Nielegalnie pozyskane materiały – Izrael cz. III.

Tomasz wyraził ostatnio swoje oburzenie faktem, że napisałam już 2 wpisy o Izraelu, a tak właściwie nic o tym, co tam zwiedziliśmy. Trochę chłop ma rację i dlatego dziś postaram się troszkę to nadrobić i opowiedzieć Wam o Yad Vashem. No ale z drugiej strony wyznaję zasadę, którą pięknie ubrał w słowa przewodnik naszej pieszej wycieczki po jerozolimskim starym mieście – historie są ważniejsze niż fakty. Myślę dokładnie tak samo – jeśli ktoś szuka top 10 rzeczy wartych zobaczenia gdzieś, to bez problemu je sobie wygoogluje. No i po co to powielać? Nie chcę być wynikiem numer 157 w wyszukiwarce; kimś, kto napisał dokładnie to samo, co poprzednie 156 osób. Chcę Wam opowiadać historie z naszych podróży i niesamowicie się cieszę, kiedy je czytacie! U mnie są przynajmniej za darmo-darmo, bo nasza ,,darmowa” piesza wycieczka miała sugerowany napiwek od osoby w okolicy 50 zł. A my nadal z Polski, majfrend i nadal niebogaci 😉

Ale do sedna! Pierwszego dnia naszego pobytu w Jerozolimie wybraliśmy się do Yad Vashem. Dla mnie punkt obowiązkowy – od bardzo dawna interesuję się historią Żydów. Wysiadamy z tramwaju, rozglądamy się, a tu nic podobnego do instytutu nie widać. Tomasz, Tomasz, zapytajmy tego Żyda z chłopczykiem w jarmułce i z pejsami! Na pewno wie, gdzie jest Yad Vashem. A ten mały mnie rozbraja! Zobacz tylko, jak uroczo wygląda! No i przecież wiadomo, że jak jakiś Polak nas usłyszy za granicą, to nie mówimy nic mądrego, tylko na przykład na głos komentujemy wygląd przypadkowego dziecka. Ale mogłam w sumie mówić coś gorszego, a gdyby nie moje entuzjastyczne okrzyki, to pewnie nasz rodak w ogóle by nas nie zauważył. A tak… podszedł do nas i powiedział, że chętnie nas zaprowadzi do Yad Vashem, bo tam pracuje! Jackpot!

Albo i jackpot podwójny, bo już w samym instytucie nasz nowy znajomy spędził z nami sporo czasu, opowiadając nam, jak od środka wygląda życie w Izraelu, oglądane oczami kogoś, kto mieszka tam już 20 lat. Na pewno przytoczę niektóre z jego historii, ale niekoniecznie teraz zaraz już i tu, żeby nie było wiadomo, co dokładnie usłyszeliśmy od niego. Być może by sobie nie życzył? A samo Yad Vashem? Zrobiło na mnie ogromne wrażenie! Najbardziej chyba bydlęcy wagon, zawieszony nad przepaścią jako symbol losu ofiar Holokaustu. Niesamowicie wymowne!

Na murku przy wagonie wyryty jest (jednym ciągiem) napis: written in pencil in the sealed railway-car: here in this carload I am Eve with Abel my son if you see my other son Cain son of man tell him I (napisane ołówkiem w zamkniętym wagonie: tu w tym wagonie jestem Ewa z Ablem, moim synem, jeśli zobaczysz mojego drugiego syna – Kaina – syna człowieczego, powiedz mu, że ja). I na początku, po dosłownym przetłumaczeniu sobie tego, kierując się też brakiem interpunkcji, uznałam, że musi to być prawdziwy, urwany, bardzo poruszający napis z któregoś z wagonów. Tymczasem okazało się, że to wiersz Dana Pagisa. Niezwykły! I jeszcze ta relacja na ścianie (drugie zdjęcie poniżej)! Ciągle nie mieści mi się w głowie, że coś takiego jak Holokaust mogło mieć miejsce we współczesnym, cywilizowanym świecie. Wiecie, z jednej strony wynalazki techniczne – telefon, radio, a z drugiej tak łatwo było światu zamknąć oczy na Shoah, udawać, że nie widzi…

Nazwiska, które widzieliście na tablicach na samym początku wpisu, to oczywiście nazwiska Sprawiedliwych wśród Narodów Świata – osób odznaczonych przez Yad Vashem głównie za ratowanie Żydów w czasach zagłady. Oczywiście istnieje też Ogród Sprawiedliwych – rosną w nim drzewa – każde opatrzone tabliczką z nazwiskiem i narodowością odznaczonej osoby, czasami posadzone przez nią samą. I do tej pory myślałam, że każdy Sprawiedliwy ma swoje drzewo. Kompletnie nie zdawałam sobie jednak sprawy, że jest ich tak wielu, że gdyby każdemu posadzić drzewo, to powstałby nie ogród, a ogromny las. Pewnie dlatego przerzucili się na tablice, ale z drugiej strony – to przywraca wiarę w ludzi! A wśród nazwisk Sprawiedliwych najwięcej jest… Polaków. Tak tylko mówię, bo w obliczu działań polityków niektórym może się wydawać inaczej.

Jest oczywiście znacznie więcej polskich akcentów w Yad Vashem – na kamiennej ,,mapie świata” znajdziemy Polskę i nazwy miejscowości, z których wywieziono Żydów. Tylko tym razem znalezienie swojego miasta jakoś nie cieszy. Jest też pomnik Janusza Korczaka z dziećmi.

Yad Vashem to oczywiście też muzeum. Od samego wejścia przekonujemy się, jak jest niezwykłe. Na jednej ze ścian wyświetlają się grafiki (pierwsze zdjęcie) i jest to zrobione w taki sposób, że trochę jak w VR, trochę jak w kinie 3D czujemy przez chwilkę, jakby ziemia uciekała nam spod nóg. Dla mnie to kolejna bardzo symboliczna rzecz! A zdjęcia w muzeum musieliśmy robić po kryjomu, bo nie wolno… To już kolejne takie miejsce i tylko czekam, aż kiedyś skądś do mnie napiszą z ,,uprzejmą” prośbą o nierozpowszechnianie nielegalnie pozyskanych materiałów i o wpłatę kwoty X na konto fundacji Y w ramach zadośćuczynienia. No ale póki co cieszmy się tymi zdjęciami!

W sali ze zdjęcia powyżej przekonałam się, że praca Yad Vashem nie skończyła się na postawieniu pięknego centrum i czekaniu na turystów. Zabłądziliśmy na jej tyłach do niewielkiego pomieszczenia z komputerami i ladą, za którą stał przesympatyczny staruszek. Chcieliśmy go spytać o jakąś pierdołę, ale to on pierwszy zadał nam pytanie. Czy przyszliśmy zgłosić członka rodziny zaginionego podczas wojny? Uderzyło mnie to jego pytanie. Bo z jednej strony kurczę, nie, na szczęście nie, nie chcemy nikogo zgłosić. A z drugiej pomogło mi sobie uświadomić, że Yad Vashem nadal pracuje, by móc nam opowiedzieć jak najpełniejszą historię Holokaustu, że są w to zaangażowani całym sercem. I bardzo dobrze, bo tak sobie myślę, że ciągle jest niestety wiele do zrobienia.

O Holokauście mówi się teraz otwarcie i to bardzo mnie cieszy, ale nie wiem, czy zastanawialiście się kiedyś, jaka właściwie bywa ta narracja zagłady Żydów w naszym kraju. Co próbuje się nam przekazać między wierszami i jakie jest drugie dno… Ano takie, że ten Holokaust to dawno i nieprawda i pora zapomnieć. A nawet jak prawda, to przecież ci Żydzi to jacyś dziwni ludzie, zupełnie inni niż my i gorsi. Poza tym to i tak nikt ich nie lubił i nikt za nimi nie tęskni. Pokazuje się przy tym zdjęcia z ich najgorszych dni i niektórzy są w stanie uwierzyć w to wszystko. Tymczasem w Yad Vashem możemy zobaczyć też ślady najlepszych dni, codziennego życia ludzi dokładnie takich samych, jak my. Niesamowicie wzruszają mnie zwyczajne przedmioty, które są niezbitym dowodem na podobieństwo i bliskość między nami. Bransoletka z charmsami, które pewnie wtedy nazywały się inaczej. Wśród nich maleńki zegarek, szczęśliwa 13 w podkowie, koniczynka. To wszystko naprawdę wygląda boleśnie znajomo.

Yad Vashem to także galerie sztuki – bardzo wielu artystów, których obrazy oglądamy, zginęło podczas wojny. To nowoczesna synagoga, w której wystawiono elementy ocalałe z innych zniszczonych świątyń. Liczne memoriały – najbardziej wzruszył mnie niewielki budynek, ukształtowany jak labirynt, na którego ścianach wisiały tablice ufundowane przez rodziny ofiar Shoah. To możliwość zobaczenia statuetki Oskara za ,,Listę Schindlera”. I sklepik z pamiątkami, w którym na niewiele mnie było stać – zestaw pocztówek z reprodukcjami pięknych obrazów Carola Deutscha kosztował bodajże 80 zł. Za to przekonałam się, że osoby piszące po hebrajsku muszą mieć notesy otwierane w przeciwną stronę niż u nas. A i tak uważam, że najlepszą pamiątką są zdjęcia, wspomnienia i… wpisy na blogu, do których kiedyś na pewno z radością wrócę.

Ale, ale… wcale nie zapomniałam o tym, co w pierwszym wpisie obiecałam Wam opowiedzieć w bliżej nieokreślonej przyszłości! A więc… Wracaliśmy sobie z Yad Vashem tramwajem, który miał nas zawieźć na samo stare miasto – czyli prawie do hotelu, gdzie planowaliśmy odpocząć i kontynuować zwiedzanie – było dopiero wczesne popołudnie. I tak sobie jedziemy, jedziemy, tramwaj zatrzymał się na przystanku pod głównym dworcem autobusowym, rozległ się jakiś komunikat po hebrajsku i nagle wszyscy wysiedli. No więc wysiedliśmy i my – zdarza się przecież, pewnie zaraz podstawią drugi tramwaj albo jest jakaś zmiana trasy, o której nie wiedzieliśmy. Zaczęliśmy pytać osób na przystanku, czy coś wie, no ale oczywiście nikt nic. W końcu na elektronicznej tablicy wyświetlił się napis, że wszystkie tramwaje kończą swój bieg tutaj ze względu na ,, przeszkody na trasie”.

No i jakoś tak te przeszkody na trasie nie zabrzmiały mi zbyt dobrze. Rozejrzałam się wkoło i zauważyłam rosnący tłum wokół nas – w końcu wszystkich tam wysadzali z tramwajów i autobusów. Tomasz stwierdził, że nie ma nigdzie samochodów, co oznaczało, że ulica została całkowicie zamknięta dla ruchu. Poza tym co sekundę słychać było gdzieś w oddali syreny – karetek, policji? I to był właśnie moment, kiedy porządnie spanikowałam. Każdy z Was pewnie już sobie stworzył własną wersję. Ta którą ja wtedy miałam w głowie brzmiała – pewnie był jakiś zamach, jesteśmy odcięci od reszty miasta. Nerwowo próbowałam złapać jakieś wi-fi i zobaczyć, o co w tym wszystkim chodzi. Byłam strasznie zła na Tomasza, który bagatelizował sytuację, w ogóle się nią nie przejmował i nie rozumiał moich emocji. Na dodatek zaczął padać deszcz, a Tomasz ze stoickim spokojem powiedział coś w stylu: o, tam naprzeciwko jest jakaś galeria, chodźmy, kupimy sobie coś do picia.

No więc poszłam. Co innego mogłam zrobić? Może tam chociaż będzie wi-fi? Poza tym galeria wydawała się bezpiecznym miejscem. Przed wejściem do galerii i dworca w jednym okazało się, że musimy przejść kontrolę bezpieczeństwa – bramki, prześwietlenie toreb, mili ludzie z karabinami – zupełnie jak na lotnisku. Dla mnie to wtedy był kolejny znak, że coś się dzieje. Chodziliśmy przez jakiś czas po galerii bez celu, oglądając wystawy sklepów i czując narastający… smród. Serio! Mi ,,pachniało” to jak takie suszone ryby czy tam owoce morza, sprzedawane w prawdziwych azjatyckich spożywczakach. Pomyślałam sobie więc, że pewnie gdzieś to mają, ale ten zapach był tak wszechobecny, a ja byłam tak zdenerwowana, że prawdę mówiąc to niebardzo wiedzieliśmy, co ze sobą zrobić. Poszliśmy do takiego jakby przeszklonego przedsionka tej galerii. Ja – czując się kompletnie bezsilna i bezradna – usiadłam na schodach, Tomasz stanął obok mnie.

I tak się bez sensu gapiliśmy na mokrą od deszczu ulicę, kiedy nagle przebiegł nią ogromny tłum krzyczących ludzi. W pierwszej chwili omało nie umarłam ze strachu. Mówiłam przecież, że na pewno grasują tu jacyś terroryści! Na pewno nas też zabiją! Ale po chwili mój mózg przetworzył to, co zobaczył i zrozumiałam, że w tłumie – jakimś dziwnym trafem – byli sami tradycyjnie ubrani ortodoksyjni Żydzi płci męskiej. Dosłownie czułam, jak trybiki obracają się pod moją czaszką i powiedziałam do chłopaka stojącego najbliżej mnie: to jakiś protest, tak? Potwierdził! Alleluja! Nie umrę w przedsionku jerozolimskiej galerii handlowej! Krótko potem odważyliśmy się wyjść na zewnątrz, na ulicy nadal było mnóstwo ludzi, tramwaje dalej nie kursowały, ale najgorszy był smród. Ten sam, co w galerii, tylko jakiś milion razy silniejszy.  Nawet Tomaszowi, którego zwykle nic nie rusza, zrobiło się niedobrze. Weszliśmy do pierwszego z brzegu banku, zapytać uprzejmie, co tak śmierdzi…

Okazało się, że policja polewa protestujących czymś o zapachu dosłownie rozkładającej się padliny, zmieszanej z gnojówką. To ich jednocześnie oznacza i odstrasza, co za świetny wynalazek! Że też w Polsce tego nie znają! Ulice były dosłownie pokryte tą śmierdzącą woda. Zapytaliśmy miłej pani, ile ten zapach się będzie tak unosił w powietrzu, bo może przeczekamy z godzinkę. A pani na to ze śmiechem, że jak dobrze pójdzie, to ulotni się za kilka dni, a wie, bo tydzień wcześniej też mieli takie atrakcje. No i nie kłamała, kilka dni później dalej śmierdziało. No ale wracając do tu i teraz – znów nie mając innego wyboru, postanowiliśmy wrócić do hotelu piechotą. Było daleko, ale to naprawdę nie był największy problem. Ledwo znieśliśmy ten smród z chusteczkami przy nosach i ustach. A i tak dosłownie wżerał się w płuca, w ustach czuło się jego ,,smak”. Fuj! Po drodze mijaliśmy ludzi, którzy z jego powodu zasłabli – na przykład pana z maską tlenową, do którego przyjechała mobilna opieka medyczna na małym motorku.

Czy naprawdę warto stosować takie metody? Mijaliśmy też leżącego na ulicy Żyda, a potem w internecie widzieliśmy film, na którym strumień tej śmierdzącej wody jest tak silny, że aż przewraca ludzi. Podobno aresztowano tego dnia 30 osób. Z problemów pierwszego świata – smród okazał się niemożliwy do usunięcia z podeszew butów – musiałam się ich pozbyć. Oblani protestujący pewnie też musieli wyrzucić ubrania. Najdziwniejsze było to, że niektórzy mieszkańcy Jerozolimy kompletnie ignorowali sytuację – na przykład kupowali jedzenie na ulicznych stoiskach nic sobie nie robiąc z tego smrodu albo roześmiani spacerowali ze znajomymi. Czyżby się uodpornili? A gdybyście byli ciekawi, przeciwko czemu tak właściwie protestowali ci uciekający w popłochu przed policją panowie… Myślę, że to będzie świetny początek kolejnego wpisu, w którym opowiem Wam też troszkę o dzielnicy ortodoksyjnych Żydów i pokażę więcej zdjęć stamtąd – troszkę już widzieliście w poprzednim i w tym wpisie. Stay tuned! ⇓ P.S. ⇓

P.S. A ten deszcz to chyba ja wywołałam! Ktoś nam powiedział, że kiedy pada, to ortodoksyjni Żydzi zakładają na swoje kapelusze specjalne przeciwdeszczowe ,,ochraniacze” albo po prostu foliowe worki. Kurczę, nie zapowiadali deszczu na nasz pobyt, a ja tak bardzo bym chciała to zobaczyć – pomyślałam sobie. No to zobaczyłam!

4 myśli na temat “Nielegalnie pozyskane materiały – Izrael cz. III.”

  1. Jezu, umarłabym od tego zapachu, gdyż jestem wrażliwa na wszelakie wonie. Nawet gdy mydło pachnie zbyt mocno, to mnie mdli. O zapchowych choineczkach w autach, już nawet nie wspominam.

    1. Dokładnie Asieńko, jedziesz kawał drogi, tylko po to, żeby się przekonać, jak bardzo losy Twojego kraju, a nawet i miasta przeplotły się z Izraelem i innymi państwami…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *