Tam dom mój, gdzie łóżko moje – Praga cz. I.

OSTRZEŻENIE: Wpis zawiera opowieści dziwnej treści i stosunkowo niewielką ilość informacji o Pradze, ale za to magiczne zdjęcia niespecjalnie związane z tekstem. Tak więc, jeśli stwierdzicie, że nie dacie rady czytać moich dzisiejszych wynurzeń, to zostańcie chociaż pooglądać obrazki 😉

♥♥♥

Skoro można wyjść po angielsku, to może da się w ten sam sposób wrócić, żeby nikt nawet nie zauważył, że (i jak długo) nas nie było. Swoją drogą, Francuzi też wychodzą po angielsku, ale już Anglicy ,,odwdzięczają się” im za to wychodząc po francusku (French leave). A Niemcy wychodzą po… polsku. Trochę podobnie było z kiłą, której nazewnictwo ujawnia, jaką kiedyś opinię miały o sobie różne narody. W Anglii znana jako choroba francuska (French disease), u nas tak samo, wymiennie z pochodną francą; we Francji była – jak już się pewnie domyślacie – chorobą angielską. No i oczywiście jest też miejsce, gdzie była zwana chorobą polską. Rosja. Wybaczcie dygresję językową, to trochę zboczenie zawodowe, a trochę próba odwrócenia Waszej uwagi od mojego powrotu po angielsku 😉

Ja już nawet nic nie mówię o tym, gdzie byłam, jak mnie nie było. Bo sama nie wiem, jakim cudem udaje mi się zaginąć w akcji tak, że ciągle coś robię i ciągle nic nie jest zrobione. W wolnych chwilach – jak choćby dziś rano – rozwijam swoje nowe hobby – odwiedziny u przeróżnych lekarzy. No i nie przestaje mnie zadziwiać, jaki wpływ mają na ludzi poczekalnie. Tyle się mówi o road rage (drogowej furii), a czemu nikt nie ostrzega przed przychodnia rage – przychodniową furią? Coś czuję, że sama kiedyś popłynę z jej prądem, po tym jak dziś pewni państwo ubzdurali sobie, że wepchnęłam się przed nich w kolejkę, a w rzeczywistości to oni próbowali się za wszelką cenę wepchnąć przede mnie – przy użyciu żałosnych gróźb i całej kolekcji dziwnych personalnych wycieczek pod moim adresem. Gdyby byli normalni, to na pewno bym ich przepuściła, a tak? Ni chuchu, chociaż momenty były już takie, że oczami wyobraźni widziałam rozdzielającą nas policję 🙂

No, i nic nie mówię też o aktualności mojego wpisu. Przyda Wam się na pewno, jeśli powoli planujecie już zimowe wyjazdy i zastanawiacie się, czy Praga w okresie tuż przed Bożym Narodzeniem (14-17 grudnia natenprzykład, takie całkiem przypadkowe daty, wcale nie wtedy tam byliśmy w roku 2017 😉 ) to dobry pomysł. O ile w ogóle postanowicie mi w tej kwestii zaufać, bo… wszyscy zachwycają się Pragą, a ja tak właściwie to nie wiem, co o niej myślę. Po pierwsze pewnie dlatego, że wspominam Czechy jak przez mgłę i to nawet nie z takiego powodu, że w porównaniu do innych naszych wyjazdów wypiłam tam dużo alkoholu. No bo wiecie, być w Bohemii (to angielska i łacińska nazwa krainy geograficzno-historycznej, na terenie której leży Praga; piękna, prawda?) i nie wypić morza piwa?! To byłby chyba grzech! Chociaż, kiedy napis na jednej puszce zaczął mnie wyzywać od samotnych pijaków (vyladeno samotnymi pijáky), to obok tego już nie mogłam przejść obojętnie… Chciałam paść na miejscu ze śmiechu. I to nie jedyny raz przez język czeski, zupełnie jak kilka miesięcy wcześniej przez bardzo podobny do niego słowacki.

Ale jak to zawsze piszę, spróbuję Wam wszystko opowiedzieć po kolei, chociaż tradycyjnie pewnie się nie uda. Główną przyczyną moich poważnych luk w pamięci, jeśli chodzi o ten wyjazd jest to, że pojechałam do Czech megaprzeziębiona. Tak naprawdę MEGA. W domu łudziłam się, że po garści albo dwóch Gripexu na pewno mi przejdzie i szkoda tracić szansę na zwiedzenie nowego kraju. Ale już na krakowskim lotnisku, w stanie skrajnego otępienia, z bolącą, ciężką głową i z helikopterem w niej, zaczynałam poważnie obmyślać plan odwrotu – czyli na przykład, jak wydostać się ze strefy odlotów, gdy już do niej weszliśmy po kontroli bezpieczeństwa i jak samej w takim stanie wrócić do domu i nie wylądować przy tym na innym końcu Polski, niż powinnam. O ile to pierwsze powinno być proste: – Panie strażniku, panie strażniku, jednak nie lecę, bo się rozmyśliłam; jak i którędy do wyjścia? – to reszta wydawała mi się w tamtym momencie zbyt skomplikowana.

Uznałam, że łatwiej będzie, jeśli zostanę tam, gdzie jestem, przetrwam lot, w trybie zombie dotrę jakoś do hotelu i tam padnę na łóżko i albo w trakcie tego wyjazdu z niego powstanę, albo nie. Logika i lenistwo poziom milion, ale całkiem poważnie tak to sobie wtedy wydumałam, że do Czech bliżej (nigdzie nie trzeba się ruszać, godzinka-półtorej lotu, trochę drogi do hotelu i po bólu) niż do domu (co najmniej godzina, żeby dostać się na dworzec, potem 3-4 godziny jazdy pociągiem albo autobusem, potem jeszcze taksówka). A skoro już i tak się nam zapowiada na wpis nie na temat, to opowiem Wam troszkę o tym, co w ambitnych planach od dawna miało być oddzielnym wpisem. Ale chyba się nie zanosi. Czy uwierzycie, że ja – która chora wolałam jechać do Czech niż do domu, bo szybciej – kiedyś nienawidziłam podróżować? Serio serio!

Długie lata miałam ogromny problem z tym, żeby w ogóle nocować poza domem. Powtarzałam, że nienawidzę obcych łózek i obcych łazienek. Jadąc gdzieś na noc lub dwie zabierałam ze sobą więcej rzeczy, niż teraz na tydzień. Na przykład ręczniki, bo hotelowe wydawały mi się obleśne. Wielką fryzjerską suszarkę, bo te z hotelu się do niczego nie nadają. Poduszkę. Zapasowe wszystko, bo co to będzie jak pobrudzę spodnie? Milion rzeczy z cyklu przydasie. No i już sama konieczność pakowania tego wszystkiego i potem przemieszczania się z takim wielkim bagażem doprowadzała mnie do szału. Takiego, że na przykład całe studia licencjackie wracałam do domu podczas zjazdów w nocy, tylko po to, żeby kolejnego dnia bladym świtem jechać na uczelnię z powrotem – byleby tylko przespać się kilka godzin w domu. Na dodatek jeździłam wtedy autobusami, więc nawet moja nieustępująca z wiekiem choroba lokomocyjna wydawała mi się mniejszym złem, niż spanie przez kilka nocy w miesiącu poza domem. Chociaż poza wyjazdami na uczelnię, ona też była dla mnie kolejną wymówką, żeby tylko przypadkiem za często i za daleko nie podróżować.

No i tak to się toczyło – ograniczałam samą siebie i przy okazji Tomasza -właściwie aż do początków tego bloga. A piszę Wam o tym, bo przez ostatnie półtora roku przeszłam pod tym względem ogromną przemianę i to głównie dzięki Tomaszowi, który – bardzo słusznie – uznał, że czekając na dobry moment i na to, aż sama z siebie będę gotowa wyjeżdżać, moglibyśmy się nigdy nie doczekać na taki piękny czas, jaki przeżyliśmy i mam nadzieję – będziemy przeżywać nadal. Już kilka osób mówiło mi ,,chciałbym podróżować, ale moi najbliżsi nie chcą nigdzie jeździć”. A może to Wy sami nie chcecie? Czasem postawienie ich albo siebie przed faktem dokonanym wydaje się dobrym wyjściem. W końcu pewnie każdy się przyzwyczai, jak ja. Walizkę będzie pakować jak mały robocik. Nie będzie marudzić nawet, jeśli w przeciągu kilku dni będzie ją musiał pakować 4 razy, a hotel zmieniać 3 razy (nawet jeśli wcześniej jakakolwiek zmiana otoczenia to był taki problem, że łołoło).

Jak się zmęczy, to na wyjazdach – myśląc o hotelu – powie,,chodźmy już do domu”. W końcu tam dom mój, gdzie łóżko (choćby tymczasowo) moje. I już pierwszej nocy będzie smacznie spać, bo kompletnie zapomni o tym, że w pierwszą noc w nowym miejscu ciężko jest zasnąć. Niewygodne łóżko? To problem, który praktycznie dla mnie nie istnieje, jeśli tylko kładę się zmęczona. Nie wspominając już o tym, że całe życie powtarzałam, że nie potrafię spać na siedząco na przykład w autobusie i faktycznie wydawało mi się, że tak jest, a tak w rzeczywistości, to chyba po prostu się wstydziłam. A teraz? Jestem pierwsza do spania w najdziwniejszych miejscach i pozycjach. O ławce w Bratysławie już wiecie. Potem był chociażby rozklekotany gruziński busik, w którym smacznie spałam siedząc tuż przy drzwiach, a Tomasz podobno tylko patrzył, czy walnę się o coś moją kiwającą się na wszystkie strony głową. Nie wspominając już o tym, że zarzekałam się, że nigdy nie skorzystam z WC w autobusie i ogólnie nie przepadałam za publicznymi toaletami. No a teraz wiem już tylko, że nigdy nie wolno mówić ,,nigdy” 🙂

A wracając do naszej drogi do Pragi, to w tak zwanym międzyczasie opracowałam też plan kwarantanny na wypadek opcji ,,nie powstanę z łóżka” – Tomasz przeniósłby się do pokoju Pawła, naszego towarzysza tamtej podróży, a ja smarkałabym sobie do woli w osobnym. Ostatecznie kwarantanny nie było, Tomasz wrócił zdrowy, a Paweł chory. Do dziś mam wyrzuty sumienia o to, że go pewnie zaraziłam i być może też kilka innych osób na swojej drodze. Nie róbcie tego w domu, a tym bardziej poza! Z tego pierwszego dnia pamiętam już tylko dotarcie do naszego hotelu Slavia – położonego w sąsiedztwie stadionu i z zewnątrz niepokojąco przypominającego jakąś bursę szkolną – w środku już na szczęście znacznie mniej. I padnięcie na łóżko.

A z następnego dnia doskonale pamiętam śniadanie, podczas którego udało mi się – nadal najwidoczniej półprzytomnej – wylać sobie prawie cały kubek kawy na jasnoniebieskie spodnie. Oprócz nich miałam tylko jedną – bordową parę i do dziś wspominam moją ,,stylizację roku” – bordowe spodnie i czerwoną bluzę. Dobrze, że większość czasu spędziliśmy tego dnia na zewnątrz i w kurtkach. Chociaż Tomasz twierdził, że jestem ubrana bardzo ładnie, tak pod kolor 😉 Tym sposobem z tyłu głowy miałam już nie tylko to, że brany garściami Gripex zaraz mi się skończy i będę się musiała zaopatrzyć w jakąś jego lokalną wersję, ale też to, że wypadałoby się rozejrzeć za jakimiś spodniami. Jedną z moim ulubionych marek ubraniowych jest F&F (większość dżinsów mam od nich – bo mają mój rozmiar, nieźle leżą, są fajnej jakości i niedrogie). Jeśli Waszą też i jeśli wybieracie się do Pragi, to polecam Wam zajrzeć do centrum handlowego Eden – w Tesco mają tam chyba największy dział F&F, jaki kiedykolwiek widziałam.

Ale niezapomnianych wrażeń dostarczyła mi i tak wizyta w aptece. Zakup tamtejszego Gripexu wydawał mi się prostym zadaniem, dopóki nie stanęłam przed półką, na której żadna marka nie wyglądała znajomo. Z moim ówczesnym zamuleniem umysłowym i z koniecznością czytania wszystkiego po czesku wybór odpowiedniego – jak mi się wydawało – preparatu zajął mi dobre 15 minut. A kiedy już podeszłam z nim do kasy, to przemiła pani kasjerka, pięknym angielskim rzecze tak: ,,ale pani sobie to wzięła na kaszel, a ja nie słyszałam, żeby pani miała kaszel”. Ano nie mam. Przyniesie mi pani coś innego, please? Pani przyniosła. Zerknęłam na pudełko i w oczy rzucił mi się napis UĆPANY NOS. Wybuchnęłam niepowstrzymanym śmiechem. Pani pyta, czy wszystko dobrze. Ja rozważam, czy zacząć jej tłumaczyć, dlaczego ućpany nos mnie śmieszy.

Zdecydowałam, że lepiej nie, w końcu jak to brzmi ,,a bo wie Pani, Wasz język bywa strasznie śmieszny dla Polaków, ućpany to po polsku jest ktoś po narkotykach”. Czym prędzej zapłaciłam, pożegnałam się i wyszłam. Ciekawe, co ta biedna miła pani sobie o mnie pomyślała. Ciężko powiedzieć, ja myślę na pewno, że bezpieczniej jest z Czechami rozmawiać po angielsku – a młodzi ludzie świetnie się posługują tym językiem. Bo po czesku niby wiadomo o co chodzi, że coś w stylu ,,przestupite se na piatku” znaczy ,,przesiądziecie się na piątkę”, ,,ukończyte prosim wystup a nastup” – ,,prosimy kończyć wsiadanie i wysiadanie” no ale bywa niebezpiecznie i niezręcznie śmiesznie. Zapewne dla obu stron. Bo już Restaurace v Cipu wcale nie brzmi jak Restauracja w Kącie. Próbując się dowiedzieć, co jej nazwa tak właściwie znaczy, trafiłam na bardzo przychylne recenzje – że serwują prawdziwe czeskie jedzenie – aż żałuję, że tam nie zajrzeliśmy, bo tak właściwie to nie było mi dane spróbować żadnych lokalnych potraw. Chyba, że piwo się liczy jako potrawa 😉

c.d.n.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *