Czy piwo to w ogóle alkohol? – Czechy cz. III (ost.)

Dziś bez zbędnych wstępów zabieram się za kontynuację naszej czeskiej serii. W poprzednim wpisie skończyliśmy nasz pobyt w Kutnej Horze no i oczywiście musieliśmy wrócić do Pragi. Wybraliśmy znów pociąg i kiedy wysiedliśmy na Głównym Dworcu, przypomnieliśmy sobie o pewnej rzeczy. Na naszej okupionej licznymi (oczywiście moimi) cierpieniami pieszej wycieczce dowiedzieliśmy się, że na jednym z peronów znajdziemy figurę Nicholasa Wintona – Brytyjczyka, który uratował  tuż przed II wojną światową 669 żydowskich dzieci z terenu ówczesnej Czechosłowacji, organizując ich transport do Wielkiej Brytanii.

Samo to musiało być niewiarygodnie trudne, ale Sir Nicholas, który wiele lat później w uznaniu swoich zasług otrzymał od Królowej Anglii tytuł szlachecki, oczywiście nie pozostawił tych dzieci na pastwę losu na pierwszej z brzegu brytyjskiej stacji kolejowej, tylko zbudował dla nich całe nowe życie, chociażby zalegalizował ich pobyt w kraju i znalazł dla nich rodziny zastępcze. Niesamowite, prawda? Nie bez powodu tego pana nazywa się czasem brytyjskim Schindlerem. Myślę, że jego historia jest na tyle ciekawa, że warto o niej samemu troszkę więcej poczytać. Uwierzycie na przykład, że Winton tak właściwie działał w tajemnicy (z pomocą swojej matki), nikomu się nie chwalił tym, co zrobił, a świat dowiedział się o uratowanych przez niego dzieciach dopiero 50 lat później, kiedy jego żona odnalazła jego dokumenty z przedwojennego okresu?

Albo, że przez lata powtarzał, że on tak właściwie nic nie zrobił, że powinien był uratować więcej osób? Pewnie nie mógł znieść myśli o tym, że ostatnia grupa 250 dzieci, której wyjazd był zaplanowany na 1 września 1939 roku nie mogła już opuścić Pragi… Być może dlatego – by przekonać go, że dokonał czegoś wielkiego – poproszono go o wzięcie udziału w pewnym bardzo niezwykłym programie, którego fragmenty – po wpisaniu jego imienia i nazwiska w wyszukiwarkę – do dziś możecie znaleźć na youtubie. Teraz spoiler alert: Winton siedzi na dość licznej widowni. Najpierw dowiaduje się, że siedząca obok niego kobieta jest jedną z uratowanych przez niego osób. Oboje są niesamowicie wzruszeni. Chwilę potem prowadząca pyta: czy na widowni jest ktoś jeszcze uratowany przez Sir Nicholasa? Jeśli tak, niech wstanie. I wstają… wszyscy! Strasznie mnie ruszają takie historie!

Z jednej strony historie w Polsce mamy całkiem podobne, w końcu w tej części Europy (specjalnie nie piszę, czy środkowej, czy wschodniej, bo to drażliwy temat) dzielimy pewne doświadczenia, i te dobre, i te złe. To nie jest tak, że jak Amerykanom na Ukrainie trzeba nam pokazywać blokowisko, bo u nas czegoś takiego nie ma. A oni za wskazaniem przewodnika patrzą w lewo i: oooo… dużo bloków! Kolejny punkt wycieczki: pojedynczy blok z bliska, też się przyglądają z zaciekawieniem. Potem spojrzenie w prawo i arcytrudna zagadka od przewodnika: co to za budynek? Amerykanie nie mają pojęcia. Ja od razu wiem, że szkoła, bo moje gimnazjum wyglądało identycznie. Wszystko jest kwestią przynależności do tego lub innego kręgu kulturowego. No i podobnie jest z Holokaustem – nasz kraj naznaczył tak samo, jak Czechy, nam nie trzeba mówić, że się wydarzył. To jednak nie czyni go ani odrobinę mniej bolesnym czy wartym uwagi, wręcz przeciwnie.

Z zainteresowaniem obserwuję zawsze reakcje osób spoza Europy na wzmianki o Holokauście, no i bywają one skrajnie różne. Czasem jest to szok i wzruszenie, jakby usłyszeli o tym wszystkim po raz pierwszy; czasem zupełna obojętność, na zasadzie: dawno i nie u nas, to co mnie to obchodzi, zieeew; no a czasem lekceważenie – ja tu się śmieję z żartu koleżanki i robimy selfie z głupim filtrem, w dupie mam to, że 75 lat temu ktoś niewinny umarł w męczarniach i to być może w miejscu, w którym akurat stoję. A śladów historii Żydów jest w Pradze wyjątkowo dużo. Wszystko dlatego, że stolica Czech została przez Hitlera wybrana na skansen, żywe muzeum mające pokazywać, jak kiedyś żyli Żydzi, których zgładził. Nie zrównał więc żydowskiej Pragi z ziemią tylko ją sobie zostawił i nie do końca rozumiem, po co. Na pamiątkę? Chciał się po wojnie przechadzać ulicami dzielnicy żydowskiej, napawając się chorą dumą z zagłady jej mieszkańców? Chciał zapraszać tam kolegów na imprezy, przy okazji chwaląc się swoimi ,,dokonaniami”: „ej, ty, patrz Hans, tutaj kiedyś mieszkali Żydzi, a teraz wszystko nasze”?

Niezależnie od tego, co nim kierowało, faktem jest, że dzisiaj możemy w Pradze obejrzeć świetnie zachowaną dzielnicą Josefov z niespotykaną gdzie indziej liczbą synagog. Jedna z nich, którą widzicie poniżej to Synagoga Staro-Nowa. Tak, serio tak się nazywa. I wiąże się z nią fajna legenda o Golemie. Otóż, już dawno dawno temu prascy Żydzi cierpieli z powodu prześladowań. Urzędujący wówczas w tej synagodze rabin stwierdził, że trzeba coś z tym zrobić. Pomyślał, poczytał trochę Biblii i postanowił ulepić z gliny dla siebie i swoich wiernych wielkiego człekokształtnego ochroniarza, którego później za pomocą tajemniczych rytuałów ożywił. Golem był z założenia istotą bezmyślną, mającą wykonywać jedynie polecenia rabina no i początkowo wszystko szło świetnie. Olbrzym hasał po okolicy, a to komuś przyłożył, a to kogoś obronił.

Po pewnym czasie zbuntował się jednak, niczym istoty ze sztuczną inteligencją w filmach science-fiction i zaczął atakować nie tych co trzeba. Rabin – jego stwórca – poczuł się winny tej sytuacji i postanowił odebrać Golemowi darowane mu życie. Olbrzym stał się martwą, glinianą figurą, a jego szczątki do dzisiaj mają spoczywać na strychu Staro-Nowej Synagogi, a samego Golema miałoby się dać ponownie ożywić, tylko w sumie cholera wie, w jakim akurat obudziłby się humorze. Legenda ta rozpalała podobno wyobraźnię Żydów, szukających ratunku podczas pogromów, wypędzeń i wreszcie Holokaustu. Dość to wszystko smutne w tym kontekście.

Niedaleko tej świątyni znajduje się Stary Cmentarz Żydowski. Na pierwszy rzut oka można pomyśleć, że jest położony na wzniesieniu, ale okazuje się, że to on sam tworzy to wzniesienie. Jak? Podobno odmawiano Żydom możliwości zakupu większego terenu pod nekropolię, a kiedy kompletnie nie mieli już gdzie pochować swoich zmarłych, zasypali cały cmentarz grubą warstwą ziemi i zaczęli pochówek na tym nowym, wyższym poziomie. Nie wiem, jak Was, ale mnie szokuje sam ten fakt. A co, gdybym powiedziała Wam, że średnio wg przewodnika tych warstw jest 7, a miejscami podobno nawet 12? Całość wygląda jak sztuczna góra, ze zboczami zabezpieczonymi murem. Dość ciężki do zapomnienia widok, gdy wie się na co się patrzyło.

Powyżej widzicie z kolei Synagogę Pinkasovą (o ile tak to się w ogóle odmienia). Obecnie w jej wnętrzu znajdziemy Muzeum Żydowskie, a w nim z kolei ściany, na których napisano ręcznie nazwiska prawie 80 000 ofiar Holokaustu z Czech i Moraw. Znajduje się tam też niezwykła wystawa dziecięcych rysunków, stworzonych podczas II wojny światowej w Terezinie – oddalonym o kilkadziesiąt kilometrów od Pragi obozie przejściowym i getcie. Artystka Frederika Dicker organizowała tam dla dzieci tajną edukację, w tym lekcje sztuki, które dla najmłodszych miały nieocenioną wartość terapeutyczną. Niestety tym razem nie udało nam się odwiedzić ani Terezina, ani Muzeum Żydowskiego w środku. Mamy powód, żeby wrócić do Pragi!

Jeśli chodzi o sprawy religijne w Czechach, to z moich notatek z wycieczki wynika, że sporo namieszał pan Jan Hus, ale to tak ogólnie jeszcze w XV wieku. Chciał zreformować kościół katolicki, nie podobało mu się to, że duchowni gromadzą ogromne fortuny, a dokładają się do nich bogaci wierni, którzy kupują np. odpusty ,,na zapas”. Jak to na zapas? Ano tak, że jeśli jakiś bogaty pan planował  najbliższym czasie nagrzeszyć, to zanim zaczął na przykład jakąś grubszą imprezę, udawał się z odpowiednią sumą pieniędzy do księdza i jego grzechy można było potem na bieżąco uznawać za niebyłe. Gdyby przypadkiem umarł podczas jakichś niecnych czynów, to i tak poszedłby prościutko do nieba, bo przecież wszystkie grzechy zostały mu z góry odpuszczone. Wygodne dla wiernych, opłacalne dla księży, prawda?

Nic więc dziwnego, że duchowieństwo nie przepadało za Husem. Ostatecznie uznali go za heretyka i spalili na stosie, no ale nie przewidzieli, że ludzie jednak polubili Jana (który poza swoimi naukami religijnymi, bardzo przyczynił się też do rozwoju języka czeskiego) i wybuchnie powstanie, a potem wojny husyckie. Bywa. Podobno do dziś Czesi nie do końca przepadają za kościołem rzymskokatolickim. Tak poza tym, to podczas tego powstania dokonano pierwszej praskiej defenestracji – czyli wyrzucenia przez okno. Tym razem padło na siedmiu katolickich radnych, których wypchnięto z okien ratusza i na których na dole czekał tłum z postawionymi na sztorc włóczniami i szablami. Defenestracja stała się swoistą praską tradycją, bo 200 lat później z okien zamku królewskiego wylecieli Austriacy – wysłannicy cesarza. Kompletnie się to Czechom nie opłaciło. Po pierwsze jeden z nich krzyknął ,,Maryjo, ratuj mnie” i przyleciały aniołki, złapały ich i bezpiecznie posadziły na ziemi – tak przynajmniej wszystkim potem opowiadali.

No a tak naprawdę to spadli na kupę gnoju i to ich uratowało. W każdym bądź razie nie zginęli, a taki był plan. Swoją drogą, według przewodnika to właśnie od tych utaplanych w gnoju panów pochodzi wyrażenie ,,stinking rich” (nieprzyzwoicie dosł. cuchnąco bogaty). Po drugie, cesarz się wkurzył i wybuchła kolejna wojna, którą Czesi przegrali i pogrążyli się na kilkaset lat. Był to dla nich ciemny okres represji i germanizacji, po prostu prób zniszczenia narodu czeskiego, które rozpoczęły się ścięciem na rynku 27 przedstawicieli czeskiej szlachty, których duchy wg legendy do dzisiaj nawiedzają plac. Oczywiście wszelkie historyczne rzeczy mocno upraszczam, ale kiedyś już chyba ustaliliśmy, że historie są ważniejsze niż fakty 😉 Z tej okazji randomowa ciekawostka – czy wiesz, że… w Czechach bożonarodzeniowe prezenty przynosi mały Jezusek, a nie jak u nas Święty Mikołaj?

Podczas wycieczki dowiedziałam się jeszcze, że Praga to Paryż wschodu. Kolejny. Tak samo tytułuje się Bukareszt. No ale w Pradze tłumaczą to między innymi tym, że jest to miasto, które pokochało Mozarta i które pokochał Mozart. Nie muszę chyba dodawać, że znacznie bardziej zainteresowałam się opowieścią przewodnika o tym, jak pijany ktoś podczas wieczoru kawalerskiego bardzo chciał zobaczyć, co jest w figurze, którą widzicie poniżej. Wsadził tam głowę, utknął i musiała go ratować straż pożarna. A co ma Mozart do figury? Statua przedstawia jednego z bohaterów jego opery pt. Don Giovanni i znajduje się przed teatrem, gdzie dzieło miało swoją premierę. A wiecie, że po czesku teatr to tak jak po słowacku divadlo (czytane bardzo podobnie do dziwadło)?

Poznaliśmy też w skrócie historię niezwykłego i bardzo skomplikowanego praskiego zegara astronomicznego. W XV wieku jego twórca został podobno oślepiony, by nie mógł nigdzie indziej stworzyć takiego samego zegara. Strach było chyba w tamtych czasach przyjmować zlecenia od ważnych ludzi! No ale w ramach zemsty zegarmistrz poprosił kogoś, by zaprowadził go na ,,zaplecze” zegara, do jego mechanizmów i zepsuł go tak, że przez kilkadziesiąt lat nikt nie potrafił go naprawić. Dziś o każdej pełnej godzinie pod zegarem gromadzą się tłumy, żeby obejrzeć, jak przy wybijaniu godziny poruszają się figurki. To akurat było coś, co mnie dość mocno zawiodło i drugi raz na pewno nie narażałabym się z tego powodu na bycie potrąconą przez pierdylion osób i naruszenie mojej osobistej przestrzeni około tyle samo razy.

Ostatnią z wycieczkowych historii jest historia sprytnej księżnej Libuszy, która kobiecą ręką sprawowała rządy po śmierci swego ojca. No i ta kobieca ręka nie wszystkim się podobała, bo przecież władcą powinien być facet. Tak więc Libuszy postanowiono znaleźć męża. Ale były dwa problemy. Po pierwsze, ona miała już chłopaka – wymykała się do niego konno w nocy. Drugi problem był taki, że jej wybranek był biednym oraczem i ciężko byłoby wszystkich przekonać, że to idealny materiał na króla. No ale naprawdę go kochała i nie chciała innego męża, a więc wymyśliła rozwiązanie. Powiedziała swoim doradcom, że miała wizję, a jej koń ich zaprowadzi do odpowiedniego kandydata. No i faktycznie, koń przecież znał drogę do jej kochanka, więc ich zaprowadził prościutko do Przemysława, który został królem i żyli długo i szczęśliwie.

Cała dynastia Przemyślidów nie miała już takiego szczęścia, bo ostatni jej przedstawiciel – Wacław III (który swoją drogą był też królem Polski, ale tak krótko, że nie wszyscy go uznają), zginął od włóczni siedząc na… toalecie. Zapisałam to sobie na wycieczce i dziś, jak zawsze, postanowiłam to zweryfikować zanim Wam o tym napiszę i okazuje się, że w Wikipedii jest cała lista ludzi, którzy zginęli siedząc na kibelku o.O

A wracając do tłumów, to TŁUMY i to takie, jakich wcześniej tak naprawdę nie doświadczyłam to był nieodłączny element naszego przedświątecznego pobytu w Pradze. Miejscami były takie, że w ogóle nie można było się ruszyć. Pamiętam skrzyżowanie wąskich uliczek na starym mieście, gdzie tłum ludzi po prostu stał, bo nie dało się iść. Nawet nie do końca wiem, jak Wam wytłumaczyć tę sytuację, no ale wyobraźcie sobie masy ludzi nadciągające z kilku różnych kierunków, które spotykają się w jednym miejscu i nadal próbują iść każdy w swoją stronę. No nie da się. Po prostu się nie da. Nie da się też tak do końca cieszyć Pragą, kiedy z każdej strony ktoś na Was napiera i bardziej się martwicie, żeby nie zostać okradzionym i rozdeptanym, niż tym, żeby się rozglądać, czy przypadkiem nie przechodzicie obok czegoś ciekawego.

I kiedy po naszej pieszej wycieczce pojechałam do hotelu i padłam, a następnie powstałam około 6 wieczorem, od razu zadzwoniłam do Tomasza, żeby się dowiedzieć, jak przebiega ich dalsze zwiedzanie z Pawłem. Byli gdzieśtam i gdzieśtam, ale co najważniejsze… znaleźli jakiś fajny czeski bar, w którym jest też jedzenie i powoli zmierzają w jego kierunku. CZEKAJCIE NA MNIE!!! Nic nie jadłam od śniadania. Ja wiem, że to nic w porównaniu z Pawłem, który od rana chodził o jednym pieczonym kasztanie (wybaczcie mały insider joke), no ale jak sobie wyobraziłam te wszystkie knedliki i smażone serki (gruby plaster jakiegoś sera w panierce), które będę mogła zjeść, to pobiłam rekord świata w szybkości przygotowania się do wyjścia i biegu na tramwaj, a potem na metro. Zupełnie, jak na memach z cyklu ,,kiedy ona mówi, że rodziców nie ma w domu” 😉 A jakie piękne stacje metra mają w Pradze, to widzicie powyżej; ściany są ,,trójwymiarowe”, jak kiedyś okładka Księgi Rekordów Guinessa.

Wysiadłam i zamiast nagrody za zwleczenie się z łóżka przywitały mnie wspomniane wyżej tłumy. Na dodatek Tomasz stwierdził, że nie mogę nie zobaczyć Mostu Karola – on i Paweł widzieli go już wcześniej. Więc mieliśmy jeszcze o niego zahaczyć, co coraz bardziej oddalało mnie od chwili rozpoczęcia upragnionej kolacji. No i to był ten moment! Przychodzi na każdym wyjeździe! Moment, w którym strzelam wielkiego focha z małego powodu. No bo przecież nie bez powodu! Tym razem foch objawił się tym, że spojrzałam na najsłynniejszą praską budowlę tylko z daleka – nie postawiłam na niej nawet stopy, bo na moście kłębił się tłum tak gęsty, jak wszędzie indziej. No aha okej to jest Most Karola, no to teraz DAWAJCIE MOJE KNEDLIKI!

Najgorsze miało dopiero nadejść, bo okazało się, że ten bar był taki trochę hipsterski i zjeść to sobie mogę co najwyżej slowfoodowego burgera za miliony monet. Swoją drogą był to chyba też bar dość modny, bo z godziny na godzinę zapełniał się coraz bardziej, a późnym wieczorem ludzie już nawet stali. No ale szeroki wybór nietypowych craftowych piw zdecydowanie to tłumaczy. Były perełki, takie jak to kruczoczarne piwo. Wszystkich można było przed zakupem spróbować. Dochodzę powoli do wniosku, że moje relacje z Czech powinny mieć ograniczenie wiekowe 18+ ze względu na ilość razy, kiedy wspominam o alkoholu. Ale z drugiej strony piszę tylko o piwie, które do niedawna chociażby w Rosji nie było w ogóle uznawane za alkohol. Decyzja należy do Was, w razie czego osoby poniżej 18 roku życia w odpowiednich momentach zamykają oczy. Obowiązuje to do odwołania, bo następne wpisy będą o zimowej Ukrainie, no a jak myślicie, co tam najlepiej zwiedzać zimą? 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *