Włochy dla Włochów? – słodko-gorzka Bolonia – cz. I

Wiele czynników złożyło się na to, że podczas pobytu w Bolonii dominowały we mnie negatywne uczucia. Po ponad miesiącu od powrotu dostrzegam też plusy i urok tego miejsca. Obawiam się jednak, że w najbliższej przyszłości nie będę chciała tam wrócić, choć innej części Włoch damy pewnie szansę.

Na lotnisku przywitały nas dwa piękne Lamborghini. Produkowane są około 30 km od Bolonii, gdzie można zwiedzić ich muzeum.

Nasz hotel znajdował się dosłownie kilkaset metrów za ogrodzeniem lotniska i chcieliśmy się tam dostać pieszo. Google maps wyznaczyło nam piękną trasę, która w rzeczywistości okazała się od pewnego momentu niemożliwa do przejścia. Nie było chodników, a jedynie ruchliwa droga z ogromnymi rondami. Z lotniska nie jeździły autobusy miejskie. Taksówka kosztowała 12 euro za ten króciutki odcinek. Bardzo szybko pożałowałam, że nie wykupiłam pakietu internetu w roamingu, bo przez chwilę kompletnie nie wiedzieliśmy, co robić.

Tomasz zdecydował, że poszukamy najbliższego przystanku. Udało się – kilkaset metrów od lotniska, na zwyczajnym osiedlu mieszkaniowym. Drugi sukces był taki, że dało się stamtąd dojechać do Calderara di Reno. Trzeci, że udało nam się kupić bilet i tu zaczyna się bardzo ważny rozdział naszej bolońskiej historii pod tytułem ,,Włosi i angielski, czyli rosyjska ruletka”.

Tomasz najpierw wszedł do warzywniaka przy przystanku. Po bilety do warzywniaka?! Nie, to wcale nie jest dziwne, ale po kolei. Pani z warzywniaka chyba kompletnie nie zrozumiała, o co Tomasz pyta, ale była na tyle uprzejma, żeby zaprowadzić go do… fryzjera. Bo fryzjer mówił po angielsku. On z kolei zaprowadził nas oboje do baru. Sprzedającej tam pani wyjaśnił coś po włosku i udało nam się kupić bilety (1,3 euro za sztukę). Tak, w barze.

Przejechaliśmy cały jeden przystanek i bez trudu trafiliśmy do hotelu, gdzie dzięki recepcjonistce odkryliśmy, że wyznaje się tam zasadę: jeśli powiem głośno i wyraźnie po włosku, to na pewno mnie zrozumieją. Co ciekawe, część faktycznie zrozumiałam. Części nie, ku ogromnemu zdziwieniu i zawodowi tej pani. Bo ona również była bardzo entuzjastyczna, miła i zaangażowana w naszą rozmowę. A że z różnym skutkiem, to już inna sprawa. Sytuacja była tragikomiczna, a Tomasz pięknie ją podsumował – ,,Chyba już wiem, czemu mi nie odpisali na maila”.

Dlaczego użyłam wcześniej sformułowania o ruletce? Bo mieliśmy problemy z komunikacją z tymi osobami, które moim zdaniem powinny mówić po angielsku, jak na przykład w sytuacji powyżej. W największym i najważniejszym kościele Bolonii, takim gdzie człowiek naprawdę czuje się malutki – Bazylice św. Petroniusza przy Piazza di Maggiore – było nieduże muzeum. Tam przewodnik też był przekonany, że włoski to bardzo uniwersalny język.

I takie sytuacje mogłabym mnożyć. Co ciekawe, te osoby zapytane, czy mówią po angielsku, w większości z uśmiechem odpowiadały, że tak. Zupełnie jak pan kucharz/kelner, przyprowadzony przez recepcjonistkę do pomocy w porozumieniu się. Mówi po angielsku, oczywiście, uśmiech numer 5. Dość szybko zaczęłam mu tłumaczyć to, czego nie udało nam się załatwić z jego koleżanką. Jego uśmiech robił się coraz mniejszy, a oczy coraz większe, ale dzielnie potakiwał. Na koniec uzyskałam odpowiedź typu: yyy, ok. Powiedział też coś w stylu: ajm olłejs hir, wskazując na kuchnię. I tym razem to ja miałam poważne problemy ze zrozumieniem jego akcentu. A także tego, po co mi ta wiadomość, skoro i tak raczej sobie nie porozmawiamy.

Wiecie, ja naprawdę nie mam pretensji, że starszemu panu z kiosku musiałam pokazać bilet i liczbę na palcach, a paniom w lokalnym sklepie odegrałam krojenie mortadeli na plasterki jak w grze w kalambury. Im nie mam za złe nieznajomości angielskiego szczególnie, że starali się pomóc, jak tylko mogli; osobom pracującym w turystyce – już tak.

To wszystko doprowadziło do kilku zabawnych sytuacji, o jednym przewodnim morale – nie szufladkuj. W hotelu zawsze proszę o dodatkową poduszkę. Chciałam to zrobić i tym razem. Tomasz mówi idź, a ja na to – ,,sam sobie idź z nimi rozmawiać”. Nieustraszony Tomasz poszedł, z poduszką pod pachą. Na korytarzu spotkał panią sprzątającą, która nie dość, że mówiła po angielsku na poziomie niewymagającym rekwizytów, to jeszcze pomogła nam z dziwnymi roletami antywłamaniowymi zainstalowanymi w pokoju.

,,Sam sobie idź” stało się zresztą potem odpowiedzią na wszystkie sytuacje wymagające komunikacji na ciut bardziej zaawansowanym poziomie. Chociaż cały pobyt źle się czułam, to nie odważyłam się jednak przestąpić progu apteki. Nie zrobiłam też w hotelu awantury o to, że ktoś po sprzątaniu zostawił nasz pokój otwarty, z uchylonymi drzwiami.

Ciągle słyszałam od Włochów – lub pokazywali mi to gestem – żebym mówiła wolniej. I wyraźniej. I oczywiście najlepiej po włosku, no ale skoro się nie da… W pewnym momencie przestawiłam się już na: Heloł tu tikets plis. Eureka, działa! Udało mi się kupić bilety u młodego chłopaka przy Piazza di Maggiore! Bilety chciał kupić też Tomasz. Mi tu tu tikets plis. A pan kioskarz idealnym angielskim – nawet bez obcego akcentu – tłumaczy, że niestety został mu już tylko jeden i żeby spróbować o tam. A konkretniej, to w sklepiku z pomarańczowym neonem.

Drugiego dnia, gdy czekaliśmy na autobus, podszedł do nas pan o wyglądzie – delikatnie rzecz ujmując – ekscentrycznym. Miał dwa różne buty i sweter z kogutem wyszytym z cekinów. Po włosku zapytał nas, czy mamy bilety. Zrozumiałam, ale udawałam, że nie. Zapytał więc po angielsku. Odpowiedziałam, że mamy, a on pięknym angielskim na to, że to bardzo dobrze, bo często są kontrole. Dawno nie było mi tak wstyd, że kogoś oceniłam po wyglądzie – sądziłam, że pan będzie chciał od nas bilet, a nie mieliśmy nawet zapasowych. Dawno też nikt mnie tak nie zaskoczył, jak ten człowiek, z którym później dość długo rozmawiałam. A sądziłam, że jestem osobą wolną od uprzedzeń i stereotypów.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *