Chanel i czosnek – Boże Narodzenie 2018 w Kijowie – cz. II.

Zgodnie z obietnicą, ciąg dalszy właśnie następuje 🙂 Przez chwilkę jeszcze będziemy kontynuować nasz tour de bar z poprzedniego wpisu. Przez przypadek trafiliśmy do jeszcze jednego miejsca – o wdzięcznej nazwie Czarne Prosię. W końcu reklama dźwignią handlu, a kiedy na naszej turystycznej mapie wypatrzyliśmy taką, według której mieliśmy dostać w tym barze litrowy dzban dobrego piwa gratis… Sami rozumiecie, że Grażyna, zbieraj się, idziemy! Tym bardziej, że już się przekonaliśmy, że na Ukrainie promocja to jest promocja, a nie tak, że osiem gwiazdek opisanych półmilimetrowym drukiem – ważne od 10:04 do 10:27 w trzecie środy miesiąca pod warunkiem, że poprzedniej nocy była pełnia; przysługuje przy zakupie dań o numerach od 1 do 27, z wyłączeniem od 2 do 26 i tym podobne.

Wizycie w Czarnym Prosiaku zawdzięczam między innymi to, że pierwszy raz spróbowałam pielmieni. W karcie były podsmażane, takie też wzięłam no i troszkę się zawiodłam, bo smakowały tak, jak nasze uszka z mięsem, na dodatek spieczone na twardo. A ja całe życie sobie wyobrażałam te pielmieni jako jakąś kulinarną rewelację na miarę pierogów ruskich. Bo pierogi ruskie rządzą, prawda? Ale tak czy siak Czarny Prosiak to fajne miejsce, żeby wpaść na darmowe (i nie tylko) piwo. Żeby było śmieszniej, to mapy z reklamą leżały też na regale przy wejściu – gdyby ktoś wcześniej takiej nie dostał. Może są nadal? 🙂 Podają tam również w dość widowiskowy sposób ogromne szaszłyki – wiesza się je na specjalnych łańcuchach nad stolikiem gościa no i stamtąd jedzący sobie ściąga kolejne kawałki mięsa. Musimy kiedyś spróbować, bo tym razem tylko obserwowaliśmy.

Kolejną korzyścią z pójścia tam było to, że po drodze, na wielkim placu rozciągającym się pomiędzy Soborem Mądrości Bożej a Monasterem Św. Michała Archanioła o Złotych Kopułach, trafiliśmy na ogromny jarmark bożonarodzeniowy. Uwielbiam takie zwiedzanie bez ścisłego planu, zawsze przypadkiem odkrywa się najlepsze miejsca. No ale jeśli sądziłam, że w Pradze były dzikie tłumy, to bardzo się myliłam. W stolicy Czech ekstremalne zagęszczenie ludzi było tylko punktowe, a w Kijowie obowiązywało jednolicie na długości kilkuset i szerokości kilkudziesięciu, może stu metrów, które zajmował jarmark i jeszcze w jego okolicach. Co ciekawe – na Ukrainie nie wywoływało to u mnie tak negatywnych emocji, nie czułam się zagrożona. Może dlatego, że otaczali mnie lokalni mieszkańcy, radośnie świętujący z rodzinami i przyjaciółmi, a nie turyści? Bo turyści w dużej liczbie to złoooo, podpisano – ja, często turystka 😉

Na tymże jarmarku spełniłam jedno ze swoich odwiecznych marzeń – zjazd na wielkiej oponie. No i w takich chwilach żałuję, że nie mam dziecka. Mogłabym wtedy powiedzieć: pacz, Pjoter, jakie fajne opony do zjeżdżania, na pewno chcesz zjechać, no nie wstydź się, chodź, mamusia pójdzie z tobą, żeby ci było raźniej! Pjoterowi oczywiście byłoby zapewne wszystko jedno, no ale tu przecież nie o to chodzi, tylko o zasłonę dymną dla realizacji własnych niespełnionych marzeń pod pretekstem dostarczania rozrywki swojemu dziecku. Typu wiecie, tatuś kupuje synowi konsolę, a potem dzieciak się do niej nie może dopchać, bo ojciec gra. No ale cóż, ja takiego alibi nie mam, muszę wykazać się odwagą cywilną i przyznać się, że to ja sama coś chcę kupić albo zrobić i potem ląduję w kolejce do opon wśród trzylatków albo stoję jak głupia nad misiem z Roshena, bo nie mogę powiedzieć, że to przecież dla Dżesiki!

Sam zjazd okazał się bardzo dziwnym przeżyciem. Po pierwsze, bardzo polecam Waszej uwadze zdjęcie wyżej, na którym jeszcze nie jadę, a już krzyczę. Logika poziom milion. Chociaż z drugiej strony przypuszczam, że Tomasz mógł idealnie uchwycić moment startu mojej opony, a nadanie jej rozpędu polegało na tym, że pan w odblaskowej kamizelce ją popychał, jednocześnie zasadzając kopa w jej tył. Dość drastyczna metoda. W wyniku jej zastosowania nabrałam tak zawrotnej prędkości, że mój zjazd trwał jakieś ułamki sekund, w trakcie których musiałam jeszcze walczyć z tym takim jakby ogrodzeniem, na które wpadłam. Jak tylko się od niego odbiłam, to byłam już na samym dole i przeżywałam kolejne chwile grozy – że na pewno nie wyhamuję i poooooolecę aż na Majdan. Zatrzymałam się, no ale nienajlepiej wspominam to ostre hamowanie nogami prawie jak w aucie Flintstone’ów. Pamiętacie ten ich pojazd? A przebieg mojego zjazdu to niestety cała ja 🙂

Kolejny, znacznie mniejszy i mniej atrakcyjny jarmark bożonarodzeniowy odbywał się kompletnie bez rozmachu na Placu Kontraktowym. Koło widokowe, które widzicie na zdjęciu wyżej podobno czasami działa, my chyba jeszcze nie widzieliśmy go w ruchu. Sponsorem pierwszego jarmarku była Kinder Niespodzianka, drugiego – Jacobs, a piszę Wam o tym, bo na Ukrainie różne marki bardzo często się angażują w tego typu przedsięwzięcia. Oznacza to też z drugiej strony, że przy okazji promują siebie i na przykład śliczny zimowy pokaz świateł z podkładem muzycznym, wyświetlany na budynku opery (do obejrzenia w wyróżnionych Stories na moim Insta), okazuje się nagle reklamą marki Raffaello. No ale z trzeciej, te inicjatywy są zwykle tak fajne i tak dobrze się wpisują w miejski krajobraz, że odbiera się je raczej pozytywnie; cieszą, a nie rażą. A całokształt świątecznej atmosfery jest w Kijowie tak cudowny, że już kombinujemy, jak spędzić na Ukrainie (prawosławne) Boże Narodzenie 2019!

Na terenie Placu Kontraktowego (Kontraktova Ploshcha) był też taki namiot cyrkowy – w rzeczywistości miał znacznie bardziej bajkowy wygląd. Cyrk Kobzov to chyba taki ukraiński odpowiednik naszego Cyrku Zalewskiego – bo widzieliśmy go też chociażby w Odessie. Nie jestem zwolenniczką cyrku ze zwierzętami, choć nie wiem, czy ten taki był. Nie popieram tresury zwierząt dla rozrywki ludzi. Nie jestem pewna, czy na Ukrainie respektuje się prawa zwierząt, skoro ciągle się walczy jeszcze o prawa ludzi. Mam jednak nadzieję, że cyrki na całym świecie będą postępować coraz bardziej etycznie – niech będzie w nich clown i magik, a nie słoń. Nie powinny jednak znikać, bo niewiele jest rzeczy tak magicznych, jak wyrastający gdzieś nagle, kolorowy namiot cyrkowy, prawda?

A zdjęcia powyżej zrobiłam specjalnie z myślą o Asi U. – która jak nikt inny uwielbia takie nietypowe bombki i ma do nich świetne oko. Tak więc Asia, kolekcję możesz uzupełnić w Kijowie, w domu handlowym Tsum – znajdującym się niedaleko od Majdanu! 🙂 A o samej galerii chciałam Wam opowiedzieć troszkę więcej. Jest idealną odpowiedzią na to, co często się słyszy o Ukrainie: a bo tam to nie mają… Wszystko mają – no dobra, może Ikei czy H&M jeszcze nie ma, no ale to jedynie kwestia (niedługiego już) czasu – tylko nie wszystkich na to stać. Mnie zresztą też nie i pewnie nigdy nie będzie, jeśli wszystkie pieniądze i czas będę nadal inwestować w podróże 😉 W Tsumie są między innymi stoiska Armani, Kenzo, Valentino czy Dolce i Gabbana. Wśród klientek bez problemu znajdziemy takie z torebką Chanel na ramieniu. Dobrze, że i bez chanelki tam wpuszczają i można sobie po prostu pochodzić i się pogapić, bo kijowski Tsum to zdecydowanie jedno z najładniejszych centrów handlowych, w jakich byłam.

Niektórzy uczestnicy naszego wyjazdu utrzymują co prawda, że czuli się obserwowani przez ochronę, bo nie mieli ubrań za miliony monet. Ale to nie ja; ja byłam zbyt zajęta robieniem miliona zdjęć i zachwycaniem się wszystkim, jak leci. Na przykład barem z setkami butelek wina pod sufitem – ooo! Albo kurtyną wodną zabarwioną jak tęcza – aaa! I jeszcze rzeźbami odbijającymi się w lustrzanej podłodze – robiły naprawdę niesamowite wrażenie, jakby ich odpowiedniki wisiały tam w dole.

I ja naprawdę wiem, jak to brzmi – zachwycanie się galerią handlową, jakbym do tej pory robiła zakupy tylko w osiedlowym spożywczaku u pani Hani, no ale spójrzcie tylko sami! Ta architektura, to oświetlenie, ten design, te dekoracje! Mieli rozmach!

Poprzednim razem byliśmy w Kijowie we wrześniu i wtedy szkoda nam było czasu na chodzenie po sklepach – była piękna pogoda i większość czasu spędziliśmy na zewnątrz. W styczniu była oczywiście pogoda wybitnie barowo-zakupowa, dlatego odwiedziliśmy jeszcze jedno centrum handlowe – położony po obu stronach Majdanu Globus. Nie jest może już tak luksusowy jak Tsum, no ale też umieją w przyciąganie klienta. To tam była holograficzna choinka, którą może widzieliście na Stories – pierwszy hologram, jaki widziałam na żywo w życiu, więc też stałam, jak zaczarowana. A tak jeszcze w temacie rzeczy, których ,,na pewno nie ma” na Ukrainie. Lush! Jest? Jest! A w Polsce? Nadal nie ma!

Podobnie było zresztą chociażby z Vogue, który w Polsce pojawił się dopiero w Walentynki tego roku, a na Ukrainie jest już od początku roku 2013… Tak tylko mówię 😉 A poniżej jeszcze trochę ujęć z udekorowanego na święta Globusa.

Stereotypy o Ukrainie jednocześnie nie są i bywają prawdziwe, bo takie rozwarstwione jest społeczeństwo. I jak dotąd oglądaliśmy sobie tą weselszą twarz ukraińskiego handlu. O smutniejszej Wam jedynie opowiem, bo nie miałam odwagi robić zdjęć. Chodzi o zwykłych ludzi, którzy drobnym handlem próbują sobie dorobić – zwykle do emerytur, sądząc po wieku. W teorii jest to nielegalne i policja z tym walczy, no ale tak dość chyba po ludzku, bo babinki są wyganiane tylko z najbardziej centralnych, ,,reprezentacyjnych” miejsc, a wszędzie indziej handlują sobie w spokoju. Troszkę już Wam o nich pisałam w relacji z poprzedniego pobytu na Ukrainie – rozstawiają na chodnikach takie malutkie stoliczki, a na nich rozkładają towar i dopiero teraz się przyjrzałam, jak bywa on dziwny.

Ryby w całości – leżą oczywiście bez lodówki, latem też. Papierosy na sztuki – można na miejscu odpalić i wypalić. Skarpetki za grosze. Ziarenka słonecznika sprzedawane na plastikowe kubki. Kawa za 6 hrywien (około 90 groszy) – pani rozpuszcza saszetkę 3w1 w gorącej wodzie nalewanej z takiego wielkiego termosu z kranikiem. Są ludzie, którzy w wagonach metra próbują sprzedawać długopisy czy chusteczki. Wszystko kosztuje tak drobne kwoty, że kompletnie nie wiem, czy cokolwiek się udaje zarobić tym ludziom, a pracują dzielnie od rana do późnego wieczora. Jeszcze smutniejsza grupa to babuszki bez stolików – często można je spotkać w okolicy stacji metra i na sprzedaż mają na przykład kilka główek czosnku, rozłożonych na kawałku tektury albo reklamówkę jabłek, trzymanych w ręce. Niektórzy oferują dość nietypowe usługi – na przykład możliwość zważenia się za 2 hrywny (około 30 groszy) na łazienkowej, stojącej obok nich na chodniku wadze. Jeszcze inni są żywymi słupami reklamowymi – stoją z wielkimi planszami zawieszonymi na brzuchu i plecach.

Serce pęka, kiedy obserwuje się to wszystko. Ktoś kiedyś powiedział, że ci starsi ludzie są w bardzo bardzo trudnej sytuacji, ale zrobią wszystko, byleby tylko nie żebrać. No i faktycznie, na Ukrainie nikt nie żebra, nie zaczepia nikogo, nie prosi o pieniądze za nic. Tak tylko stoją te smutne babuszki z nadzieją, że zarobią kilka hrywien na chleb. Najchętniej każdej dałabym trochę pieniędzy. Może kiedyś będę sobie mogła na to pozwolić. Domeną starszych panów wydaje się z kolei być jeżdżenie taksówkami. Całymi dniami czekają na klientów ich auta w wieku 30+, miejscami przeżarte przez rdzę na wylot i ogólnie sprawiające wrażenie, jakby miały się rozpaść na odcinku najbliższych 200 metrów. Oczywiście praktycznie nikt nimi nie chce jeździć i los tych panów jest tak samo przygnębiający, jak los babuszek-handlarek. Wszyscy walczą o przetrwanie na wolnym rynku, taki trochę wczesny kapitalizm, jak w Polsce te 30 lat temu.

Jeśli chodzi o młodych ludzi, to w Kijowie na pierwszy rzut oka jest dla nich mnóstwo pracy. W bardzo wielu miejscach są ogłoszenia, szczególnie potrzebne są osoby do gastronomii czy handlu. Zupełnie jak u nas. No ale tak jak u nas trzeba sobie zadać pytanie, czy ta praca zapewni im pieniądze na utrzymanie się na normalnym poziomie? Czy będą w niej dobrze traktowani? Na Ukrainie zaobserwowałam pewne błędne koło – ludzie bardzo dużo i ciężko pracują, późno kończą, a więc sklepy czy restauracje muszą być otwarte do jeszcze późniejszych godzin, a czasem całą dobę. To wygodne dla klientów, ale dla pracowników pewnie znacznie mniej. Pamiętacie, jak w pierwszym wpisie z tej serii poruszałam kwestię handlu w święta? Naprawdę wszystko było otwarte, niektóre miejsca dosłownie o godzinkę krócej, co oznaczało, że ktoś w Wigilię kończył pracę np. o 22.

Z jednej strony miałam wyrzuty sumienia, że ja też po części odbieram tym osobom możliwość świętowania w domu. Z drugiej, nawet gdybym ja nie przyszła, to poza mną wszędzie było mnóstwo lokalnych klientów. To wszystko jest dość skomplikowaną sprawą i pozostawia wiele pytań. Może praca w święta nie jest dla Ukraińców niczym złym? To możliwe, z jednego bardzo prostego powodu. Kiedy kraj przez lata znajdował się pod wpływem Związku Radzieckiego, dokładano wszelkich starań, by wymazać z kalendarza jakiekolwiek święta o podłożu religijnym, a samą religię z życia ludzi. Dniem wolnym od pracy nie miała być niedziela, a na przykład poniedziałek, a najlepiej to w ogóle różne dni w różnych okresach (był cały regulujący to system), żeby żaden dzień nie był na nowo skojarzony jako święto. Takie działania trwały tak długo, że jestem pewna, że w świadomości wielu ludzi święta faktycznie nadal niespecjalnie istnieją, może po prostu kojarzą się z czasem, kiedy zapala się ładne światełka na ulicach, ale już niekoniecznie ze spotkaniami z rodziną i tym podobnymi rzeczami.

Oczywiście na pewno wiele osób pracuje, bo musi, nawet jeśli nie jest to zgodne z ich wyobrażeniem o tym, jak powinny wyglądać te dni. Wydaje mi się – i to oczywiście tylko moja opinia – że jest też grupa ludzi, którzy po prostu bardzo chcą zarobić tak dużo, jak to tylko jest możliwe i dlatego chętnie przyjdą do pracy w każdy wyznaczony dzień i jeszcze wezmą nadgodziny. I nie mam tu na myśli tego, że są chciwi, ani że są pracoholikami, tylko że najzwyczajniej w świecie potrzebują tych pieniędzy i chcą, żeby żyło im się lepiej. Tego im życzę i mam też nadzieję, że – i u nas i u nich – będzie zachodziło jak najwięcej zmian w kierunku rynku pracownika i zachowywania zdrowej równowagi pomiędzy pracą, a życiem prywatnym.

2 myśli na temat “Chanel i czosnek – Boże Narodzenie 2018 w Kijowie – cz. II.”

  1. Szwajcaria to takze przepych. Na Boze Narodzenie do St. Moritz zjezdzaja piekni i bogaci. Jedza kawior i pija szampana w lodowym barze Reto Mathisa, kulinarnej gwiazdy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *