Transport na Malcie – cz. II + targ rybny w Marsaxlokk.

Malta miło zaskoczyła mnie już pierwszego poranka. Zeszłam do recepcji zapytać o coś. Kiedy przez okno zobaczyłam palmy i morze w świetle dnia, to nie mogłam się powstrzymać i koniecznie musiałam choć na chwilkę wyjść na dwór. Więc poszłam.

Musiałam przejść tylko przez dość ruchliwą ulicę. Przejście było oznaczone i kiedy tylko do niego podeszłam, nadjeżdżające auta zatrzymały się. Wahałam się jeszcze sekundę, a pierwszy kierowca mignął mi światłami. Przepuszczanie pieszych na przejściach okazało się miejscowym zwyczajem, co nie zmienia faktu, że poza pasami oczy miałam dookoła głowy – nigdy nie było wiadomo, z której strony ktoś wyjedzie.

Bliskość morza nie tylko ciągle mnie zachwycała, ale też przynosiła praktyczne korzyści – takie jak obecność przystani promu do Valletty kilka kroków od hotelu. Bilet kosztował 1,5 euro, podróż trwała może 7 minut, a kursy były chyba nawet częstsze niż autobusów. Płynęliśmy promem kilkakrotnie, bo Valletta to nie tylko atrakcja sama w sobie, ale też miejsce przesiadkowe, z dużym dworcem autobusowym. A Tomasz wypatrzył nawet tęczę podczas jednej z przepraw.

Swoją drogą organizacja dworca mnie urzekła, nie było szansy się zgubić. To jedno z wielu miejsc, gdzie miałam poczucie, że ktoś przemyślał te rozwiązania i zadbał o to, by Maltę zwiedzało się dobrze.

Praktycznie przy każdej zatoczce był kiosk z tradycyjnymi maltańskimi przekąskami na słono – Pastizzi (KLIK). Są sprzedawane z ciepłej lady i zwykle mają postać wypieków z ciasta francuskiego, a zwyczajowym nadzieniem jest pasta z zielonego groszku. Spotkamy też obficie nadziane sakiewki z ciasta chlebowego, których spróbowałam w wersji ze szpinakiem, serem i suszonymi pomidorami. Przepyszne! To bardzo dobry pomysł na przekąskę w biegu. Można je kupić na każdym kroku i są niedrogie – od 0,3 do 1,1 euro. Inną ciekawostką są prześliczne różowe kokosanki z syropem truskawkowym (KLIK).

Wszystkie autobusy na Malcie są identyczne i  mają rejestracje zaczynające się od słowa BUS. Nawet poza sezonem bywają mocno zatłoczone. Przy dwugodzinnych biletach za 1,5 euro (w sezonie podobno 2; kupujemy u kierowcy) oraz dość dogodnej sieci połączeń wydawały się nam jednak idealnym środkiem transportu. Do czasu, gdy nie postanowiliśmy się wybrać na niedzielny targ rybny w Marsaxlokk.

Targ sam w sobie mocno mnie zawiódł. Co prawda były tam nietypowe ryby prosto z morza, patroszone na miejscu, ale tego typu stoiska praktycznie zginęły wśród straganów z chińskimi ubraniami i drogimi pamiątkami. Wszystkie były jednak ustawione na deptaku przebiegającym wzdłuż morza, co wynagrodziło mi nawet natrętnych sprzedawców (no jak to, nie chcesz malutkiego nugatowego batonika za 5 euro?!).

Plany tamtego dnia pokrzyżowała nam nie tylko pogoda. A miało być tak pięknie. Z Marsaxlokk mieliśmy pojechać na lotnisko, a tam przesiąść się w autobus do Mdiny – dawnej stolicy Malty. Autobusy poza sezonem kursują zwykle co godzinę. My na przystanku pośrodku niczego staliśmy przez dwie. Nasz autobus nie przyjechał dwa razy, nie pojawił się też żaden do Valetty, gdzie moglibyśmy się przesiąść.

W końcu przeszliśmy na inny przystanek i wsiedliśmy do pierwszego lepszego autobusu, zamierzając dojechać jak najbliżej hotelu. Jeździliśmy może z godzinę po krętych uliczkach Malty (choć z doświadczenia wiem, że przejechaliśmy zaledwie kilka km), nie mając pojęcia, gdzie jesteśmy. W końcu wysiedliśmy pod szpitalem i nie do końca pamiętam, dlaczego. Czy dlatego, że mój żołądek był już na skraju wytrzymałości (jadę-hamuję-zakręt-pod górę-z góry i od nowa), czy może po prostu szpital był pierwszym znajomym punktem, który mijaliśmy też jadąc do hotelu z lotniska. Straciliśmy co najmniej 3 godziny, dobre samopoczucie i humor.

Czar maltańskich autobusów dla nas prysł. Ktoś wyjaśnił nam później, że nasza przygoda spowodowana była prawdopodobnie tym, że po sezonie obcinana jest duża część kursów, ale niekoniecznie komuś chce się zmienić rozkład. A co, gdybyśmy wtedy docelowo chcieli dojechać na lotnisko? Dlatego kiedy mieliśmy wracać do Polski, na wszelki wypadek wyszliśmy na autobus godzinę wcześniej. Spóźnił się tylko 20 minut – pewnie przez korki, które w godzinach szczytu paraliżowały wyspę.

Zatory potęgowane były przez roboty drogowe i przewężenia. Maltańscy kierowcy pokazali swoją prawdziwą twarz, nieustannie trąbiąc na autobus, obok którego nikt się już nie mógł zmieścić na drugim pasie. No przecież pojazd na pewno się od trąbienia skurczy. Pasażer z ostatniego siedzenia autobusu nie pozostawał dłużny i regularnie pozdrawiał tych kierowców środkowym palcem. Taki spokojny naród. Road rage. Level: Malta.

Ostatnim środkiem transportu, jaki rozważaliśmy, były taksówki. Nie były może drogie jak na maltańskie warunki. 20 euro za około 10-kilometrowy przejazd na lotnisko to nie jest dużo. No chyba, że zarabiamy w Polsce, a wydajemy za granicą 😉 Fajną sprawą jest to, że stawki za przejazdy są podobno sztywno ustalone – wiemy z góry, ile zapłacimy i raczej nikt nas nie oszuka.

Sądziliśmy, że wszystkie taksówki są białe – tylko takie widzieliśmy. Ale gdy Tomasz napisał o tym na pewnym portalu, jakaś pani mocno się oburzyła, że jak to, jak to, zwykle są czarne. Albo z nas marni obserwatorzy, albo ta pani była na innej Malcie.

Za to dziury w drodze są zupełnie jak u nas.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *