Ładny cukier – Boże Narodzenie 2018 w Kijowie – cz. I.

Długie długie lata nie przepadałam za Bożym Narodzeniem. Tak delikatnie rzecz ujmując. Tak właściwie to dopiero w ostatnie święta udekorowałam dom z własnej woli. Wcześniej zawsze niechętnie, na wyraźną i sto razy powtarzaną prośbę Tomasza, na kilka dni wyciągałam tylko mini-choinkę i nie mogłam się doczekać, aż będę mogła znów ją zapakować w jakiś worek i ukryć w szafie. Gdyby ktoś powiedział mi wtedy, że zimą 2017/18 przeżyję przedświąteczną gorączkę w Pradze, potem polskie święta, a na koniec jeszcze zastanie mnie prawosławne Boże Narodzenie na Ukrainie… Byłabym daleka od entuzjazmu. I teoretycznie taka byłam też w Pradze, no ale gdzieś wśród tych wszystkich świateł miasta, bożonarodzeniowych światełek, melodyjek i stoisk świątecznego jarmarku (wszystko widzieliście w tym i tym wpisie) musiała najwidoczniej gdzieś we mnie podświadomie zakiełkować radość świąt 🙂

I to nawet nie było tak, że specjalnie wybraliśmy się na Ukrainę akurat w ich Boże Narodzenie. Na początku kompletnie nie pomyśleliśmy o tym, że ono wtedy wypadnie. Kryterium doboru terminu była dla nas jak zawsze kombinacja tanich lotów i przystępnej ceny hotelu, najchętniej z zahaczeniem o weekend lub inne wolne dni, żeby zminimalizować wykorzystanie urlopu przez Tomasza. No i tym sposobem mieliśmy być w Kijowie od piątku 5 do poniedziałku 8 stycznia. Bardzo krótko przed wyjazdem zdaliśmy sobie sprawę, że 6 stycznia jest tam Wigilia, a 7. – Boże Narodzenie. I drugi dzień świąt oczywiście też istnieje. Przez chwilę nie wiedzieliśmy, co robić, bo byliśmy przekonani, że wszystko będzie w te dni pozamykane, więc umrzemy z głodu i niczego nie uda się nam zwiedzić.

Ostatecznie doszliśmy do wniosku, że aż tak źle chyba nie będzie – najwyżej będziemy się żywić w jakiejś jednej jedynej otwartej restauracji, chodzić po mieście wkoło bez sensu i leniuchować w hotelu. No i ta wizja nawet mi się podobała, bo oznaczałaby, że na naszym wyjeździe w końcu uda mi się odpocząć, a nie zmęczyć! O święta naiwności! Na lotnisku złapaliśmy taksówkę (znów te sto metrów od budynku terminalu, żeby było taniej) i wzięliśmy miłego pana taksówkarza w krzyżowy ogień pytań. – Od jutra to pewnie wszystko zamknięte? – Jakie zamknięte, co zamknięte, otwarte wszystko! – No ale święta… – No ale u nas wszystko otwarte! – Jak to wszystko? – No wszystko! – Sklepy otwarte? – Otwarte! – Restauracje? – No też. – Muzea? – Tak samo.  Cóż, pan tłumaczył to wszystko z taką pewnością i przekonaniem, że pozostawało nam tylko mu uwierzyć i odwołać zaplanowaną na tamten dzień specjalną akcję pod kryptonimem ,,zgromadzenie prowiantu na resztę pobytu”.

Jechaliśmy do całkiem innego hotelu, niż za pierwszym razem, więc też zupełnie inną trasą z lotniska Żuliany i pewnie widząc, że rozglądamy się z ciekawością po nieznanej nam wcześniej części Kijowa, pan taksówkarz odkrył w sobie duszę przewodnika. Po lewej to, po prawej tamto, a tu przed nami fabryka Roshen i sklep firmowy! No i teraz muszę Wam przyznać szczerze, że poprzednim razem w Kijowie, kiedy mieszkaliśmy w hotelu Mir, to niby to było blisko stacji metra, ale jednak na porządnym zadupiu. Dlatego pierwszy sklep Roshena – których jest w Kijowie kilkanaście – zobaczyłam dopiero z okien tej taksówki. O Boże, jaki on był piękny, nawet z zewnątrz! Oświetlony i udekorowany tak, że poczułam się chwilkę jak na planie jakiegoś amerykańskiego filmu o Bożym Narodzeniu! Stoczyłam wtedy ze sobą straszną wewnętrzną walkę, zupełnie jak na jakiejś kreskówce.

Głosik z lewej strony szeptał mi do ucha: biegnij tam, to najładniejszy sklep ze słodyczami, jaki kiedykolwiek widziałaś! Głosik z prawej przypominał, że to sklep Poroshenki, który oszukał Ukraińców, nie rezygnując ze wszystkich prywatnych biznesów, kiedy został prezydentem…  To się nazywa konflikt tragiczny! Na szczęście pojechaliśmy dalej, bo poważnie rozważałam, czy nie wysiąść z taksówki teraz zaraz już i również na szczęście nie jestem Ukrainką, bo być może sumienie nakazywałoby mi bojkotować te bajkowe sklepy i fabrykę należącą do Petruszka-kłamczuszka. Właściwie to i tak trochę nakazywało, no ale zostało skutecznie zagłuszone przez głosik z lewej. Nadal mi za to trochę wstyd, no ale mam nadzieję, że mnie zrozumiecie, oglądając zdjęcia z tych sklepów 😉 Szczególnie, że taksówkarz powiedział nam, że fabrykę można zwiedzać no i od tego momentu zaczęłam wiercić Tomaszowi dziurę w brzuchu: dowiedzmy się, jak to jest z tym zwiedzaniem i wróćmy tu jutro! I do tego sklepu oczywiście też, albo znajdźmy inny!

Z innej beczki – gdybyście chcieli sobie mniej więcej przeliczyć ceny ze zdjęć, to po ostatnim kursie, po jakim wymienialiśmy pieniądze, 100 hrywien = niecałe 15 zł. Tak jak już wspominałam w poprzedniej serii wpisów o Ukrainie, oznacza to, że 15 gr to już banknot jednohrywnowy, a to z kolei sprawia, że ma się w portfelu taaakie pliki banknotów, szczególnie jak już zaczniemy nimi płacić i otrzymywać resztę. Monet wartych ułamki groszy praktycznie nikt w sklepach nie bierze – ani kupujący, ani sprzedawcy; rachunki są często zaokrąglane do pełnych hrywien. Kopiejki poniewierają się na pęczki po ulicach. Ja zawsze brałam je jako resztę, bo ważny jest dla mnie szacunek do nawet najdrobniejszego pieniądza, no ale… Ostatnio dostała mi się garść kopiejek intensywnie śmierdzących żulem. Wszystko zaczęło mi się składać w logiczną całość. Nie dotknęłam już potem żadnej ukraińskiej monety i Wam też (ze względów sanitarno-epidemiologicznych) nie radzę.

Na zdjęciu powyżej, za którego jakość bardzo Was przepraszam, mam w ręce – licząc banknoty, których brzegi widzę – jakieś osiemdziesiąt kilka złotych. Istnieją oczywiście też wyższe nominały – do 500 hrywien (około 75 zł), no ale często polega to wszystko na tym, że za jakąś pierdołę płaci się dziesięcioma drobnymi banknotami. No i do wszystkiego się niby można przyzwyczaić, czasem to nawet bywa wygodne, no ale zwykle jest jednak strasznie wkurzające i czasochłonne – szczególnie, że dopiero teraz zaczynam rozpoznawać nominały po kolorach. Nie wiem, jakim cudem nie pogubiłam na Ukrainie połowy pieniędzy, grzebiąc w sklepach w portfelu w poszukiwaniu odpowiedniej sumy.

Z rzeczy praktycznych, to znacznie bardziej opłaca się wymieniać pieniądze już na Ukrainie – choć nie wszystkie kantory przyjmują złotówki. Można też płacić tam kartą. VISA (debetowa) działa jak ta lala (a ktoś nam kiedyś mówił, że nasze karty nie będą działać na Ukrainie) i ma naprawdę korzystny przelicznik – jeśli macie VISĘ i wybieracie się za granicę, to polecam Wam wyguglować ,,VISA kalkulator walutowy” – przy jego pomocy dowiecie się, jak złotówki będą przeliczane na daną walutę już ze wszystkimi opłatami.

A wracając do Roshena – w moim prywatnym rankingu są to obecnie najpiękniej dekorowane sklepy na świecie. Każdy inaczej, a na tę chwilę widziałam ich już troszkę. Dekoracje często są ruchome – na przykład te lizaki powyżej. Możecie je zobaczyć ,,w akcji” na moim Instagramie – wrzuciłam w wyróżnionym Story (Kijów 01.2018) garść filmów z bożonarodzeniowego Kijowa. I naprawdę nie mogę się nadziwić, ile pracy ktoś wkłada w wymyślanie i wykonywanie elementów wystroju Roshenów! Spójrzcie tylko na te piękne misie, w których nie ma w środku żadnych ludzi i można się w końcu do nich bezkarnie przytulać! Przynajmniej teoretycznie, bo w praktyce były zbyt twarde i sztywne, żeby było miło 😉

Co do fabryki Roshena – spoiler alert: mimo, że na dzień dzisiejszy nasz licznik pobytów w moim kochanym Kijowie wskazuje już 5 (albo i 6, zależy, jak kto liczy) – i za każdym razem, kiedy o tym myślę, przypominam sobie z wewnętrznym śmiechem, jak kiedyś w ogóle nie chciałam słyszeć o wyjeździe na Ukrainę – to fabryki nadal nie zwiedziliśmy. Zwiedzanie wg informacji na ich stronie jest za darmo, ale tylko dla grup szkolnych. Napisałam do nich milion maili  do różnych działów – najpierw że chętnie dołączymy się do jakiejś grupy, potem ,,zagrałam” (kompletnie nieznaną, ale tych szczegółów im oczywiście oszczędziłam) blogerką z Polski i relacją na blogu; proponowałam oczywiście też, że zapłacimy za zwiedzanie. Nie otrzymałam odpowiedzi na żadną z tych wiadomości. Nieładnie tak rujnować moje marzenia o znalezieniu się w miejscu rodem z książki ,,Charlie i fabryka czekolady”! Chwilowo się poddaliśmy, ale to jeszcze nie koniec! 😉

No ale… Dojechaliśmy w końcu do Hotelu Tourist, który swoją drogą bardzo Wam polecam – chociaż niekoniecznie te najtańsze pokoje (Economy), bo one są jeszcze przed remontem, co oznacza na przykład brak klimatyzacji w upalne lato. I być może nam się uda, że miła pani recepcjonistka przeniesie nas do lepszego pokoju za tę samą cenę, no ale może się też zdarzyć tak, że w tym gorszym utkniemy. Loteria, ale nie warto chyba ryzykować, bo pokoje ze słowem ,,standard” w nazwie – niewiele tak naprawdę droższe – już jak najbardziej spełniają nasze wyobrażenia o tym, jaki ten nomen omen standardowy pokój hotelowy powinien być – czysty, schludny, komfortowy. Poza tym kantor przyjmujący złotówki – jest; klub ze striptizem na jednym z 24 pięter – jest (no dobra, teraz już nie ma, ale wtedy jeszcze był); ładny widok z wyższych pięter – jest; stacja metra dosłownie po sąsiedzku – jest; lodówka w pokoju (w sumie to ukraińska norma) – jest; dystrybutor z gorącą wodą – też. Można mieszkać!

(Przerwa na reklamę: Hotel Tourist zarezerwowaliśmy – jak zwykle – przez niezawodny booking.com. Jeśli zdecydujecie się zarezerwować swój wakacyjny albo niewakacyjny pobyt poprzez ten portal, korzystając z mojego linku polecającego, to nadal macie szansę zgarnąć 60 zł zwrotu na kartę. Drugie tyle otrzymam dzięki Wam ja! Szczegóły znajdziecie TU.)

Można mieszkać tym bardziej, że w najbliższym otoczeniu hotelu – poza kluczową stacją metra, dosłownie w zasięgu wzroku znajduje się Roshen, McDonald’s, Domino’s Pizza (co prawda nie przepadam za ich pizzą, no ale może Wy lubicie?), Pyzata Chata, apteka, centrum handlowe i milion mniejszych sklepików i stoisk. I jeszcze restauracja Evrasia – sieciówka – niby orientalna, no ale nie polecamy, nawet pomimo faktycznie działającej promocji 2 w cenie 1. Małe porcje, zimne, posklejane – jakby wyjęte z jakiegoś pojemnika i podgrzane w mikrofali, niesmaczne, niewiele mające wspólnego z jakąkolwiek azjatycką kuchnią. A żeby było śmieszniej, to były tam dzikie tłumy. Tak więc o tym przybytku możemy od razu zapomnieć, ale poprzeżywajmy jeszcze trochę moją – pierwszą wówczas – wizytę w Roshenie. Jak tam pachnie czekoladą! Wiem, że nie wyglądam, ale w Polsce nie przepadam za słodyczami – zdecydowanie wolę wszystko, co kwaśne, ostre i słone.

Za to na Ukrainie… Codziennie jem słodycze z Roshena, tylko nie mówcie nikomu. Są dobre, bo są tanie i dobre 😉 A tak właściwie to pyszne! I śliczne. Mają na przykład coś, co wygląda, jak dwie wielkie sklejone ze sobą bezy, a po dotknięciu okazuje się mieć konsystencję pianki. Jest smak taki poziomkowo-truskawkowy (rożowe pianki) i gruszkowy (jasnozielone), oba lekko kwaśne – to chyba zdecydowanie mój ukraiński słodyczowy faworyt! Poza tym przeróżne galaretki obsypane cukrem, tu też gruszkowe (takie ,,w paski”, składające się z kilku warstw) to moje ulubione, ale są też np. takie w kształcie cząsteczek pomarańczy. Poza tym mają bardzo dobre żelki – najbardziej lubię takie w kształcie puzzli w kwaśnej posypce. Ale tak naprawdę to nie zdarzyło mi się tam kupić niczego niedobrego, więc można chyba brać w ciemno wszystko, co tylko nam się wizualnie spodoba!

Ale o ile słodycze są naprawdę niedrogie, to już gadżety – typu ta misia-baletnica, którą widzicie powyżej, już wcale takie tanie w Roshenach nie są. Misia kosztowała około 90 zł i tak mi się podobała, że musiałam stoczyć sama ze sobą kolejną wewnętrzną walkę, tym razem pt. czy 26-letniej kobiecie potrzebny jest do czegokolwiek pluszak za stówkę? No wiadomo, że niepotrzebny, ale dojście do tego zajęło mi wtedy tak długie minuty stania z nią w rękach, że wg Tomasza wzbudziłam zainteresowanie ochroniarza 😉 Ano tak, w Roshenach są ochroniarze w garniturach, przemiłe pracownice w mundurkach, nienachalny wystrój i w ogóle elegancja Francja! Zupełnie jakby to były jakieś bardzo drogie sklepy.

Kolejna sieciówka, o której wcześniej słyszeliśmy, a poznaliśmy ją dopiero podczas tego pobytu to Pyzata Chata. Ukraiński fast food – takie jest założenie tych restauracji, czyli niedrogie, ,,domowe”, tradycyjne dania, dostępne cały czas z podgrzewaczy w postaci poszczególnych elementów, z których sami komponujemy sobie swoje danie. No i ja wiem, że to nie brzmi dobrze, bo normalnie też nie byłoby to miejsce, gdzie chętnie bym coś zjadła, ale lokalsi tak polecali, że musieliśmy spróbować. Od tamtego czasu odwiedzamy Pyzate Chaty regularnie. Nie wiem, jak to robią, bo niby wszystko z bemarów, ale smakuje, jak przygotowane przed chwilą. No i na pewno jest świeże, mój brzuch potwierdza! Może to po prostu kwestia ilości klientów, którzy wszystko zjadają na bieżąco?

Nie uwieczniłam swoich posiłków, bo nie były zbyt fotogeniczne – na przykład puree ziemniaczane (najpyszniejsze na świecie, naprawdę!) i sałatka jarzynowa. Nie lubię mięsa, choć nie jestem wege, no ale przez to moje posiłki wyglądają czasem po prostu dziwnie. Uwieczniłam za to śliczne ciastko za jakieś 3 zł (powyżej), bo w każdej Pyzatej Chacie jest też zawsze taka część kawiarniano-cukierniczo-barowa, gdzie można wypić zimne piwo albo kwas chlebowy (a mają tam naprawdę dobry) albo gorącą kawę czy herbatę z cytryną albo właśnie zjeść jeszcze trochę ładnego cukru, gdyby tego z Roshena było nam mało. A wszystko w naprawdę niskich cenach! Poza tym Pyzatych Chat (lub Puzatych Hat w wersji bardziej ukraińskiej) jest w Kijowie też kilkanaście i są tak rozmieszczone, że zawsze są po drodze i zawsze na jakąś się trafi. Są teraz dla nas takim miejscem, do którego wchodzimy czasem po prostu odpocząć i zależnie od pory roku – ogrzać się albo chłodzić przy czymś do picia za grosze.

Ostatnim miejscem, które mogę Wam polecić w bezpośrednim sąsiedztwie Hotelu Tourist, jest irlandzki pub o zaskakującej i oryginalnej nazwie ,,Irish Pub”. Tak przynajmniej sobie napisali na szyldzie. No i faktycznie po ukraińsku to oni nie robią tych drinków, które widzicie powyżej. Były pyszne, a smak alkoholu był praktycznie niewyczuwalny. Po prostu takie babskie wersje, które bardzo przypadły mi do gustu, a doceniłam je jeszcze bardziej, kiedy w jednej z restauracji Kompot (to kolejna lokalna sieciówka) zrobili mi Krwawą Mary po ukraińsku. Czytaj: wnioskując po smaku, jakieś 3/4 tego drinka stanowiła wódka. Był obrzydliwy, no ale to już całkiem inna sprawa, że okoliczności były takie, że raczej mi wtedy pomógł, niż zaszkodził 😉

No ale odeszliśmy od tematu Irish Pubu, w którym był też duży wybór rzemieślniczych piw i bardzo fajna atmosfera. Poziom taniości co prawda już nie ten, co w Pyzatej Chacie, no ale jakieś 45 zł za 3 moje (ogromne objętościowo) drinki i ,,domowe” chipsy z kawiorem to chyba nadal nienajgorzej, prawda? Nawet jeśli kawior okazał się jakąś rybną pastą, podejrzanie podobną do tych, które jako smarowidełko do chleba można sobie kupić w każdym sklepie na Ukrainie za jakieś 2-3 złote. Ciąg dalszy nastąpi, Kochani, bo licznik słów krzyczy, że nikomu nie będzie się chciało czytać tylu moich wyrazów 😉 Kolejny wpis będzie więc bezpośrednią kontynuacją tego, obiecuję!

4 myśli na temat “Ładny cukier – Boże Narodzenie 2018 w Kijowie – cz. I.”

    1. Kochana, ja też bym dalej pisała, ale troszkę się obawiam, że poza Tobą niewielu zawodników wytrzymałoby taki maraton ;* ale bardzo mnie podnosisz na duchu – że da się czytać – bo tu i tak już jest około 2300 słów i zastanawiałam się, czy jakoś tego nie podzielić, żeby było lżej strawne 😉 bardzo dziękuję, że zostawiłaś tu ślad po sobie i do zobaczenia na Insta ;*

    1. Gosia! Jak miło Cię tu widzieć! ;* strasznie się cieszę, że tu do mnie zaglądasz, a jeszcze bardziej, że Ci się podoba 🙂 mam nadzieję, że kiedyś nam się uda zrobić jakiś zjazd osób ze studiów i sobie pogadamy na żywo, bo u Ciebie też chyba sporo się w międzyczasie działo 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *