Iz-real, a może nie? (cz. V)

Wiecie, z czego się strasznie cieszę, jeśli chodzi o nasz wyjazd do Izraela? Z tego, że zdążyliśmy tam pojechać, zanim wokół tego kraju zaczęły dziać się dziwne rzeczy. Nie znam się na polityce, ale pamiętacie pewnie, jak pan Trump z jakiegoś powodu stwierdził, że Izrael to też jego sprawa i że trochę się powtrąca. W efekcie jego działań bezpieczeństwo podróży do tego kraju, a już szczególnie do Jerozolimy, na jakiś czas stanęło pod znakiem zapytania. Po jakimś czasie okazało się, że Donald nie wywołał wojny domowej, ani sąsiedzkiej, ale na kolejne opowieści dziwnej treści nie trzeba było długo czekać. Pod koniec lutego tego roku na kilka dni zamknięto dla zwiedzających… Bazylikę Bożego Grobu. Nigdy wcześniej podobno się to nie zdarzyło, a teraz? Jak nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Tym razem nie było niestety inaczej.

Na co dzień nad kościołem opiekę sprawuje kilka chrześcijańskich wspólnot – między innymi rzymskokatolicka, ormiańska, prawosławna, koptyjska czy syryjska. Piękna idea – jedna świątynia dla wszystkich, zjednoczenie, tolerancja, te sprawy. Ale czy na pewno? To, co uderza w Bazylice Grobu Świętego to to, że choć piękna, to miejscami jest… zaniedbana i brudna. Tak, tak w ogóle to ten niepozorny budynek poniżej! Okazuje się, że wymienione wyżej grupy nie troszczą się razem o kościół jako całość, tylko każdy o swoją część – jedni oczywiście bardziej, inni mniej. W efekcie świątynia jest też bardzo niejednorodna, jeśli chodzi o wystrój, chociaż to dość delikatne słowo. To bardziej kilka kościołów w jednym, łącznie z miejscami wręcz w ruinie. Przed budynkiem nie ma komu posprzątać, bo przecież to co wspólne, to niczyje, to co ja się będę wysilał, jak on się nie wysila. I wszystko rozbija się tu oczywiście też o pieniądze – na przykład na remonty czy na zatrudnienie pracowników, nazwijmy to gospodarczych.

No i nie ukrywam, że niesamowicie mnie to dziwi i jest tak naprawdę bardzo smutne. Radio Maryja dostaje pieniądze i Maybachy od bezdomnych. Wiele najzwyklejszych polskich kościołów parafialnych opływa w marmury i złoto. A jedna z najważniejszych świątyń na świecie? Odwiedzają ją miliony pielgrzymów i nie powstała żadna inicjatywa zbiórki na sfinansowanie niezbędnych prac, a potem na bieżącą ,,obsługę” Bazyliki? A może to nie takie proste, jak mi się wydaje i problem leży całkiem gdzie indziej. W końcu takie finansowo-przyziemne konflikty między wspólnotami, o to, kto ma pozbierać śmieci i czemu niby my, a nie ktoś inny, toczą się podobno od lat. Ale powód zamknięcia Bazyliki dla pielgrzymów był jeszcze inny. Zrobiono to w akcie protestu przeciwko nowym (i podobno wysokim) podatkom od nieruchomości, jakie władze Jerozolimy chciały nałożyć na wspólnoty chrześcijańskie.

No i teraz wyobraźcie sobie… Jesteście bardzo wierzący i pielgrzymka do Ziemi Świętej to Wasze marzenie od lat. W końcu macie na to pieniądze i czas, pokonujecie ponad 3000 km, stajecie przed drzwiami Bazyliki, a tu… zamknięte, bo ktoś się z kimś kłóci o pieniądze. No nie, nie chciałabym być na miejscu takiej osoby. Tak właściwie, to gdyby było otwarte, to też nie do końca chciałabym być. Na przykład dlatego, że i normalnie niespecjalnie widzę tam miejsce na skupienie i spokojną modlitwę. Jeśli chcemy podejść do samego Grobu Bożego, to oczywiście musimy swoje odstać w nigdy niekończącej się kolejce. Do środka wpuszcza się po kilka osób i daje się im jakąś minutę, zanim rozlegnie się pukanie w drzwi, będące sygnałem, że pora wychodzić i zrobić miejsce następnym…

Albo dajmy na to Kamień Namaszczenia -miejsce, gdzie po śmierci namaszczono ciało Jezusa. Ciężko się do niego przez większość czasu dopchać, ale nie dlatego, że tyle osób się przy nim modli. Jest traktowany bardziej jako coś, czego trzeba dotknąć na szczęście, albo potrzeć jakimś przedmiotem. Szalikiem na przykład. Pewnie potem szyja jest pod Boską opieką. A na zdjęciach poniżej – za szkłem – znajduje się fragment skały Golgoty.

Jeśli z kolei uklęknie się pod ołtarzem, który zobaczycie poniżej, można ręką dotknąć miejsca, gdzie w skałę wbity był krzyż Jezusa. Czy te wszystkie miejsca są prawdziwe? To bardzo trudne pytanie. Dla osób mocno wierzących – z całą pewnością. Nawet jeśli są to bardziej miejsca symboliczne, niż historyczne, to wiara czyni je prawdziwymi – w końcu to ona się liczy, a nie to, czy Golgota znajdowała się akurat tu, czy może 300 metrów dalej. Szczególnie, że niektóre zdarzenia musiałyby dziać się jednocześnie w co najmniej dwóch miejscach w Jerozolimie, w zależności od tego, jakiej religii przedstawicieli akurat o to spytamy.

Betlejem wywarło na mnie właściwie dość podobne wrażenie, jak Bazylika Bożego Grobu. Naiwnie wyobrażałam sobie, że będzie to maleńkie miasteczko – zupełnie jak w Biblii, że został zachowany skromny charakter Groty Narodzenia – może nawet będzie położona gdzieś na zewnątrz? Moja wizja szybko się rozwiała – nasz autobus zatrzymał się w środku sporego miasta, a tuż obok przystanku urzędował handlarz kukurydzą – w Izraelu popularne są uliczne stoiska, na których można kupić ugotowane i przyprawione ziarenka kukurydzy w kubeczkach. Chwilę potem obskoczyli nas taksówkarze, pokazujący na ulotkach, gdzie chętnie nas zawiozą. Do wyboru, do koloru, nie samą Grotą Betlejem stoi, są nawet murale Banksy’ego! Podziękowaliśmy grzecznie i postanowiliśmy iść piechotą, a przemili taksiarze pożegnali nas okrzykami typu ,,bez auta nie zdążycie, niedługo zamykają”. Dziękujemy za radę, zdążyliśmy.

Chociaż w okresie zimowym Bazylika Narodzenia faktycznie jest zamykana podejrzanie wcześnie; wydawałoby się, że będzie otwarta 24/7, a tu bodajże do 17 – w razie czego warto sprawdzić aktualne godziny otwarcia, żeby nie skończyć, jak wycieczka naszych januszorodaków. Kiedy my już czekaliśmy na autobus powrotny, oni ze swojego dopiero wypadli całą hałaśliwą (i raczej niezbyt trzeźwą) grupą, a wśród wydawanych przez nich odgłosów dało się rozróżnić coś w stylu ,,dawajcie mnie tu taksówkę do stajenki”. Troszkę zbiło ich z tropu, kiedy odpowiedzieliśmy im po polsku, że taksówek już niet, bo Bazylika już zamknięta – true story, przy nas zamykali. No ale Janusze nam nie uwierzyli i poszli na romantyczny spacer wieczorową porą, żeby sprawdzić. W sumie ruch to zdrowie, może im nie zaszkodził.

Przeszli się pewnie podobną trasą, jak my. Mocno zresztą zaskakującą, bo Betlejem okazało się mieć charakter wyraźnie arabski. Tętniące życiem uliczki prowadzące do Bazyliki to istny targ, gdzie można kupić wszystko – jedzenie, ubrania, ale już niekoniecznie pamiątki, jakich moglibyśmy się tam spodziewać. Trochę, jakby handlarze mówili: dobra, dobra, może i wy tam macie tą swoją sławną na cały świat stajenkę, ale my się nią w ogóle nie jaramy i żyjemy tu sobie normalnie. I nie ma w tym właściwie nic złego, bardziej odbieram to jako uprzejmą obojętność na tłumy chrześcijan paradujące im przed sklepami. Zresztą, muzułmanie mają podobno znacznie mniej przeciwko chrześcijanom, niż mogłoby się wydawać, a betlejemska wzajemna tolerancja jest tego świetnym przykładem. No, ale znów tematycznie zboczyliśmy z drogi, która miała nas zaprowadzić do Bazyliki – w remoncie, jak widzieliście na zdjęciach powyżej.

Wejście jest maleńkie i są różne teorie na temat tego, dlaczego. Jedna mówi na przykład, że w przeszłości pełniło rolę obronną – wrogom ciężko byłoby się przez takie drzwi przecisnąć. Inna – że chodzi o to, żeby człowiek musiał ukłonić się przed Bogiem, wchodząc do świątyni. Jej centralnym punktem jest oczywiście Grota Narodzenia i paradoksalnie to tam najbardziej zwątpiłam w intencje odwiedzających ją ludzi. Najpierw stoi się w kolejce, którą widzieliście wyżej. Później – w kolejnej, już na schodach do samej Groty. Stopnie same w sobie nie są moim ulubionym elementem architektury. A tam były i schody, i wzorowi katolicy przepychający się dosłownie łokciami. Gdyby mogli, to zrzuciliby innych ze stopni, byleby tylko szybciej zobaczyć – a jakże by inaczej – miejsce narodzenia Chrystusa! Miałam ochotę zrobić w tył zwrot i wyjść z tego miejsca obłudy, bo dosłownie trzęsłam się już z nerwów, ale tłum otaczał mnie tak szczelnie, że nie było jak. Pewnej wyjątkowo agresywnej pani przypomniałam, gdzie się znajduje i zapytałam uprzejmie, czy sądzi, że to miejsce należy do niej. Poza jej dalszym przepychaniem się, nie uzyskałam żadnej odpowiedzi. Jak ja uwielbiam takich ludzi!

No, a teraz przerwa na historię nie na temat. Jakiś czas temu byliśmy w Gruzji i zwiedzając pewien klasztor wpadliśmy na pomysł, że jeśli się z kimś zaprzyjaźnimy, to na pewno chętnie złoży się z nami na taksówkę (i tak już znacznie tańszą niż u nas) do innej, oddalonej o kilkadziesiąt kilometrów atrakcji, do której niebardzo było jak dostać się inaczej. No i padło na sympatycznie wyglądającego, młodego Azjatę, który – jak się okazało – dopiero co spędził prawie rok w podróży dookoła świata. Bardzo dziwnie się nam rozmawiało, bo okazało się, że bardzo wiele miejsc zlało mu się w jedno i kompletnie nie potrafił powiedzieć, co widział np. w Rumunii. Mi to nie grozi, bo zawsze mogę sobie poczytać na swoim blogu 😉 No, może poza jedną rzeczą, do której muszę się przyznać… Świątynie. Tomasz uwielbia je (hurtowo) zwiedzać, ja wręcz przeciwnie, bo większość wydaje mi się taka sama. Nawet świeżo po wyjeździe, próby dopasowania zdjęć do kościoła, w którym zostały zrobione to dla mnie logiczna zagadka level hard. Te poniżej są oczywiście jeszcze z Betlejem.

Ale… poniżej nastąpi trochę ładnych zdjęć bez opisu, a my pogadamy o czymś jeszcze innym 😉 Bo przecież zdążyliśmy z wyjazdem przed jeszcze jedną aferą – tą z IPNem, po której niektórzy w Izraelu mogliby nas – jako Polaków lubić troszkę mniej. I może na przykład na lotnisku nie byłoby tak miło, jak było. Nastawieni na najgorsze, zwarci i gotowi wysiedliśmy w Izraelu. Przeszliśmy kontrolę paszportową, podczas której nikt o nic nie pytał. Zamiast stempelków w dokumentach dostaliśmy malutkie karteczki, co wydaje się dość rozsądne – z pieczątkami moglibyśmy mieć problemy, gdybyśmy potem się wybierali na przykład do Egiptu. No i z tymi karteczkami stanęliśmy na środku, nie wiedząc, co robić. Przed nami wyjście, ale czy możemy już do niego iść? Gdzie te straszne, czasochłonne procedury? Nikt nie chce nic wiedzieć, pooglądać jakichś papierów, ani pogrzebać nam w bagażu? Ano nikt, kompletnie nikt. No dobra, to może przy wyjeździe?

W drogę powrotną na lotnisko udaliśmy się więc z zalecanym zapasem kilku godzin. Wjeżdżający na teren portu autobus został skontrolowany przez wojskowych z karabinami i psem. Poza tym podróż przebiegła nam dość gładko, może poza nerwowymi poszukiwaniami miejsca, z którego tenże autobus miał odjechać w Jerozolimie – niby z Centralnego Dworca, a jednak z jakiegoś dziwnego przystanku na ulicy przed dworcem. Dojechaliśmy tak wcześnie, że odprawa przy stanowiskach LOTu nie była jeszcze otwarta, ale zrobiliśmy ją w automacie i ruszyliśmy dalej, gotowi na zdanie szczegółowej relacji z tego, co, z kim i za ile robiliśmy w Izraelu. Oczywiście głównie z tego, że z majfrendami Arabami z hostelu i targu nie uknuliśmy żadnego zamachu, ale rozpatrywaliśmy też wszelkie inne scenariusze przesłuchań, opisywane w internecie, na przykład omawianie tego, kogo i dlaczego mam w znajomych na facebooku i czemu się nie przyznałam, że kogoś znam w Izraelu.

Najpierw skontrolowano nam paszporty i naklejono na okładki żółte naklejki z kodami kreskowymi. Nie wiedziałam wtedy, o co z nimi chodzi, ale podobno nadaje się pasażerom kody – od 1 do 5, gdzie  oznacza kompletnie nieszkodliwy, a 5 to pewnie potencjalny terrorysta. My dostaliśmy kod 2, co zaowocowało jakimiś pięcioma pytaniami zadanymi przy kontuarze przez może 20-letnią dziewczynę, która przedstawiła się nam jako manager ds. bezpieczeństwa i sprawiała wrażenie, że pyta, bo musi, wybierając kilka pytań pewnie z jakiejś listy – na przykład kim dla siebie jesteśmy, czym się zajmujemy, czy podróżujemy razem też w inne miejsca. Odpowiadaliśmy razem, więc w razie czego nawet nie mieliby jak porównać naszych wersji 😉 Wszystko trwało może z 10 minut, dostaliśmy pozwolenie na wyjazd z Izraela – też karteczki, nie pieczątki i pozostało nam się obawiać już tylko kilkugodzinnej nudy na lotnisku.

Nawet siedzenie i jedzenie nie brzmiało, jak plan na spędzenie tego czasu, bo w jednym z miejsc wypatrzyłam ceny rzędu około 100 zł za zestaw burger + frytki + napój. No ale jakoś przeżyliśmy i zawsze mogło być gorzej. Jak na przykład u tych osób, które w zeszłym tygodniu miały wracać Wizz Airem z Tel Avivu do Lublina. Przy starcie w szybę ich samolotu uderzył ptak. Szyba pękła, nastąpiło rozszczelnienie kabiny pilotów i przymusowe lądowanie. Zawsze myślałam, że w takich przypadkach robi się wszystko, by jak najszybciej podstawić nowy samolot, no ale chyba nie jest to takie łatwe, jak mi się wydawało. Pasażerowie musieli spędzić w Izraelu jeszcze 2 noce w hotelach, a ostatniego dnia – podobno co najmniej 9 godzin na lotnisku. A wszystko w oczekiwaniu na wymianę szyby. I przez ptaka – ja tam zawsze wiedziałam, że im nie można ufać. Więcej informacji o całej sytuacji znajdziecie np. TU.

c.d.n.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *