Najdrożej i najgorzej – Izrael cz. II.

Osoby obserwujące mnie na Instagramie być może już zauważyły na jednym zdjęć z Izraela wielbłąda – mistrza drugiego planu. Tak więc wydało się nieco przedwcześnie, że wielbłąd był. Ale nie na pustyni, jak w moich wyobrażeniach i nie jako środek transportu, a na Górze Oliwnej, jako atrakcja do turystów. Był śliczny, ale nie poszłam go pogłaskać i nie zrobiłam sobie z nim żadnego zdjęcia, a te, które mamy robiliśmy z zoomem z pewnej odległości. A to wszystko z bardzo prostego powodu. Opiekunem wielbłąda był typowy, natrętny arabski handlarz. Gdybyśmy otwarcie wykazali jakiekolwiek zainteresowanie zwierzęciem, gdyby wyrwał mi się chociaż jeden charakterystyczny dla mnie pisk, którego treści można się domyśleć nawet nie mówiąc po polsku, bo byłoby to jakieś ,,aaaaa…. Tomasz, patrz, jaki wielbłąd” połączone z energicznym zmierzaniem w kierunku obiektu mojego zachwytu…

No, gdyby mi się coś  tym stylu wyrwało, to byłoby już po nas. Pan handlarz by nas nie wypuścił, dopóki by nam nie sprzedał przejażdżki na wielbłądzie, zdjęcia z wielbłądem, możliwości dotknięcia wielbłąda, samego wielbłąda za odpowiednią cenę albo czegokolwiek innego. Odpoczywaliśmy w tamtym miejscu jakieś 15 minut i praktycznie cały ten czas trwała rozmowa tego pana z parą turystów. Oczywiście nie odeszli z pustymi rękami, tylko z jakąś książką czy mapą. Miałam sporo okazji, żeby obserwować takich handlarzy przy pracy, w końcu mieszkaliśmy w Jerozolimie w samym środku dzielnicy muzułmańskiej, której ciasne, zabudowane uliczki były jednym wielkim arabskim targiem. Na zaczepiających nas właścicieli stoisk kompletnie nie zwracaliśmy uwagi, mimo chwytów typu powitanie po polsku czy zwracanie się do nas przy pomocy napisów z bluzy czy koszulki.

Dwie rzeczy trzeba im jednak przyznać. W większości świetnie mówili po angielsku i jeśli kupiło się u nich nawet najmniejszą pierdołę, to pamiętali nas już do końca pobytu. Oczywiście byliśmy już ich przyjaciółmi, witali nas z szerokim uśmiechem i nie raz pomogli nam się odnaleźć we frustrującym labiryncie identycznych uliczek. No właśnie, jeśli chcemy coś kupić, to zaczyna się prawdziwa zabawa. Niektórzy handlarze nie chcą się targować, ale znakomita większość uważa cenę za coś bardzo umownego. Co ciekawe, obowiązuje to nawet przy stosunkowo niedużych kwotach, na stoiskach z jedzeniem. Albo kupimy coś taniej, albo dwie bułki w cenie jednej, albo gratis do granatu dostaniemy banana. A granaty są tam pyszne – ogromne, z dużymi ziarenkami, słodkie, aromatyczne. Jeśli ich spróbujecie, to te dostępne w Polsce już nie będą Wam smakować. (I cóż, chyba znów nie unikniemy tego, że część zdjęć nie będzie specjalnie związana z tematem wpisu, musimy się najwidoczniej bardziej starać z obfotografowywaniem WSZYSTKIEGO.)

Popularny jest tam też sok z granatów, wyciskany na naszych oczach, ale trochę gorzki – pewnie dlatego, że powstaje z całych owoców, razem z tymi białymi błonkami. Można też kupić same cząstki granatu w kubku z łyżeczką. Przy (naprawdę!) wysokich cenach jedzenia w sklepach i tak właściwie braku większych sklepów (a miejscami znalezienie jakiegokolwiek spożywczego graniczyło z cudem), arabski souk był naszym głównym żywicielem. Inne zakupy też były źródłem rozrywki nieporównywalnej z niczym innym. Tomasz zgubił gdzieś pokrowiec na aparat i postanowił kupić coś, co go zastąpi i zapewni bezpieczny transport urządzenia. Trafiliśmy na stoisko pana lat na oko 80, który wyciągał skądś kolejne i kolejne torby, aż znaleźliśmy taką, która ,,mogłaby być”. Pierwsza podana przez niego cena to 120 szekli, czyli mniej więcej tyle samo złotych, za średniej urody malutką torbę na ramię made in China. Mówimy, że za drogo i okazało się, że dla pana był to znak, żeby rozpocząć show…

Pan nagle zaczął szybko oddychać i wydawał odgłosy, jakby ciężko było mu złapać oddech albo jakby za chwilkę miał się udławić. Świst, charczenie. Złapał się mojej ręki, jakby w poszukiwaniu oparcia i ratunku, cały zaczął się trząść i trzęsącymi rękami podał nam kalkulator, żebyśmy wpisali swoją cenę. Ja nie chciałam, co pana bardzo uraziło; Tomasz wpisał 30. Objawy pana nasiliły się do tego stopnia, że przez chwilkę myśleliśmy, że zważywszy na jego wiek, możemy zaraz być świadkami co najmniej zawału serca. Ale nie, pan targował się dalej, nadal podając absurdalne ceny. Grzecznie podziękowaliśmy i zaczęliśmy się wycofywać, na co pan – słabiutkim głosem, jakby to były jego ostatnie słowa na łożu śmierci -powyższe symptomy nadal obecne – powiedział, że dobra, niech straci, sprzeda nam za 30. W momencie, kiedy przekazaliśmy mu pieniądze, pan nagle odzyskał głos, ozdrowiał i stanął prościutko, jak w wojsku, zwarty i gotowy na nadejście kolejnych klientów. Aktorstwa uczył się chyba z amerykańskich filmów klasy B, kręconych za czasów jego młodości 😉

Odmienny typ upartego handlarza reprezentował pan, od którego kupiłam swój ulubiony plecak. Na innym stoisku usłyszałam za niego cenę 250 i sprzedawca nie chciał się w ogóle targować, ten pan też zaczął od 250, ale przystąpił do negocjacji na ,,majfrenda”. No to ja też. Majfrend, no nie wiem, to dużo pieniędzy. Majfrend, jesteśmy z Polski, nie jesteśmy bogaci. Majfrend, muszę się jeszcze zastanowić, jutro przyjdę. Udało mi się w końcu kupić ten plecak – za specjalną cenę, oczywiście tylko dla frenda majfrenda – 30 dolarów, czyli około 100 szekli. Dolary są ogólnie w wielu miejscach w Izraelu zaskakująco mile widziane, więc chyba nie trzeba się aż tak martwić koniecznością kupienia dużej ilości trudnodostępnych w Polsce szekli. A wracając do handlarzy, to trzeba jeszcze pamiętać o jednej rzeczy – zasadzie mocno ograniczonego zaufania do nich. Powiedzą Wam wszystko, co chcecie usłyszeć. Że plecak skórzany, chociaż widzicie, że nie. Że koszulka będzie dobra – podają Wam złożoną i zapakowaną, a kiedy nalegacie na rozpakowanie, okazuje się, że jest dwa razy za duża. No ale to akurat traktowałam jako lokalny folklor, oni tak już mają.

A nasz hostel? Byłam do niego bardzo pozytywnie nastawiona, dopóki w okolicy północy nie musiałam go szukać razem z Tomaszem w labiryncie takich samych wąskich uliczek starego miasta. Bez kolorowych stoisk, w półmroku, sprawiały upiorne wrażenie, wydawały się brudne i obskurne. Były kompletnie różne od tego, do czego jesteśmy przyzwyczajeni – po prostu inny, nieprzyjazny, złowieszczy, dziwny świat. Ostatni handlarze jeszcze coś sprzątali albo przewozili na wózkach. Swoją drogą, podziwiam, jak sobie radzili z tymi całkiem sporymi przyczepkami, które sami ciągnęli po pochyłych uliczkach, nieraz po brzegi wypełnione ciężkim towarem. Gdzieniegdzie leżały sterty śmieci. Wśród tego wszystkiego buszowały bezpańskie koty. Znalezienie hostelu wydawało mi się przez chwilę kompletnie nierealne. No po prostu WTF gdzie ja przyjechałam. Wydawało mi się, że strasznie długo błądziliśmy po tych uliczkach, ale w końcu – z pomocą handlarzy – jakoś odnaleźliśmy miejsce naszego noclegu.

Wejście nawet za dnia nie rzucało się w oczy i praktycznie za każdym razem mieliśmy pewne trudności, żeby odnaleźć nasz hostel. Ale wróćmy jeszcze do pierwszego razu. Chwilowa ulga, że wreszcie jesteśmy, szybko ustąpiła poczuciu tego, że znalazłam się w kompletnie abstrakcyjnej i beznadziejnej sytuacji. Nie mogłam uwierzyć w to, co widzę i najchętniej bym stamtąd uciekła. Tylko, że niebardzo miałam gdzie. Oczywiście wiedziałam, że to hostel i że mogę spodziewać się niższego standardu niż w europejskich hotelach. Z drugiej strony – zdecydowaliśmy się tam na opcję ,,de lux” – dwuosobowy oddzielny pokój z łazienką, który kosztował prawie 200 zł za noc i naprawdę był najdroższym pokojem w naszej podróżniczej karierze. A z trzeciej… Weszliśmy tam po starych, jakby wykutych w kamieniu schodach i przez chwilę poczułam się, jakbym znalazła się w brudnym przedsionku przytułku dla bezdomnych…

W brzydkich fotelach, pod kocami, siedzieli jacyś dziwni ludzie. I dzieci (w środku nocy). I koty. Naprawdę osobliwe towarzystwo. Recepcją było zabałaganione biurko, a wiszący nad nim dzwonek pokryty był milimetrową warstwą kurzu. No ale na szczęście nie musieliśmy dzwonić. Siedział za nim młody Arab w niezbyt czystym swetrze. Welcome, welcome, majfrends. Pomogę Wam we wszystkim. Mówcie, jeśli tylko będziecie czegoś potrzebowali. Jego entuzjazm przy witaniu nas był aż za duży. I pewnie znów zrozumiał Holland zamiast Poland, bo energicznie na migi pokazywał mi palenie marihuany. No a może wcale nie dlatego. Zaprowadził nas do pokoju. Dostaliśmy jeszcze ciasteczka na osłodę no i powiem Wam, że było co osładzać… W takim miejscu to ja nigdy nie byłam. Obstawiam, że Wy też.

Nasz pokój okazał się kontenerem na dachu. Ze ścianami tak cienkimi i prowizorycznymi, że było słychać najdrobniejszy hałas od sąsiadów. Każde wypowiedziane słowo brzmiało tak, jakby osoba mówiąca siedziała na łóżku obok nas. Za sąsiadów mieliśmy przeważnie Polaków i dowiedzieliśmy się z ich nocnych rozmów sporo ciekawego o życiu. I pewnie dowiedzielibyśmy się jeszcze więcej, gdyby pewnego razu nie okazało się, że jak trzeba, to Tomasz potrafi walnąć pięścią w ścianę. Do dziś nie wiem, jakim cudem nie została dziura. Ściany – również w łazience – były naprawdę takie, że nie odważyłabym się o nie oprzeć, bo bałabym się, że wpadnę do pokoju obok. A łazienka to już w ogóle osobna historia – w prawym górnym rogu na zdjęciu powyżej zauważycie prysznic. Tak, woda leci prosto na podłogę tego mikroskopijnego pomieszczenia. Nie jest wydzielony brodzik, nie ma zasłonki, więc jak się myjesz, to wszyściutko mokre. I te harmonijkowe drzwi. I wszystko wyglądające, jakby zaraz miało odpaść. I brak okien albo otwory bez szyb. I żadnych szafek ani półek na rzeczy.

Jak się pewnie domyślacie, wpadłam w mini-histerię. Jak będę spać w tym syfie i jak mam się tu umyć, jeśli nie wyobrażam sobie dotknięcia czegokolwiek; jak mam tu mieszkać, jeśli słychać WSZYSTKO zza ściany?!  W tamtym momencie było to akurat czyjeś chrapanie. Tomasz nic nie mówił, ale minę też miał mocno zszokowaną. Pierwsza noc była ciężka, ale jakoś się wykąpaliśmy (załapaliśmy się na resztki ciepłej wody, bo jak nas poinformował nowy majfrend, ciepła jest tylko od 6 do 12 i od 18 do 24; kolejne WTF co to za miejsce?! – co ciekawe, potem okazało się, że tak po prostu bywa na całym jerozolimskim starym mieście, a nie tylko w naszym hostelu) i zasnęliśmy zmęczeni po intensywnym dniu. Rano wszystko wygląda lepiej, więc obudziłam się z pocieszającą myślą, że jakoś przeżyjemy – poza spaniem nie planujemy przecież spędzać czasu w pokoju, tylko intensywnie zwiedzać.

Pierwszego dnia pewne zdarzenia troszkę pokrzyżowały nam plany i znaleźliśmy się z powrotem w hostelu troszkę wcześniej, niż planowaliśmy, akurat w porze szeroko reklamowanej darmowej kolacji dla wszystkich mieszkańców. No i skłamałabym, mówiąc, że planowałam wziąć do ust cokolwiek przygotowanego w tamtym miejscu, no ale majfrend bardzo zachęcał, Tomasz stwierdził, że spróbować nie zaszkodzi, a ja witając się w myślach z intensywnym zatruciem pokarmowym, odważyłam się trochę zjeść. Orientalnie przyprawiony ryż, warzywa, orzeszki, małe mięsne pulpeciki. Całkiem smaczne, no ale nie mogłam się pozbyć nieufności. I zgadnijcie co? Nic! Naprawdę nic! Cud! Kolację w hostelu jedliśmy potem już każdego dnia. A że ten, kto mnie nakarmi, to faktycznie musi być moim przyjacielem, zaczęłam patrzeć inaczej na nasz hostel.

Dziwni ludzie, siedzący pierwszego dnia na korytarzu, okazali się rodziną majfrenda. W kuchni pomagała mu urocza żona. Jego tata albo teść któregoś dnia rano podzielił się ze mną dziwnym ciastkiem, tłumacząc, że kupują je na urodziny proroka Mahometa. Poza tym ten starszy pan cudownie opiekował się bezdomnymi, małymi kotkami – pozwalał im przychodzić do hostelu, karmił, trzymał na kolanach i głaskał. Były tak oswojone i kochane, że przychodziły też do gości. Do dziś pamiętam jednego maluszka, który słodko się bawił sznurkami od mojej bluzy. Miały błyszczące końcówki, które bardzo spodobały się kici, więc wyobrażacie sobie pewnie, takie pac pac śliczną łapką. I pamiętam też naszych rodaków, którym kotki strasznie przeszkadzały – na przykład zrzucali je z krzeseł, bo brzydzili się je normalnie wziąć na ręce i przenieść. Mnie z kolei obecność tych zwierząt przekonała, że mimo pewnych oczywistych niedociągnięć, hostel prowadzą dobrzy ludzie.

My też doświadczyliśmy z ich strony pomocy, gościnności i serdeczności – dzięki nim czuliśmy się tam po prostu dobrze. W sumie to nie mieszkało nam się w tym hostelu wcale aż tak źle, jak można było się spodziewać na pierwszy rzut oka. Ku swojemu własnemu zdziwieniu, w rozmowie z Tomaszem stwierdziliśmy ostatnio, że jeśli jeszcze kiedyś odwiedzimy Jerozolimę, to tak właściwie moglibyśmy znów tam spać. Szczególnie, że ten najdroższy hotel w naszej karierze był tam jednym z najtańszych 🙂

2 myśli na temat “Najdrożej i najgorzej – Izrael cz. II.”

  1. Masz rewelacyjny styl pisania majfrend
    A ze swojej strony moge polecic zatyczki do uszu, moze nie wygluszaja w 100% ale zdecydowanie pomagaja

    1. Bardzo bardzo dziękuję <3 a zatyczki przed Izraelem nigdy nie były nam potrzebne, ale chyba masz rację, że powinny dołączyć do naszego niezbędnika podróżnika 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *