Rzeczy ważne i ważniejsze – Izrael cz. VI (ost.)

Jeśli obserwujecie mnie na Instagramie, to być może widzieliście mój ostatni post o prokrastynacji i szukaniu wymówek. Wczoraj wymówki znalazły mnie same. Dokładnie w momencie, kiedy otworzyłam laptop, żeby zacząć pracę nad tym wpisem, sąsiad za ścianą zaczął coś wiercić, a wiercenie to dla mnie jeden z najbardziej uniemożliwiających skupienie się odgłosów. Ale postanowiłam, że się nie dam! Kliku kliku, jestem już na stronie administatora bloga i okazuje się, że… za cholerę nie mogę się zalogować. To dopiero były chwile grozy! A dokładniej to dobra godzina grozy i dziwnych, rozpaczliwych zabiegów, zanim udało mi się tu wejść. No ale w końcu jestem! Wstępny plan jest taki: mało tekstu, dużo zdjęć i w końcu zakończenie mojej opowieści o Izraelu. I tradycyjnie – zobaczymy, jak wyjdzie mi jego realizacja 😉

No więc tak… – tutaj wszystkim przypominają się szkolne czasy, kiedy w 99% tak zaczynaliśmy nasze ustne wypowiedzi – pierwsza brama, którą widzicie powyżej to Brama Damasceńska – Damacus Gate, która na zachodzie oddziela jerozolimską dzielnicę muzułmańską od reszty miasta. Pierwsze przejście przez nią w ciągu dnia było dla mnie niezłym szokiem, bo było troszkę jakby przeniesieniem się do innego świata. Jesteśmy sobie na zwykłej ulicy, a tu nagle, dosłownie krok za bramą zaczyna się prawdziwy arabski targ. Druga brama znajduje się na Wzgórzu Świątynnym, ale o nim za troszkę. A trzecia to Brama Lwów – wychodzi się nią z dzielnicy arabskiej na wschodzie i stamtąd można iść już prosto na Górę Oliwną. Zwiedziliśmy ją dość dokładnie, przy akompaniamencie moich narzekań, że ciągle trzeba iść pod górę albo z góry. Co za niespodzianka! Ale sama w sumie nie wiem, co gorsze. Na najgorszych odcinkach czaili się oczywiście taksówkarze, gotowi za miliony monet ulżyć nam w naszym zmęczeniu, a potem zawieźć jeszcze na przykład do Betlejem 😉

Troszkę już o Górze Oliwnej wiecie, troszkę zdjęć już było, a czego jeszcze nie było? Na przykład Gaju Oliwnego, który znajduje się na samym jej dole, któremu oczywiście Góra zawdzięcza swoją nazwę i w którym drzewa oliwne podobno pamiętają czasy Jezusa. Takie to troszkę średnio wiarygodne, żeby te rośliny żyły tyle lat, no ale fajnie to brzmi. Gaj oliwny otacza przepiękną, ogromną świątynię – znaną pod kilkoma nazwami – Kościół Narodów, Kościół Konania, Bazylika Agonii. W jej wnętrzu światło jest przytłumione, wpada do środka przez witraże, w których dominuje kolor fioletowy i tworzy niezwykły nastrój. Kamień widoczny na zdjęciu poniżej to Skała Konania, na której zgodnie z tradycją chrześcijańską, Jezus modlił się i pocił się krwią tuż przed swoim pojmaniem i śmiercią.

Kolejnym punktem naszej wspinaczki była prześliczna Cerkiew Św. Magdaleny, której kopuły widać z wielu miejsc na Górze. Zabłądziliśmy w jej otoczeniu troszkę nie tam, gdzie trzeba i jedna z opiekujących się świątynią sióstr zapytała nas, czy zatrzymaliśmy się u nich. Była akurat pora obiadowa i jedzenie pachniało tak pięknie, że strasznie żałowałam, że nie. A piszę o tym głównie dlatego, że jeśli jesteście osobami wierzącymi i pielgrzymujecie do miejsc takich, jak Jerozolima czy Lourdes, to prawdopodobnie będziecie mogli tam znaleźć podobne miejsca, prowadzone przed polskie siostry zakonne i się tam zatrzymać za stosunkowo niewielkie pieniądze, otrzymując w zamian (jak przypuszczam) mnóstwo serdeczności. Na ostatnim zdjęciu poniżej jest nieduży Kościół Dominus Flevit (=Pan zapłakał) – ma podobno kształt łzy. Mimo szczerych chęci nie udało nam się tego dostrzec, no ale bez wątpienia to nietypowy  i robiący wrażenie projekt architektoniczny.

Ciężko mi tu zachować ścisłą chronologię i kierunek z dołu na górę, bo tak właściwie to troszkę musieliśmy po górze pokrążyć, a to wszystko dlatego, że różne miejsca są otwarte do zwiedzania w różnych godzinach, zwykle z przerwą w środku dnia. Niesamowicie było to wkurzające! A ja jako metodę ustalenia co było najpierw, a co potem, stosuję zwykle kolejność, w jakiej robiliśmy zdjęcia – tak najłatwiej jest mi odtwarzać nasze trasy. Tak więc mniej więcej w połowie wysokości góry wylądowaliśmy nagle na czyimś podwórku, gdzie bawiły się dzieci, a dorośli rozmawiali przy stole. Tam doprowadził nad drogowskaz z napisem ,,Tombs of Prophets”. Ja do dziś nie wiem, jakich proroków i jakiej religii, ale Tomasz lubi takie rzeczy, no to poszliśmy. Opłaty za bilety – bodajże 5 szekli – przyjmował przemiły pan, zapewne jeden z mieszkańców sąsiedniego budynku.

Tomasz zapłacił, a ja usiadłam na kamiennych schodach w środku, bo naprawdę się nie jaram podziemiami i nie chciało mi się tam chodzić. No ale miły pan nie pozwolił mi odpocząć, bo powiedział, że mogę iść z Tomaszem i nie muszę płacić za bilet. Nie wypadało odmówić, prawda? Na podobną promocję ,,załapaliśmy się” w słynnym kościele Pater Noster (Ojcze Nasz). Za cenę pojedynczego biletu – 10 szekli – weszliśmy oboje. Takie rzeczy tylko w Izraelu. W tej świątyni i w jej otoczeniu znajdziemy tekst modlitwy ,,Ojcze Nasz” w podobno około 140 językach. Zawsze chciałam to zobaczyć, a w rzeczywistości ogromny spokój i urok tego miejsca zdecydowanie przeszły moje wcześniejsze wyobrażenia. Na Górze Oliwnej było w ogóle zaskakująco mało ludzi – w porównaniu z chociażby dzielnicą arabską, gdzie przez większość dnia przewijały się dosłownie tłumy ludzi, pomiędzy którymi trzeba było się przeciskać.

Praktycznie na samym szczycie Góry, ku swojemu zaskoczeniu, trafiliśmy do typowej dzielnicy mieszkaniowej, którą zamieszkiwały głównie osoby pochodzenia arabskiego. Z radością odnaleźliśmy tam malutki sklepik spożywczy, bo już myśleliśmy, że przyjdzie nam na Górze Oliwnej umrzeć z głodu i pragnienia. Za ladą sklepu stał może 8-letni chłopiec i już samo to było dziwne, ale potem okazało się, że był już prawdziwym handlarzem. Oczywiście przy niczym w sklepie nie było cen i pierwsza suma, jaką rzucił za kilka rzeczy, które wybraliśmy, była po prostu absurdalna. Jak zaproszenie do targowania się. Z ósmiolatkiem, w spożywczaku, czujecie to? 🙂 Chyba z czystej grzeczności Tomasz powiedział kwotę o szekla mniejszą, która została przez chłopca zaakceptowana i tak dobiliśmy targu.

W tej samej okolicy natknęliśmy się na jeszcze jedną cerkiew – mieliśmy ją na mapie, ale strasznie ciężko było ją znaleźć. Pomogli nam okoliczni mieszkańcy. Okazało się, że żeby zwiedzić tą szczelnie ogrodzoną świątynię, trzeba przy furtce zadzwonić dzwonkiem i czekać, aż ktoś otworzy. Wszystko przebiegło dość sprawnie, ale nie mamy stamtąd praktycznie żadnych zdjęć, bo nie wolno ich było tam robić. To znaczy byłoby wolno, gdybyśmy – jak tłumaczyła nam nasza wiekowa już przewodniczka – do fotografowania świątyni mieli osobny aparat. Bo to przecież nie może być tak, że na jednym aparacie, obok siebie będzie przykładowo zdjęcie kota i kościoła. Skąd ona wiedziała o zdjęciach kota?! Swoją drogą zawsze myślałam, że kot też stworzenie Boże, a tu się okazuje, że jest niegodny dzielenia karty pamięci z cerkwią.

Swoją drogą, nigdy wcześniej nie byłam w cerkwi o tak surowym ,,regulaminie” – później już tak, ale w Izraelu byłam mocno zbita z tropu. Musiałam zakryć nie tylko głowę, ale też tyłek, bo w spodniach do tej cerkwi nie wolno. Tak powstał mój gustowny motylkowy outfit, stworzony z chust dostępnych przy wejściu. Zaskakująco odważny dobór wzorów, jak na miejsce, gdzie wspomniana wyżej pani bardzo chciała wiedzieć, czy jesteśmy z Tomaszem małżeństwem i czy mamy dzieci, a kiedy dowiedziała się, że 2x nie, to przez resztę czasu namawiała nas na jak najszybszy ślub i wydanie na świat potomstwa. Swoją drogą pięknie powyżej widać, jaka jest różnica pomiędzy selfie zrobionym z góry, a zdjęciem pod zwykłym kątem. Tak, drodzy Panowie, zawsze powtarzam, nigdy nie ufajcie niczyjemu zdjęciu profilowemu. Nawet mojemu 😉

Kiedy zeszliśmy z Góry Oliwnej, Tomasz stwierdził, że fajnie będzie przejść Drogę Krzyżową. To tylko kilkaset metrów – mówili. Góra pół godzinki, a doświadczenie bezcenne – mówili. A tymczasem doświadczenie było co najmniej dziwne. Wszystkie gry miejskie mogą się schować przy szukaniu stacji w labiryncie uliczek arabskiej dzielnicy i odkrywaniu, w jak niespodziewanych znajdują się czasem miejscach. Pierwszej, i owszem, towarzyszy świątynia, ale już druga ukryta jest w jakiejś szkole i otwierana tylko w piątki. Obok sklep obwieszony towarami (dwa pierwsze zdjęcia powyżej). Oczywiście dość szybko znalazł się Pan arabski handlarz, który widząc nasze zainteresowanie stacją zaczął twierdzić, że on może tak załatwić, że nam otworzą. Strach było pytać, za ile. Dziękujemy, postoimy. Stacje III i IV sąsiadują z ormiańskim kościołem, który na dziedzińcu ma restauracje (ostatnie zdjęcie powyżej) i to jej menu jest najbardziej widoczną informacją przy wejściu na teren świątyni. W końcu są rzeczy ważne i ważniejsze.

Jak pewnie zauważyliście, stacje są oznaczone okrągłymi, metalowymi tabliczkami z numerami. Tabliczki niespecjalnie rzucają się w oczy, szczególnie, że może się zdarzyć, że ktoś je czymś zasłoni, na przykład handlarz towarem. Nie znaleźliśmy wszystkich stacji, mimo posiadania mapy i tego, że co chwilę pytaliśmy o drogę. Ciągle znajdowaliśmy się w jakichś dziwnych zaułkach kończących ślepe drogi, w jakichś kompletnie odludnych miejscach. Znacie to uczucie, kiedy myślicie sobie, że kompletnie się zgubiliście i to na pewno nie może być tu? No! A w tym przypadku okazywało się, że to akurat tam! A i tak dopiero na sam koniec ktoś powiedział nam, że najlepiej znajdować stacje po wybrukowanych, wielkich półokręgach na chodniku. Teraz faktycznie widzę je na zdjęciach i gdybyśmy wcześniej o tym wiedzieli, to pewnie sto razy łatwiej byłoby nam odszukać te miejsca.

Innym miejscem, którego bardzo długo szukaliśmy i strasznie nam zależało, by je odnaleźć, był grób Oskara Schindlera. Oglądaliście Listę Schindlera? W ostatniej scenie – która niesamowicie zapadła mi w pamięć – ocalone przez niego osoby oraz aktorzy z tego filmu kładą kamienie na jego grobie. Dokładnie na tym samym, na którym i ja położyłam swój. Dokładnie na tym samym cmentarzu, który my też odwiedziliśmy. Niesamowite! Szczególnie, że kiedy już znaleźliśmy cmentarz, to był zamknięty i sądziliśmy, że nie uda nam się tam wejść. Siedzieliśmy przed nim, czekając nie wiem na co i okazało się, że cmentarz ma po prostu godziny otwarcia i zaskakująco młodziutka pani przyjechała otworzyć bramę o 10. Spytaliśmy ją, jak znaleźć grób Schindlera, a pani na to: bardzo prosto, to ten z największą ilością kamieni. Faktycznie.

Poza tym, tak jak u nas we Wszystkich Świętych wszyscy się ze sobą ścigają, kto przyniesie największy znicz, tak na grobie Schindlera najwidoczniej odbywa się konkurs na największy kamień. On przyniósł pustaka?! To ja wezmę płytę chodnikową! Spróbujcie sobie tych ludzi tylko wyobrazić, jak niosą to na cmentarz w jakichś workach, abstrahując już od tego, skąd te kamienie wzięli. Ciekawe, czy pod osłoną nocy kamienie też zmieniają właścicieli, w końcu niełatwo o takie wielkie i komu by się je chciało tak daleko taszczyć?

A na koniec – zgodnie z obietnicą z początku wpisu, zostało nam jeszcze Wzgórze Świątynne, które jest miejscem świętym także dla wyznawców Islamu. Znajduje się tam Kopuła na Skale i meczet Al-Aksa – razem tworzą jedno z ich najważniejszych sanktuariów. No i niewiele potrafię o nich powiedzieć, poza tym, że Kopuła jest przepiękna. I tak nieoczekiwanie kończy się nasz pobyt w Izraelu. Oby nie ostatni, bo już tęsknię za tym magicznym i pełnym tajemnic krajem. Jest jak z bajki i oby jego historia też miała dobre zakończenie, a nie wojny im się znowu zachciewa!

2 myśli na temat “Rzeczy ważne i ważniejsze – Izrael cz. VI (ost.)”

    1. Ojej, dziękuję, takiej opinii się nie spodziewałam, bardziej te zdjęcia tu wkleiłam, żeby się wspólnie z nich pośmiać, a tu takie miłe słowa ;*

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *