokości zadania, najpierw prowadzili rozmowy z tamtym panem, a później pomogli nam znaleźć inny hotel. Wszystko ładnie pięknie.

Minęło dosłownie kilka dni, gdy okazało się, że nasze loty są przełożone i nie jest to przesunięcie o kilka godzin, a o dzień. To wszystko wyglądało już trochę jak jakiś znak, ale nawet bez wiary w takie rzeczy, komu by się chciało od nowa robić zamieszanie z hotelem? Zdecydowaliśmy się odwołać wszystko – na szczęście mogliśmy otrzymać zwrot pieniędzy i za hotel i za loty. A Maroko nam chyba nie ucieknie? Taką mam nadzieję, że poczeka, aż kiedyś przyjedziemy. Nie pojedziemy też na początku maja do Liverpoolu i tym razem trochę ,,bo tak”. Problemy pierwszego świata. Mieliśmy kupione bilety za grosze w jedną stronę i polowaliśmy na tanie powrotne i na hotel w dobrej cenie. Sytuacja była po prostu w zawieszeniu.

Podczas naszego ostatniego pobytu na Ukrainie jechaliśmy sobie z Tomaszem metrem i prowadziliśmy jedną z naszych rozmów w cyklu ,,jak tu fajnie w tym Kijowie”. Zażartowałam, że jeszcze trochę i na majówkę też tu przyjedziemy zamiast do Anglii. Tomasz te moje słowa zapamiętał jak rzadko które. Mój żart przekształcił się w pomysł, a ten trafił na podatny grunt o i tak. W maju jedziemy na Ukrainę, a moja noga na razie nie postanie na angielskiej ziemi – i to już drugi raz. Kto zgadnie, czego mi najbardziej szkoda? Na literkę P! Na listopad zeszłego roku mieliśmy już tanie bilety do Liverpoolu w obie strony i nie mogliśmy się nadziwić absurdalnym cenom hoteli w tamtym okresie. I tak się dziwiliśmy i dziwiliśmy… Tak jak ludzie komentują pogodę – o, dzisiaj chłodno, tak my praktycznie codziennie mówiliśmy coś w stylu – e, nie, hotele nadal nie staniały. (Na zdjęciach poniżej chciałam Wam pokazać urocze bociany – nr 1 i hydrant – nr 3.)

I tak byśmy się pewnie miotali do ostatniego dnia, gdyby los nie zesłał nam tanich lotów do Izraela, w odstępie mniej niż tygodnia od planowanego Liverpoolu. Początkowo wizja była taka, żeby obskoczyć oba wyjazdy, ale logistycznie i finansowo byłoby to trudne. Anglia przegrała z Izraelem, sorry, my dear. A Izrael… No cóż, ciągle Wam piszę, że coś było moim wielkim marzeniem i pewnie mi już nie wierzycie, bo przecież nie da się marzyć o wszystkim 😉 no ale tak, tak już mam, a pośród moich marzeń, z których każde jest ,,od zawsze” i największe, Izrael miał szczególne miejsce. Kiedy byłam dzieckiem, znajomy z pracy moich rodziców przywiózł im pamiątki z Jerozolimy. Jaka ta jego podróż wydawała mi się wtedy niezwykła!

Wyobrażałam sobie, że pewnie z miesiąc jechał na drugi koniec świata, pokonując po drodze niezliczone trudności. I na pewno był w tych moich wyobrażeniach wielbłąd, turbany na głowach i jasne arabskie stroje. Trochę jak ,,W pustyni i w puszczy”. Od tamtego czasu miałam nadzieję, że kiedyś podążę jego śladem i z jednej strony musiałam na to czekać dobre 20 lat, ale z drugiej… Spełnienie mojego marzenia nadeszło bardzo niespodziewanie i tak właściwie to szybciej, niż myślałam. I wiecie co? Okazuje się, że ten Izrael to jest znacznie bliżej, niż w moich dziecięcych wyobrażeniach. Dosłownie na wyciągnięcie ręki. W około 3 godziny można tam dolecieć np. za jakieś 300 zł za 2 osoby w obie strony z Lublina. Podobno rząd Izraela dofinansowuje połączenia lotnicze, żeby przyciągnąć do swojego kraju turystów. Z nami się im udało! Nam się też udało – po raz pierwszy lecieć LOTem.

Przez to zachowywałam się w samolocie, jakbym leciała po raz pierwszy, ale who cares? Namiętnie obfotografowałam np. całe ,,menu”, bo chociaż nie palę i piję mało alkoholu, to ceny typu 45 zł za 10 paczek papierosów Viceroy (75 zł za L&M, 100 zł za Marlboro) czy 30 zł za litr wódki Wyborowej (50 zł za 1l Ballantine’s, 40 zł za 1l czystej Finlandii) podczas lotów spoza UE są warte uwiecznienia, prawda? Pozostałe produkty też mają takie ,,polskie” ceny, znacznie bardziej przyjazne niż w tanich liniach. Za 12 zł zjadłam coś o nazwie (dokładny cytat z menu) gnocchi buraczane ze smażonym kurczakiem i blanszowanym groszkiem cukrowym z sosem śmietanowym i odrobiną wina. No i było to całkiem smaczne jak na samolotowe jedzenie. Gratis każdy pasażer otrzymywał kawę/herbatę i mały wafelek – chyba Prince Polo.

Za 5 zł mieli mój ulubiony napój energetyczny, a za 10 pół litra cydru no i kupiliśmy oba, bo ja nie chciałam zasnąć (lecieliśmy w nocy, przed nami była jeszcze droga do domu), a Tomasz z kolei stwierdził, że przyda mi się trochę snu, a jak wypiję odpowiednią ilość cydru, to będę łatwiejsza zasnę.  Widać tu pewien konflikt interesów, no ale koniec końców prawie pusty samolot (każdy, kto chciał spać bez problemu mógł znaleźć wolne 3 siedzenia tylko dla siebie i wygodnie się na nich rozłożyć) i poduszka i kocyk rozdawane pasażerom przez stewardessy nakłoniły mnie do pójścia spać. No właśnie… Personel pokładowy też mnie zaskoczył. Mieliśmy panią plus size lat 50+, pana w podobnym wieku i dwójkę młodych ludzi, ale też o zwyczajnym wyglądzie. Wszyscy przesympatyczni. Kiedyś dość przelotnie chciałam być stewardessą, może jeszcze jest dla mnie szansa?

A same loty do Izraela obrosły już na forach podróżniczych legendą. Legendą o godzinnych ,,przesłuchaniach”; o traktowaniu turystów, jakby co najmniej wwozili do kraju kilogram kokainy albo byli terrorystami; o drobiazgowych przeszukaniach bagażu; o problemach z wjazdem, jeśli mamy w paszporcie pieczątkę z jakiegoś kraju arabskiego np. z wakacji w Egipcie. To ostatnie mogliśmy na szczęście wykluczyć, ale cała reszta troszkę nas stresowała. Na lotnisku w Lublinie poszukiwałam czegoś do czytania i moją uwagę przykuła książka o tytule w stylu ,,Spowiedź Hitlera”. Miałam ochotę ją kupić, ale ciąg myślowy: Hitler na okładce -> Hitler = Holokaust -> Holokaust + Izrael + potencjalne przeszukanie bagażu ≠ nic dobrego sprawił, że odłożyłam ją na półkę. Tomasz się denerwował, jak sobie poradzi z rozmową po angielsku, szczególnie, że czytaliśmy, że potrafią zadawać absurdalne pytania np. o znak zodiaku. Chociaż po głębszym przemyśleniu to to nie jest aż tak głupie pytanie. Co jeśli ktoś sobie bardzo dobrze podrobi dokumenty i wszystkiego się pięknie nauczy na pamięć, poza… znakiem zodiaku. No to jak, znacie znaki zodiaku po angielsku? 😉

Izrael słynie też oczywiście z obowiązkowej służy wojskowej i ilości osób z karabinami na ulicach. No i właśnie taką osobę ze smutną twarzą ciągle wyobrażałam sobie przesłuchującą mnie – zmęczoną po całym dniu podróży – w jakimś dusznym, małym, ciemnym pomieszczeniu. Mogli pytać o szczegółowy plan zwiedzania; o hotel, w którym się zatrzymamy (w dzielnicy arabskiej, prowadzony przez Arabów, kolejny powód do stresu); o to, ile mamy pieniędzy na utrzymanie się na miejscu; czy kogoś znamy; po prostu o wszystko. A jeśli Wy sobie zadajecie w tej chwili pytanie, o co chodzi z tym Izraelem i Arabami, to 99% zwykłych ludzi nie chodzi kompletnie o nic. Na co dzień obok siebie w Izraelu żyją w zgodzie osoby różnych narodowości i różnych religii. W Jerozolimie jest dzielnica żydowska, arabska (muzułmańska), chrześcijańska i ormiańska. Turyści przyjeżdżają z całego świata i wszyscy żyją długo i szczęśliwie…

No może poza tym 1%, który zostaje. A jaki oni mają problem? Tak po krótce to taki, że Izrael to kraj utworzony po II wojnie światowej na około połowie terenu arabskiej Palestyny. Tak zadecydował ONZ, po to, by Żydzi, którzy przetrwali wojnę mieli się gdzie podziać – nie mieli dotąd swojego kraju, a historia pokazuje, że tam, gdzie żyli przed wojną, często nie byli już mile widziani. Zresztą już wcześniej to właśnie Palestyna – ziemia święta dla Żydów według Tory, gdzie znajdują się najświętsze miejsca judaizmu – była miejscem ucieczki prześladowanych z całego świata, nie wspominając już o tym, że Żydzi mieszkali tam dosłownie od zarania dziejów. No i właściwie od zarania dziejów ktoś ich chciał stamtąd wypędzić. I nietrudno się domyślić, że kiedy w połowie XX wieku powstało malutkie państwo Izrael, otoczone przez państwa arabskie, w tym też przez najbardziej pokrzywdzoną Palestynę… Sąsiedzi delikatnie mówiąc nie byli zachwyceni ,,nowym” w okolicy.

Konflikt miał kilka faz zbrojnych – z wojną na całego. Niektórzy twierdzą, że już się skończył, inni, że nadal trwa. Jeszcze w latach 2000 zdarzały się akty terroru – wysadzano np. autobusy. Słyszałam o turystach, którzy zaraz po wylądowaniu w Izraelu byli zabierani do schronów i tam spędzali cały swój pobyt, bez możliwości kontaktu z rodziną – nie było zasięgu. A dziś? Jest takie ładne słowo ,,nieufność” – mówi się, że ona wciąż panuje pomiędzy stroną arabską a izraelską. No bo wiecie, nigdy nie wiadomo, czy nie masz wujka-Araba należącego do tego 1% szaleńców. I czy wujek nagle nie stwierdzi, że dawno żadna bomba nie wybuchła w Jerozolimie i nie poprosi Cię o pomoc. Bratanku drogi, ty mi tu bombę przywieź, bo u nas teraz ciężko kupić, wujek ci za to da pieniążki na nowe auto. Zresztą, nie myślcie sobie, działa to też w drugą stronę.

Na granicy z Palestyną (w której leży chociażby Betlejem) spotkamy tablice, na których jest napisane, że wjazd obywateli Izraela jest zabroniony prawem i zagraża życiu. Nie wiem w sumie czyjemu, ale zapewne obu stron. Co ciekawe, nasz autobus – taki normalny, kursowy, przy wjeździe minął tzw. checkpointy bez zatrzymywania się i nie było żadnej kontroli, za to musieliśmy się zatrzymać i pokazać paszporty dziewczęciu z karabinem przy wyjeździe. Nasze omiotła niezainteresowanym wzrokiem, ale kilka osób musiało wysiąść z autobusu na jakąś dalszą kontrolę. Ciekawa taktyka – wpuścić wszystkich, a w razie czego nie wypuścić. Niezmiennie zaskakiwał mnie też wiek osób pełniących takie funkcje, zwykle na oko mieli po 17-20 lat. Drobne dziewuszki i wielkie karabiny. Respekt jest? Jest!

W części izraelskiej spotkamy mnóstwo młodzieży w mundurach ,,na mieście”. Ci bez karabinów dopiero przechodzą obowiązkowe szkolenie wojskowe i tak sobie myślę, że obowiązkowe, to u nich naprawdę znaczy obowiązkowe. Nikt o zdrowych zmysłach nie wziąłby mnie w Polsce do wojska, zakładając (całkiem zresztą słusznie), że osoba o mojej wadze nie będzie wystarczająco sprawna fizycznie. A w Izraelu? Z moich obserwacji wynika, że daliby mi mundur plus size i nie ma przeproś. Popylałabym w celach szkoleniowych po jakimś polu z karabinem jak cała reszta. Albo może przygotowywałabym się do obowiązków wymagających mniej ruchu? Takie patrolowanie miasta na przykład. Do dziś się śmieję, jak sobie przypomnę dziewuszkę spisującą grupę sporą chłopaków, którzy zrobili pewnie coś w stylu picia alkoholu w miejscu publicznym. Żebyście widzieli, jak oni stali, prawie na baczność przed nią. Ale to już mówiłam, że karabin to od razu +100 do respektu, szczególnie jeśli mająca go osoba ma realne prawo go użyć.

No i widzę Kochani, że jak to zawsze u mnie – odpłynęłam gdzieś daleko od tego, co planowałam napisać w tym poście, a na liczniku już prawie 2000 słów. Komu by się to chciało czytać?! Dlatego pozwólcie, że ciąg dalszy nastąpi i już w kolejnym wpisie zdradzę Wam, jak to naprawdę było na tym lotnisku. I czy spotkałam jakieś wielbłądy, jak z moich dziecięcych wizji. I jeszcze – jak wyglądał najdroższy hotel, w jakim zdarzyło nam się do tej pory spać. A może zmieści się i coś o tym, że my też mieliśmy w Izraelu szokujące przeżycie – może nie zabrali nas do schronu, ale mówię całkiem poważnie! Tak więc – do przeczytania! Mam nadzieję, że teraz już znacznie szybciej!

4 myśli na temat “O czym (jeszcze) nie piszę – Izrael cz. I.”

  1. Świetny wpis, szeroko uśmiechnęłam się czytając fragment o locie. 😉 Czy zrobiłaś zdjęcie temu wykwintnemu daniu? Zawsze mnie ciekawi jak wyglądają posiłki w samolotach. 🙂

    1. Dziękuję Aneczko za miłe słowa ❤ pewnie, że zrobiłam zdjęcie, ale słabe oświetlenie w samolocie + samo danie średniej urody = bardzo złe zdjęcie. Tak czy siak za troszkę postaram się je odnaleźć i jakoś Ci podesłać ;*

  2. Probowaliscie kiedys Airbnb?
    W wiekszosci przypadkow bardziej sie oplaca niz spanie w hotelach.
    Mozna wynajac cale mieszkanie/dom albo w wersji bardziej ekonomicznej sam pokoj u kogos w domiu

    1. I tak, i nie, bo jedyna nasza rezerwacja stamtąd została odwołana krótko przed naszym przyjazdem, ciężko było już znaleźć cokolwiek innego w dobrej cenie i troszkę się zraziliśmy, no ale wszystko wskazuje na to, że w kwietniu w końcu będzie ten nasz pierwszy raz z airbnb 🙂 na pewno zdam relację 🙂 i dziękuję bardzo za wskazówki ;*

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *