Kutna (C)Hora – Czechy cz. II.

Trzeba w końcu coś ruszyć do przodu z tym blogiem, c’nie? Na rozgrzewkę – dla siebie i dla Was – tak sobie pomyślałam, że pójdziemy dziś troszkę na łatwiznę. Opowiem Wam o miejscu, które nie wymaga aż tylu słów co zwykle, mamy za to stamtąd mnóstwo zdjęć (wszystkie w tym wpisie pochodzą stamtąd). Czyli chyba bardziej je Wam pokażę 😉 A cała historia zaczęła się pewnego zimowego piątku w Pradze, kiedy to dzielnie kultywowaliśmy tradycję odbycia pieszej darmowej wycieczki po nowym mieście, mimo, że było tak zimno, że miałam wrażenie, że zamarza mi mózg. Albo, że stopy przymarzną mi do podłoża, jeśli chociaż sekundę pozostanę w jednym miejscu. Albo jeszcze, że lada chwila  z mojego cieknącego nosa będę wydmuchiwać sopelki. You get the idea. Z bliżej nieznanych mi przyczyn niczym masochistka trwałam na tej wycieczce i jeszcze z bolącym gardłem przekrzykiwałam tłum, żeby cośtam przetłumaczyć z angielskiego moim towarzyszom niedoli.

I tak oto dotarliśmy do najwspanialszego punktu tej wycieczki, do dziś nie mogę się nadziwić, jakie to było cudowne, że zawarto w niej to miejsce. Bar. Z grzanym winem. I tak, jak wszystko było w Pradze w tym ultraturystycznym sezonie bardzo drogie – na przykład zdjęcie z fałszywym misiem, którego widzieliście w poprzednim poście kosztowało 4 euro (srsly?!) – tak wszechobecne grzane wino kosztowało wszędzie jakieś 8 do 10 zł za kubek. Swoją drogą, z tego typu misiami mam ogromny problem poznawczy. Zawsze na pierwszy rzut oka mam się do nich ogromną ochotę przytulić, bo mój mózg odbiera je jako wielkie przytulanki, no ale zaraz potem sobie uświadamiam, że tam w środku jest jakiś obcy dorosły człowiek i zaczynam się czuć co najmniej dziwnie.

No ale… stoję pod tym barem z całą grupą. Już był w ogródku, już witał się z gąską, ale przewodnik chce coś jeszcze powiedzieć. No więc grzecznie stoję dalej. I tup tup z zimna. I smark smark. I dosłownie czuję, jak się toczą zamarznięte trybiki w moim mózgu, żeby jakoś przetwarzać informacje. I tylko myśl o grzanym winie powstrzymuje mnie przed około 50 próbą opuszczenia wycieczki. Na zasadzie co prawda ,,mam w dupie, nie idę dalej”, a potem i tak idę – typowa ja na każdym wyjeździe – no ale jednak. Kątem oka widzę, że niektórzy już wchodzą do baru, ale już pewnie się domyślacie, że los mi musiał wynagrodzić te wszystkie cierpienia. I tak się stało. Usłyszałam od przewodnika o oddalonej o godzinkę jazdy od Pragi Kutnej Horze. (Swoją drogą, czy tylko mi ta nazwa brzmi jak idealne przekleństwo? Bez trudu sobie wyobrażam, że się np. potykam i krzyczę: o kutna hora!) Nigdzie o tym miejscu nie czytaliśmy i jakoś dziwnym trafem nikt poza mną wtedy niczego o niej nie zarejestrował. Tak więc – mówiąc nieskromnie – gdyby nie ja, to byśmy tam nigdy nie trafili. No a smutno byłoby tam nie dotrzeć!

Chociaż muszę przyznać, że w pierwszej chwili też poważnie się zastanawiałam, czy się nie przesłyszałam. Wam już zepsułam zdjęciami niespodziankę. Kutna Hora słynie z Kaplicy (a właściwie całego i to nie takiego małego kościoła) Czaszek, udekorowanej ludzkimi kośćmi. Ale jaktojakto?! – zapytałam przewodnika arcyinteligentnie – Co masz na myśli?! Naprawdę kośćmi?! Prawdziwymi?! Kompletnie nie mogłam tego pojąć, bo nigdy wcześniej o czymś takim nie słyszałam. Teraz już wiem, że niewielką Kaplicę Czaszek mamy też chociażby w Polsce, w Kudowie-Zdroju i na świecie też jest ich całkiem sporo, no ale wtedy byłam naprawdę w szoku, że coś takiego istnieje. Sama też nie wiem, dlaczego tak właściwie zdecydowaliśmy się pojechać w tak dziwne miejsce. Może kierowała nami czysta ciekawość? Może pewien wpływ na naszą decyzję miał nasz kolega Paweł, dla którego T-shirt bez czaszki i martwego niemowlęcia to nie T-shirt?

Tak czy siak kolejnego dnia rano znaleźliśmy się na głównym dworcu kolejowym w Pradze, przed którym sprzedawano – co za niespodzianka! – grzane wino i z którego mniej więcej co godzinę odjeżdżały pociągi w kierunku Kutnej Hory. Znacie ten uczuć, kiedy spóźnicie się 5 minut (i to nie z własnej winy, tylko utkniecie np. w kolejce przy kupowaniu biletów) i musicie przez to czekać przez kolejne 55? To nam się właśnie przydarzyło. Ale nie było tak źle! I tu mi troszkę wstyd, bo źródła internetowe rozpisują się o niezwykłej architekturze dworca, o sposobie dostania się do jego starej części zbudowanej w stylu jakimśtam. A ja? Flying Tiger i Sephora, w której była akurat ta piękna zimowa kolekcja z liskiem, w zupełności mi wystarczyły, żeby umilić sobie czas oczekiwania.

Kutna Hora przywitała nas niewielką stacyjką i niezwykłym zapachem. Jakieś 20 lat temu, kiedy byłam małym dzieckiem, moim rodzice palili papierosy Caro. I chociaż od zawsze nie znoszę zapachu papierosowego dymu, to uwielbiałam wąchać te papierosy przed zapaleniem, jeszcze w paczce. Ich tytoń miał niezwykły, jakby miodowy zapach. Papierosów Caro już od dawna nie ma i żadne inne nie pachniały mi później tak samo. Ale tak właśnie – po tych wszystkich latach – pachniała mi Kutna Hora. Wszędobylski – i jeszcze nasilający się miejscami – zapach miodowego tytoniu. A wszystko dlatego, że mają tam fabrykę papierosów. Mają też oczywiście inne ciekawe rzeczy. Postanowiliśmy przejść się do kaplicy piechotą i ominęliśmy tylko czekające na podwiezienie nas autobusy. Musieliśmy kogoś zapytać o drogę i padło na pana budowlańca, który w środku zimy cośtam naprawiał przy budynku stacji.

,,Podążajcie za odciskami stóp” – przemówił piękną angielszczyzną, a ja znów się poczułam jak jakiś Harry Potter i dziwnie spojrzałam na pana, który ze śmiechem powtórzył: ,,Tak, podążajcie za odciskami stóp. Będą namalowane na chodniku!”. No i faktycznie były. Spacer ubogacił nas o tyle, że dowiedzieliśmy się, że w budynku szkoły może być bar, no ale w końcu w Czechach wszędzie może być bar, prawda?

A co do samej kaplicy, to tak właściwie to w nią do końca nie uwierzyłam, dopóki jej nie zobaczyłam. Na początku nie zrobiła na mnie spodziewanego wrażenia. Chodziliśmy sobie wkoło, przyglądając się z bliska kościom i dyskutując o tym, czy przypadkiem nie są zrobione z plastiku. Jakiejś czaszki nawet w celach badawczych dotknęłam (w wielu miejscach są w zasięgu ręki, niczym niezabezpieczone), co chwilkę znajdowałam jakiś nowy szczegół, o którego sfotografowanie prosiłam Tomasza. Gdzieśtam wychwyciłam strzępki informacji o tym, że w kościele nabożeństwo odbywa się tylko raz w roku – na Halloween lub jeśli wolicie w wigilię Dnia Wszystkich Świętych; że kości należą do ofiar epidemii dżumy z XIV wieku oraz do ofiar wojen husyckich (stąd dziurawe czaszki), że były składowane w kaplicy ze względu na przepełnienie cmentarza, że kilkaset lat później ktoś je wszystkie oczyścił i wpadł na pomysł udekorowania nimi kaplicy.

No i to był moment, kiedy w tym półmroku spłynęła na mnie druga fala szoku, no bo co trzeba mieć w głowie, żeby widząc sterty kości pomyśleć coś w stylu: no, tymi czaszkami to sobie wyłożymy ołtarz, z tych kości zrobimy żyrandol, a w tamtych sobie wyrzeźbimy ptaka (albo zrobimy czaszce kilka zadziornie stojących włosów na głowie)?! I im bardziej o tym myślałam, tym bardziej było mi dosłownie fizycznie duszno i niedobrze i musiałam po prostu stamtąd wyjść. Kutna Hora jest naprawdę chora. Gdyby nie to, że czyta to też Tomasz, użyłabym też innych słów, które mi się tu nasuwają. Na przykład na literkę p. W obliczu tego nie jestem wcale taka pewna, czy poleciłabym komukolwiek wizytę w tym kościele, chociaż – jak już wspomniałam – z drugiej strony bardziej chyba żałowałabym niebycia tam niż bycia. To takie miejsce z cyklu: fajne – zdecydowanie nie; ciekawe, interesujące, warte uwagi – zdecydowanie tak.

Kupiliśmy bilet łączony, który upoważniał nas też do zwiedzenia znajdującego się dosłownie w sąsiedztwie Kościoła Wniebowzięcia NMP i św. Jana Chrzciciela. Tam też jest kilka czaszek – bodajże zakonników poległych podczas wojen husyckich i relikwie dwójki świętych opakowane w dziwne plastikowe manekiny, ale ogólnie jest znacznie przyjemniej. Po prostu ładny kościół.

Zdjęcia poniżej też będą z Kościoła NMP, bo niestety nie mamy żadnych z ostatniego etapu naszej wycieczki, jakim było poznanie lokalnej kultury. Ominęliśmy oczywiście bar dla turystów, znajdujący się przy parkingu w pobliżu obu kościołów i udaliśmy się w kierunku osiedla mieszkaniowego, gdzie mieliśmy nadzieję znaleźć taki, do którego chodzą najprawdziwsi lokalsi, bo przecież Kutna Hora to nie tylko turystyczne atrakcje, ale też zwykłe, urocze, czeskie miasteczko z blokami i domkami obłożonymi białym sidingiem. Udało się! Znaleźliśmy obskurny bar, w którym – jak to zawsze mówi Tomasz – pewnie nigdy kobiety nie widzieli i w którym kelnerka myje szklanki ścierką w wiadrze – mi się dostała taka z martwą muszką owocówką. No ale postanowiłam ją wyciągnąć i nie histeryzować, w końcu wiedziałam, gdzie i po co przyszłam – do miejsca rodem z lat 80, z zaplamionym niewymienianym od lat obrusem i kanapami niewywietrzalnie przesiąkniętymi dymem papierosowym.

A po co? Obserwować miejscowych, jak już wspomniałam. I jeśli sobie wyobrażacie, jakie mieliśmy towarzystwo, to zapewne macie rację. Był pan w pełnym motocyklowym rynsztunku i pan w ortalionowym dresie i pan ciągle zagadujący znudzoną kelnerkę. Wyglądali, jakby przyszli na dłużej, troszkę wręcz jakby przychodzili na kilka godzin codziennie i zdążyli się zadomowić. Badanie kultury zajęło nam parę piw, a potem przenieśliśmy się do jeszcze jednego baru – tym razem ze starszą nadopiekuńczą właścicielką, która gdyby tylko mogła, to przy stołach udekorowanych starymi sztucznymi kwiatami wepchnęłaby nam po trzy smażone serki w gardło i zalała malinową oranżadą, żebyśmy tylko nie wyszli głodni. I tak mniej więcej zakończył się nasz dzień w Kutnej Horze, a w kolejnym wpisie wrócimy jeszcze do Pragi.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *