Na wesoło i na smutno – Boże Narodzenie 2018 w Kijowie – cz. III (ost.)

Czy dla Was podróże to też czas spełniania marzeń i robienia rzeczy po raz pierwszy? Bo dla mnie zdecydowanie tak! Czasami chodzi o mniejsze sprawy, czasami o nieco większe, ale zanim do nich wszystkich przejdziemy, to opowiem Wam troszkę o Muzeum Czarnobylskim w Kijowie. I to ze względów czysto praktycznych – mamy stamtąd mnóstwo fajnych zdjęć i chciałabym ich jak najwięcej wpleść w ten wpis 🙂

Gdyby ktoś zapytał mnie, czy polecam mu wizytę w tym muzeum, to nie po raz pierwszy w tego typu sytuacji miałabym poważny problem ze sformułowaniem sensownej odpowiedzi i pewnie wykrztusiłabym coś w stylu: yyy… raczej nie… chociaż tak w sumie to może tak… sama nie wiem… W końcu kobiety znane są ze zdecydowania! A w tym przypadku na to moje ,,zdecydowanie” wpływa kilka czynników. Po pierwsze – pewnie nie jestem w tym wszystkich zbyt obiektywna, w końcu najpierw odwiedziłam Czarnobyl, a dopiero kilka miesięcy później muzeum i miałam wobec niego bardzo wysokie oczekiwania – że pozwoli mi uzupełnić moją wiedzę na temat strefy o zupełnie nowe rzeczy i dostarczy mi chociaż ułamka emocji, których doświadczyłam w zonie. No i cóż, najwidoczniej chciałam trochę za dużo…

Na pewno już zauważyliście, że czego jak czego, ale wyjątkowego klimatu nie można odmówić temu muzeum. Wszystko fajnie, tylko, że to nie jest kompletnie taka atmosfera, jaką czuć w strefie, a po prostu czyjaś, skąpana w półmroku artystyczna wizja, dość luźno oparta na czarnobylskiej katastrofie i tym, co działo się w zonie potem. I zrobione jest to wszystko z niezwykłym rozmachem – może nawet za dużym – i w efekcie nie czujemy się jakbyśmy byli w muzeum, a bardziej jak w jakiejś galerii sztuki współczesnej, na wystawie będącej hołdem dla osób i miejsc związanych z pechową elektrownią… Albo momentami jak na planie jakiegoś dziwnego horroru, będącego połączeniem Dziecka Rosemary, Egzorcyzmów Emily Rose i Czarnobyl: Reaktor strachu. O gustach się nie dyskutuje i pewnie nawet chętnie obejrzałabym taką samodzielną awangardową wystawę, ale kiedy już zaczynamy myśleć, że w tym niepokojącym szaleństwie jest metoda…

Okazuje się, że chociaż te dwie rzeczy kompletnie do siebie nie pasują, to ktoś wśród tego artystycznego chaosu postanowił umieścić tysiące, naprawdę tysiące: zdjęć, dokumentów i przedmiotów związanych z katastrofą. Te rzeczy są z kolei uporządkowane z bibliotekarską dokładnością na tablicach i w gablotach; widać, jak wiele godzin pracy ktoś włożył w ich zgromadzenie, posortowanie, skatalogowanie, przygotowanie plansz – często takich ręcznie robionych, jakie kilkadziesiąt lat temu wisiały często w szkołach . Tylko czy aby na pewno wszystkie powinny być wystawiane? Jest ich moim zdaniem najzwyczajniej w świecie dużo za dużo – takie ilości, że nasz mózg zaczyna je odbierać jako jeden wielki kolaż jakichś przypadkowych papierków i nie odróżnia już szczegółów. Na dodatek nie ma angielskich tłumaczeń, więc albo zabieramy się za wczytywanie się w odręczne ukraińskie pismo, albo rezygnujemy. Zwykle to drugie. A szkoda!

Teoretycznie zostaje nam jeszcze anglojęzyczny audioprzewodnik, który można sobie wypożyczyć za dodatkową opłatą (około 9 zł). Ale tu też miałam pewien problem pierwszego świata – o ile z żywym przewodnikiem mogłabym bez problemu stać po pół godziny pod każdą gablotką i słuchać jego opowieści, to takie automatyczne przewodniki zanudzają mnie na śmierć w jakieś 15 minut, choćbym wcześniej była pełna zapału i energii. Tutaj teksty do niego pisała na dodatek chyba ta osoba z bibliotekarskim zacięciem, dla której wszystko musi być zrobione albo dokładnie albo wcale, więc brzmiały mniej więcej tak: eksponat tysiąc pięćset sto dziewięćset, na trzecim od lewej i piątym od góry zdjęciu w siódmej gablocie możecie zobaczyć Siergieja Nudnova, urodzonego w roku 1945 w Kijowie bla bla bla… No i jak dobrze poszło, to po 5 minutach już się dowiadywaliśmy, jaką to kluczową rolę odegrał na przykład przy budowie elektrowni.

Ale, ale… Jeśli ktoś ma więcej cierpliwości niż ja i przetrwa – jak przypuszczam – kilka godzin gadania monotonnym głosem, to na pewno w tych gablotach znajdzie prawdziwe perełki. Ja dotarłam na przykład do skrawka materiału – dosłownie 10×10 cm, który oczywiście przeoczyłam przy pierwszym patrzeniu na tę planszę, który okazał się być kawałkiem czerwonej (!) flagi, którą likwidatorzy umieścili na sarkofagu zakrywającym reaktor numer 4, kiedy udało im się zakończyć jego budowę. No i takich właśnie rzeczy oczekiwałam!

Troszkę oczywiście żałuję, że nie wykazałam się nieco większą wyrozumiałością dla tego muzeum, zresztą i inne często miewają na Ukrainie taki charakter. Są takie, jakie wydaje się że powinny być jakiejś jednej osobie lub małej grupie osób – zwykle pamiętających dość zamierzchłe czasy. Ja naprawdę wiem i doceniam to, że są prawdziwymi pasjonatami i nieraz pewnie całe życie spędzili, zgłębiając dany temat. Mają ogromną wiedzę i chcą jak najlepiej – pokazać, opowiedzieć, upamiętnić i ocalić przed zapomnieniem jak najwięcej. Tylko że trochę nie tak już się to robi w dzisiejszych czasach. Mniej znaczy więcej; zwiedzających nie trzeba zarzucać (i zanudzać) szczegółami, tylko zaciekawić dobrze dobranymi materiałami i zachęcić do dalszych poszukiwań na własną rękę… I przykład takiego miejsca też Wam w tym wpisie pokażę!

No a teraz tak troszkę bardziej do konkretów – poniżej widzicie wystawiony w muzeum dozymetr, na moje oko dokładnie taki, przez jaki – oczywiście działający – musieliśmy przechodzić w strefie, na przykład na stołówce w miejscowości Czarnobyl. Jeśli macie sobie ochotę je porównać, to zajrzyjcie do TEGO wpisu, a najlepiej do całej serii o Czarnobylu 😉 Szczególnie, jeśli zaciekawi Was też historia Misia Olimpijskiego – tej malutkiej figurki na zdjęciu jeszcze trochę niżej. Od czasu wizyty w strefie ten uroczy stworek kojarzy mi się tylko z jednym – z fałszywym przystankiem autobusowym, na którym był namalowany. Po co komu fałszywy przystanek i co pomagał ukryć? 😉 O tym z kolei napisałam TU.

Naszą uwagę zwróciły też zaparkowane przed budynkiem (który jest dawną jednostką straży pożarnej) pojazdy – podobno brały udział w akcji likwidacji skutków katastrofy. No a najbardziej – szczególnie mnie – zaciekawiła karetka. Zobaczcie tylko, jakie w środku są spartańskie warunki! Z jednej strony nie mogłam sobie przestać wyobrażać przewożonych nią, cierpiących na chorobę popromienną likwidatorów. Z drugiej z jakiegoś powodu zaczęliśmy żartować, że ciekawe, czy takie jeszcze jeżdżą. No i proszę Państwa, odpowiedź brzmi: jeżdżą! Co prawda nie na Ukrainie, lecz w Gruzji, ale naprawdę widzieliśmy taką! Były oczywiście też bardziej nowoczesne pojazdy, więc mam szczerą nadzieję, że ta kilkudziesięcioletnia pełniła rolę jakiegoś pogotowia technicznego i ratowała inne karetki, a nie ludzi. A na Ukrainie? Tak właściwie to dalej nie wiemy, jakie tam są erki, bo praktycznie ich nie widać na ulicach i jak się tak nad tym zastanowić, to jest to trochę podejrzane w przypadku prawie 3-milionowego Kijowa.

Odwiedziliśmy też miejsce, które było kompletnym przeciwieństwem Muzeum Czarnobylskiego i stworzono je chyba tylko i wyłącznie dla zabawy – zarówno właścicieli, jak i odwiedzających. Ciężko było tam trafić i do dziś pamiętam długi spacer pod górę w jakiejś dziwnej okolicy, no ale tym razem zdecydowanie było warto! A mowa o niczym innym jak tylko o prywatnym Muzeum… Toalet, z którego też mamy niespodziewanie dużo zdjęć. Jego historia zaczęła się od pary kolekcjonującej figurki i przedmioty związane z kibelkami – mają ich tyle, że trafili do Księgi Rekordów Guinessa, a kolekcja oczywiście cały czas się rozrasta. Swoją drogą, czy wiedzieliście, że słowo kibel pochodzi ze śląskiego (i podobno pośrednio z niemieckiego, ale nie jestem tego w stanie zweryfikować, może ktoś pomoże?), gdzie oznacza wiadro?

Bilety kosztowały nas po 50 hrywien (około 7,5 zł) i nawet przez chwilkę byliśmy oburzeni, co tak drogo jak na ukraińskie standardy. No ale okazało się, że w tej cenie zawarty był pakiet VIP – po muzeum miał nas oprowadzać nasz prywatny anglojęzyczny przewodnik. Tak więc pani bileterka zawołała pana, a ten zaczął recytować przy każdym eksponacie jego historię, wskazując nam przy tym takim specjalnym kijkiem różne szczegóły. Bardzo ciekawe były te opowieści i kilka Wam przytoczę, ale jeśli kiedyś będziecie się tam wybierać, to podpowiem też, że lepiej nie zadawać przewodnikowi zbyt wielu pytań i nie próbować z nim rozmawiać, bo może się okazać, że jego znajomość angielskiego niewiele wykracza poza te wyuczone na pamięć opisy. No ale kto by się przejmował takimi szczegółami!

No to zaczynamy zwiedzanie! Osoby wrażliwe są na wszelki wypadek proszone o odłożenie jedzenia albo przejście do miejsca, gdzie już nie poruszam tematyki toaletowej! Powyżej widzicie oczywiście kaczki w nieco bardziej artystycznej wersji. A na pierwszym zdjęciu poniżej (tak, to już, ten obrzydliwy moment) zwróćcie uwagę na pakuły na kiju. Pełniły rolę papieru toaletowego i pozostaje mieć nadzieję, że były jednorazowe. A ta dziura z przodu kibelka jest oczywiście po to, żeby wygodniej się ich używało.

A teraz kilka luźnych uwag do pojedynczych zdjęć – zawsze będą dotyczyły zdjęcia znajdującego się bezpośrednio powyżej 🙂 W Muzeum Toalet zobaczymy między innymi replikę szkiców Leonarda da Vinci, przedstawiających skanalizowaną (!) toaletę z możliwością spłukiwania i systemem wentylacji. I to wszystko w renesansie! Leonardo niestety za bardzo wyprzedził swoje czasy i jego genialny wynalazek nie doczekał się realizacji, a szkoda! Jesteście ciekawi, co go zainspirowało do aż takiej kreatywności? Podobno… smród!

Tutaj też mamy jakiś fascynujący i niezrozumiały dla mnie – i im bardziej się przyglądam tym bardziej nie rozumiem – system spłukiwania i odpływu – do wiaderka! 😉

Powyżej obrzydliwa toaleta turecka; ja wiem, że jest obleśna, no ale jeszcze gorzej jest spotkać taką w realu… Tak, one nadal w niektórych miejscach istnieją! Zdarzyło nam się trafić na takie i na jednym z nieopisanych jeszcze przeze mnie wyjazdów wynikła z tego chyba największa w naszej karierze podróżniczej rozbieżność zdań, tak delikatnie rzecz ujmując. No ale nie uprzedzajmy faktów, szokujące szczegóły afery toiletgate poznacie w swoim czasie!

Z rzeczy, o których się nie śniło fizjonomom, jak mawiał Ferdek Kiepski kiedyś istniały (i spoiler alert: są miejsca, gdzie nadal istnieją – to nadal ten sam wyjazd od toiletgate) toalety bez ścian. Podobno w starożytnym Rzymie czy tam Grecji były popularnym miejscem spotkań towarzyskich, gdzie chętnie rozmawiano również o interesach. Tak mówił przewodnik, chociaż ja zawsze myślałam, że to chodziło o łaźnie takie do kąpania się, a nie o te, gdzie spędzano czas również w towarzystwie – tym razem – naturalnej gąbki toaletowej na patyku; w szczegóły użytkowania lepiej nie wnikać.

A tutaj rozwiązanie bardzo praktyczne – zamkowy kibelek wystający za obrys budynku w taki sposób, że wszelkie nieczystości spadały prosto do fosy. Ciekawe, czy czuli się w nich bezpiecznie.

A jeśli po zobaczeniu tego obrazka i przeczytaniu kilku słów o nim nadal nie będziecie lubili swojej pracy, to naprawdę zacznijcie jutro rozsyłać CV. Otóż dawno dawno temu istniał hm… zawód? Mówili, że mógł zostać każdym, więc został żywym, mobilnym toi-toiem. Taki pan chodził sobie w obszernej pelerynie, z wiaderkiem w ręce po najbardziej uczęszczanych ulicach miast. No! A resztę historii widać na obrazku!

Naszą wizytę w Muzeum Toalet zakończyliśmy w malutkiej sali kinowej, gdzie puszczono nam kilka filmów z YouTube – typu 15 najbardziej niezwykłych toalet świata. No i umówmy się, że normalnie coś takiego byłoby słabe, ale muzeum wprowadziło w nas tak dobry nastrój, że i te filmy obejrzeliśmy z radością. A potem jeszcze postanowiliśmy przyjrzeć się dostępnym pamiątkom. Niestety nie mieli na sprzedaż Kitty na kibelku, była za to kakaszka – sztuczna, gumowa, trzęsąca się. Ogólnie pani bileterka, obsługująca też sklepik z pamiątkami była wobec nas mocno nadopiekuńcza (albo po prostu bała się, że coś ukradniemy). Oglądała wszystko z nami i cały czas z nami rozmawiała, nie zważając na to, że 2/3 towarzystwa niewiele rozumie po ukraińsku. Ale eta kakaszka jakoś wszyscy świetnie zrozumieliśmy! Jedno z moich pierwszych ukraińskich słów! Jak to ostatnio ktoś mądry powiedział: dorośli to nadal dzieci, tylko muszą płacić rachunki i udawać, że żarty o kakaszce ich nie śmieszą.

A skoro już jesteśmy przy wewnętrznych dzieciach, to może wróćmy do marzeń, od których zaczęliśmy ten wpis! Znacie pewnie też powiedzenie, że marzenie z terminem realizacji to po prostu plan. No i faktycznie – pójście na balet zaplanowałam już kilka miesięcy wcześniej, zaraz po naszym pierwszym pobycie na Ukrainie; nawet Wam o tym wspominałam. W Polsce balet wydaje mi się zawsze nieosiągalny, nie tylko ze względu na wysokie ceny biletów, ale też na to, że wszystkie miejsca zawsze wydają się być zarezerwowane. A na Ukrainie? Bilet w pierwszym rzędzie kupiłam jakiś miesiąc wcześniej przez internet, za całe 500 hrywien (jakieś 75 zł). Bardzo chciałam iść na kultowego Dziadka do Orzechów, ale niestety podczas naszego pobytu nie był wystawiany. Nie mając innego wyboru wybrałam się na 2w1 – Carmen i Szeherezadę (po jednym akcie).

Na początku wcale nie byłam zachwycona tym ,,dwa w jednym”, ale kiedy już przekonałam się, jak bardzo podoba mi się balet, to okazało się, że tak naprawdę zafundowałam sobie podwójne czyste szczęście – dwa razy więcej pięknych, kolorowych strojów i elementów scenografii; dwa kompletnie różne style muzyki i ruchu, po prostu dwa magiczne światy. Niestety podczas spektaklu nie można było robić zdjęć, więc nie mogę Wam tego wszystkiego pokazać, a naprawdę ciężko jest mi to opisać. Wcześniej troszkę bałam się, że balet może być dla mnie nudny, a tymczasem dwie godziny zleciały mi jak chwila i siedziałam tam naprawdę jak zaczarowana. Mam nadzieję, że chociaż z zamkniętą buzią!

Sama nie wiedziałam, na co patrzeć! Nie miałam pojęcia, że muzykę do baletu tworzy na żywo orkiestra (tu znów tak właściwie dwie różne) z dyrygentem i z zainteresowaniem obserwowałam też ich pracę. Nie wiedziałam nawet o istnieniu niektórych instrumentów, z których korzystali! A tym bardziej o tym, że muzyka klasyczna może być taka fajna! Nie mogłam uwierzyć w to wszystko, co tam się działo! To naprawdę było jak bajka dziejąca się w prawdziwym życiu, na dodatek w przepięknym budynku. Kolejną niewiarygodną rzeczą jest to, że za ciężką pracę kilkudziesięciu (a może i więcej) osób płaci się tak małe pieniądze. Pomyślcie tylko, ile przygotowań wymaga każde przedstawienie, ile prób, ile rzeczy trzeba wykonać, ile kupić! To był jeden z tych dziwnych momentów, kiedy najzwyczajniej w świecie zrobiło mi się głupio, że wcześniej tak się cieszyłam z taniego biletu. Był warty znacznie więcej!

Z tanich rzeczy jest w operze jeszcze barek, do którego w przerwie nawet da się dopchać i gdzie za małe pieniądze można wypić np. lampkę szampana, żeby dopełnić taki uroczy wieczór, jak tamten.

Spełniłam jeszcze jedno marzenie – o tym, żeby nasza kłódka zawisła gdzieś na świecie. Nie bez powodu wybrałam Kijów – nie tylko mają piękny Most Zakochanych, ale też wiedziałam, że jest to miejsce, w którym naszą kłódkę będziemy mogli później co jakiś czas ,,odwiedzać”. No i starannie wybrałam też kłódkę, dokładnie taką, jaką chciałam, a przynajmniej tak mi się wydawało. Zaprawdę powiadam Wam, sto razy sprawdzajcie wymiary rzeczy zamawianych przez internet. Okazuje się, że ktoś, kto opisał kłódkę jako ,,dużą” niekoniecznie miał na myśli to samo, co ja, wyobrażając ją sobie. Myślałam, że będzie wielkości dłoni (tej części bez palców); ktoś z kolei chciał przekazać, że jest po prostu większa od tych opisanych, jako mała i średnia. W efekcie nasza kłódka była za mała, żeby zapiąć ją na głównych poręczach przy moście i musieliśmy się zadowolić kawałkiem brzydkiej barierki gdzieś z boku.

No ale wisi? Wisi! A raczej wisiała, bo kiedy w lutym wybraliśmy się ją odwiedzić, to już jej nie było. Ktoś się nie bał i za…brał. Pewnie wymieniali albo malowali barierkę. A mi został tylko kluczyk – nie zrzuciłam go z mostu, tylko wzięłam ze sobą i przerobiłam na naszyjnik. Pora kupić większą kłódkę!

Ostatnie miejsce, o jakim chcę Wam opowiedzieć w tym wpisie i w ogóle w serii o naszym bożonarodzeniowym pobycie na Ukrainie to Memoriał Ofiar Wielkiego Głodu (Hołodomoru). Odkryliśmy go całkiem przypadkiem, zmierzając w kierunku słynnej Ławry Peczerskiej, której tym razem jeszcze nie zwiedziliśmy. Zaciekawił nas ten piękny budynek w kształcie świecy. Ujęła mnie starsza pani, która piękną angielszczyzną bardzo zachęcała nas, żebyśmy spędzili troszkę czasu w tym miejscu. No i tak było mi wstyd, że praktycznie nic nie wiedziałam wcześniej o Wielkim Głodzie, że postanowiłam dołożyć wszelkich starań, żeby uzupełnić swoją wiedzę. Obejrzenie krótkiego filmu o Hołodomorze i minimalistycznej wystawy naprawdę sprawiło, że od razu chciałam dowiedzieć się więcej. I o tym właśnie wcześniej pisałam; taki wpływ według mnie powinny mieć muzea na ludzi. To konkretne naprawdę skłania do refleksji i jakoś tak nagle człowiekowi głupio, że ostatnie 5 minut przed wejściem tam spędził na narzekaniu, że jest zimno (chociaż ma na sobie dobre ubranie), że bolą go nogi (chociaż w każdej chwili może odpocząć) i że najwyższa pora na obiad (który nigdzie nie ucieknie i za godzinę też można go zjeść).

Czytam teraz książkę ,,Czerwony Głód” – niedawno wydaną, napisaną przez Anne Applebaum i traktującą właśnie o Hołodomorze. No i traktującą to całkiem dobre słowo, bo książka jest tak naprawdę jedną wielką pracą naukową, z milionem przypisów. Trochę jakbyśmy próbowali własną magisterkę poczytać do poduszki. No ale ani jedno, ani drugie nie powstało przecież w celach rozrywkowych. Jeśli też niewiele wiecie o Hołodomorze, to bardzo Was zachęcam do poczytania o nim – przeczytajcie chociażby jakiś artykuł w internecie. Wielki Głód pochłonął wiele milionów ofiar, z czego ponad 3 (a według niektórych szacunków nawet 10) na samej Ukrainie. Liczby szokują, a najgorsze jest w tym wszystkim to, że Hołodomor nie był efektem klęski żywiołowej, a ludobójstwem, opartym na celowych i bardzo dobrze zorganizowanych działaniach jednego człowieka – Stalina, któremu Ukraińcy bardzo przeszkadzali, więc postanowił się ich pozbyć… W końcu jak może być jakaś Ukraina, jak tam jest przecież Rosja? – oczywiście według Józefa i oczywiście mocno upraszczam, ale raz jeszcze zachęcam Was do dalszego poszukiwania informacji na własną rękę…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *