I believe I can fly… – Sardynia cz. I.

Na Sardynię wybraliśmy się na początku tego roku i prognozy pogody obiecywały nam około 20 stopni na plusie w Cagliari – stolicy tej włoskiej wyspy. W Polsce był oczywiście środek zimy i jeśli też miewacie jej serdecznie dość, to pewnie rozumiecie, jak bardzo się cieszyłam na tę zmianę klimatu. W Polsce nic tylko marznięcie, brnięcie przez śnieg albo pośniegową breję i oskrobywanie auta ze szronu, a na Sardynii miało być tak pięknie. Zapakowałam wiosenną kurtkę, trampki, cienkie bluzki. A tymczasem…

Doświadczyliśmy na Sardynii wiatru, o jakim wcześniej słyszeliśmy tylko w telewizji. W mieście może nie było jeszcze tak najgorzej – chociaż z drugiej strony była większa szansa na oberwanie czymś w głowę – na przykład jedną z gałęzi tego największego na świecie drzewa, które widzicie powyżej i które zdobiło jedno ze skrzyżowań w pobliżu portu. Albo sygnalizatorem świetlnym – widzieliśmy taki, który wiatr oderwał z tego jego słupka i wisiał na jakimś ostatnim kabelku, miotany podmuchami powietrza na wszystkie strony. Poza tym, że musieliśmy mieć oczy dookoła głowy, porywisty wiatr oznaczał oczywiście, że może i na termometrze było 20 stopni, ale odczuwalna temperatura była taka, że jedyne słuszne ubrania to były te zimowe, w których przylecieliśmy z Polski. Dobrze, że je w ogóle ze sobą mieliśmy, a nie zostawiliśmy ich np. w aucie na lotniskowym parkingu, bo czasami tak właśnie robiliśmy.

Z powodu wiatru zamknięta była też część atrakcji np. ogród botaniczny (albo OGÓR botaniczny, jak to sobie wystukałam na szybko, przygotowując ten wpis 🙂 ). Próbkę tego, jak dmuchało w mieście znajdziecie w moich Stories na Insta, o TU. Już w porcie wiało dość mocno, ale oczywiście im bliżej otwartego morza, tym gorzej. Wybraliśmy się na cudowną plażę Poetto, z której zdjęcia widzieliście już powyżej i tam to dopiero się działo! Ciężko było w ogóle iść w prostej linii, bo wiatr popychał nas na boki no i albo aż za bardzo nam pomagał, popychając nas też do przodu, albo trzeba było z nim walczyć, jeśli chciało się iść w przeciwną stronę. Poza tym oczywiście strasznie nam dokuczał – a to założył albo zdjął mi kaptur, a to sypnął piaskiem w twarz, a to podwiał kurtkę. No i niestety bardzo szybko uciekliśmy znad wody i było mi z tego powodu niesamowicie przykro – rzadko się widzi takie piękne (i puste) plaże.

Później szliśmy kawałek wzdłuż ulicy bez chodnika i tak, jak zawsze jestem spokojna i wręcz bagatelizuję zagrożenia, po prostu relax chillax, tak tam nie mogłam się wyzbyć wizji, że zaraz któreś z nas zostanie wdmuchnięte pod auto… Nic takiego na szczęście się nie stało, ale jeśli kiedyś będziecie się wybierać na Sardynię, to koniecznie sprawdźcie taką prognozę pogody, która bierze pod uwagę też wiatr. No chyba, że zawsze chcieliście nauczyć się latać. Kiedy to piszę, to w głowie gra mi I believe I can fly… Na Sardynii naprawdę nie było ciężko w to uwierzyć. No ale… po bezpiecznym przejściu tego kawałka znaleźliśmy się już na spokojniejszym terenie – w czymś w rodzaju rezerwatu przyrody, gęsto usianego płytkimi słonymi jeziorami. Był tam na przykład widoczny wyżej domek widokowy no i oczywiście musiałam tam wleźć, co też było błędem, bo calutki trząsł się od wiatru. Miałam wrażenie, ze skrzypi w nim każda jedna deska i że zaraz cały się rozleci. Wyszłam stamtąd z trzy razy szybciej niż weszłam!

Znaleźliśmy tam też prześliczną opuncję figową no i wiadomo, że musiałam sprawdzić, czy aby na pewno te jej owoce są prawdziwe. Są czasami dostępne w polskich sklepach i ze względu na kolce trzeba zachować szczególną ostrożność przy ich jedzeniu – najlepiej opalić je nad palnikiem. W warunkach polowych nie było to możliwe, no ale postanowiłam to zignorować i dość szybko pożałowałam. Kolce owoców opuncji są wyjątkowo upierdliwe – cieniutkie jak włos i praktycznie niewidoczne; niepostrzeżenie wchodzą głęboko pod skórę, nawet jeśli wydaje nam się, że bardzo uważamy. A potem wcale nie chcą wyjść i czułam je w palcach jeszcze dobry miesiąc po powrocie z Sardynii i już nawet rozważałam wizytę u lekarza, tylko jakoś głupio byłoby mi się tłumaczyć, że przez własną głupotę pokłułam się opuncją w jej naturalnym środowisku. Ale owoce były prawdziwe, najprawdziwsze – inaczej bym się nie przekonała! A czego my tak właściwie szukaliśmy w tych kaktusowych krzaczorach?!

Tego! Ja wiem, że te zdjęcia są tragiczne i niewiele na nich widać, ale bardzo podobnie my to widzieliśmy na początku. Tak bardzo chciałam być najbliżej jak tylko się da, że wlazłam w to słone błoto w kompletnie nieprzystosowanych do tego butach, których już nigdy nie udało mi się do końca doczyścić.  No ale wpadłam wtedy w taką euforię, że kompletnie o tym nie myślałam! Spójrzcie tylko, Wy pewnie też byście wpadli!

Wszystkie zdjęcia były robione oczywiście z zoomem, ale i tak nigdy nie byliśmy tak blisko flamingów! Spokojnie mogliśmy je obserwować gołym okiem i zauważyć na przykład, jakie tak naprawdę są zabawne i pokraczne. Robiliśmy wszystko, żeby ich nie spłoszyć i nawet przez pewien czas nam się to udawało, ale w pewnym momencie zrobiłam o jeden krok (albo może o jedno aaaaaa!) za dużo i flamingi poszły sobie w krzaczki. A było ich niestety tylko trzy albo cztery – to prawdopodobnie był sezon, w którym większość ptaków poleciała gdzie indziej. Ale wspomnienia mam i tak niesamowite! Na mapce mieliśmy zaznaczone jeszcze jedno miejsce z flamingami i nawet tam pojechaliśmy; znaleźliśmy zbiornik, o który prawdopodobnie chodziło – tym razem bardzo duży; za pomocą milionkrotnego zoomu w aparacie wypatrzyliśmy flamingi na drugim brzegu no i zrozumieliśmy, że jesteśmy po zupełnie złej stronie i że nawet, gdybyśmy wiedzieli, jak przedostać się na drugą, to kosztowałoby nas to zrobienie pierdyliona kilometrów piechotą. Zrezygnowaliśmy.

Mapki Cagliari były zresztą dość ,,magiczne” – gdybyście wzięli trzy, to każda byłaby inna i ciężko w ogóle powiedzieć, na której wszystko było rozrysowane w miarę dobrze. Być może na żadnej, bo ciągle się gubiliśmy, a google maps też niespecjalnie nam pomagało na tamtych terenach – bo albo poruszaliśmy się między jeziorkami i krzaczkami, albo po typowo włoskich wąskich uliczkach starego miasta Cagliari. Zupełnie jak w Bolonii! Nawet frustrację odczuwaliśmy taką samą. Szczerze mówiąc, to nawet nie wiem, czy te flamingowe okolice były w ogóle nadal w granicach Cagliari, czy znaleźliśmy się już w jakimś innym, sąsiednim miasteczku. Na to drugie mógłby wskazywać fakt, że jechaliśmy tam z godzinę (albo tylko tak mi się dłużyło) i że kompletnie nie mogliśmy się stamtąd w niedzielne popołudnie wydostać.

Powyżej seria zdjęć z tamtej okolicy pt. ,,Jak zostałam blacharą” 😉 Samochody rzadko robią na mnie wrażenie, ale ten – stojący nota bene pod czyimś domem – obejrzałam i obfotografowałam ze wszystkich stron, aż Tomasz zaczął się stresować, że zaraz ktoś do nas przyjdzie, bo będzie myślał, że chcemy to auto ukraść albo coś w nim zniszczyć. No ale bądźmy szczerzy: ktoś, kto ma takie auto raczej będzie się cieszył z tego, że zwróciło czyjąś uwagę, bo z pewnością taki efekt chciał osiągnąć. Tutaj miał na celu pewnie głównie reklamę, bo Capodimonte okazuje się być restauracją w Cagliari, która ma na Instagramie (@capodimonte.cagliari) takie piękne zdjęcia pizzy, że najchętniej zjadłabym wszystkie! Niestety tam nie dotarliśmy, trafiliśmy za to gdzie indziej i też naprawdę dobrze. Z polecenia właściciela naszego hotelu – rodowitego Włocha, świetnie mówiącego po angielsku, choć z podejrzanie francuskim akcentem – poszliśmy na pizzę do miejsca prowadzonego przez… Bengalczyków!

Miejsce nazywa się Lucky Ali, nadal działa na starym mieście w Cagliari i jeśli kiedyś się gdzieś tam znajdziecie, to ja też czystym sumieniem polecam wizytę w tym maleńkim lokalu z przesympatyczną anglojęzyczną obsługą. Tak, oni też bardzo dobrze mówili w tym języku! W Bolonii mieliśmy tyle przygód spowodowanych przez problemy z komunikacją, że w Cagliari spodziewaliśmy się podobnej sytuacji, w końcu to Włochy i to Włochy. A tymczasem na Sardynii mnóstwo osób biegle posługuje się angielskim. Nie mam pojęcia, skąd taka różnica. Wracając do Aliego Szczęściarza, to oprócz pizzy mieli tam też szeroki wybór swoich tradycyjnych dań, o których chętnie nam opowiadali, ale na żadne z nich się nie skusiliśmy, choć wyglądały pysznie. Wybrałam za to najbardziej nietypową pizzę z menu – z ziemniakami, które okazały się frytkami. I chociaż troszkę wydawała mi się profanacją tego włoskiego narodowego dania, to była naprawdę dobra! Milion kalorii gratis!

A co do niedziel – cóż, mogliśmy to chyba przewidzieć – skoro sklepy spożywcze są w większości zamykane po pierwszej połowie dnia – a jeden otwarty do 22 zostaje nam wskazany nawet przez właściciela naszego hotelu jako coś bardzo wyjątkowego – to można było się spodziewać, że i komunikacja miejska będzie działała w jakimś mocno ograniczonym zakresie. Najwidoczniej nie do końca to przemyśleliśmy i nawet nie chcę wiedzieć, ile czasu spędziliśmy stojąc na najdziwniejszym przystanku świata – był na chodniku, oznaczony tylko malutką tabliczką i oddzielony od ulicy całym rzędem zaparkowanych aut. I pewnie nawet nie sądzilibyśmy, że można się tam doczekać na jakikolwiek autobus, gdyby nie to, że cały czas towarzyszył nam jakiś Włoch, a jego spokój był godny podziwu. Pewnie stał tak nie po raz pierwszy i nie ostatni. Przecież w końcu coś przyjedzie, co nie?

Całe to niedzielne zamieszanie skłoniło nas do przemyśleń o tym, jak to wszystko będzie wyglądało w naszym kraju po wprowadzeniu zakazu handlu w niektóre niedziele – wtedy byliśmy jeszcze ,,przed”. We Włoszech niby tak jest od zawsze, niby wszyscy są przyzwyczajeni, a i tak w sklepie otwartym do 14.30 o 14.20 rozpoczyna się wielki wyścig między półkami, żeby złapać jak najwięcej towarów, a potem jeszcze finałowy konkurs na to, kto szybciej dobiegnie do kasy. Tak, też w nim uczestniczyliśmy, a i owszem, tylko, że nas ta niedziela wzięła z zaskoczenia, a oni przecież wiedzieli wcześniej. Poza tym w drodze powrotnej od flamingów na kilku sklepach widzieliśmy bannery z napisem w stylu: jesteśmy otwarci w niedzielę/7 dni w tygodniu. Więc może powoli odwraca się tam cały ten trend? Pożyjemy, zobaczymy, jak się to rozwinie. U nas też.

Włoskie spożywczaki same w sobie to bardzo fajne miejsca, o ile oczywiście przymkniemy oko na to, jak bardzo bywa drożej niż u nas. Można kupić ,,maleńkie” kanapki na wagę – takie jak widzieliście na pierwszym zdjęciu powyżej albo wybrać sobie 4 świeże jajka do takiej uroczej wytłaczanki no i to jest świetny pomysł, bo po co komu 10 jajek na raz? (Jakby jednak komuś było tyle potrzebne, to weźmie po prostu dwie i pół wytłaczanki albo zaszaleje i będzie miał 12 w trzech 😉 ) Do moich spożywczych faworytów tego wyjazdu należał zdecydowanie sok pomarańczowy wyciskany w sklepie w tej takiej specjalnej maszynie z owoców dumnie opisywanych jako włoskie. I jeszcze kapary w soli morskiej. I rozpuszczalna herbatka z rumianku – trochę taka, jaką kiedyś pojono u nas dzieci. Tą dostaliśmy do picia w pokoju od właściciela hotelu i tak mi posmakowała, że musiałam ją odnaleźć w sklepie i przywieźć sobie chociaż jedno opakowanie.

Nie dostaliśmy za to kawy. W sklepie była dość droga, a poza tym po co potem wieźć do Polski całe opakowanie? Codziennie rano chodziliśmy więc na kawę do McDonald’s przy porcie i było to całkiem ciekawe przeżycie z socjologicznego punktu widzenia. Bałam się trochę, że to świętokradztwo – być we Włoszech i pić kawę w amerykańskiej sieciówce, ale tłumy przewijających się tam każdego ranka lokalsów zdecydowanie uspokoiły moje sumienie. Wielu z nich zamawiało espresso i wypijało je jednym łykiem przy ladzie, jak kieliszek wódki. Potem wychodzili szybkim krokiem i wracali do swoich spraw. Ja z kolei zawsze zamawiałam cafe latte i za pierwszym razem troszkę się zdziwiłam, kiedy osobno dostałam wielką szklankę spienionego mleka, a osobno espresso w małym kubeczku. W końcu zamawianie kawy w kraju kawy to zawsze jest mały stres i ryzyko niespodzianek. Sam McDonald’s też był interesujący. Wyglądał trochę tak, jakby czas zatrzymał się tam w okolicy lat dziewięćdziesiątych – nie to, co u nas, że co rok, to remont.

Dziś na koniec została nam już tylko randomowa ciekawostka: włoskie ulice miewają zabawne nazwy, przynajmniej z naszego punktu widzenia. Ja wypatrzyłam np. ulicę Ostro, a Tomasz – ulicę San Lucifero. Zakładając, że san = święty, a Lucifero to Lucyfer, czyli diabeł, to… robi się dziwnie. Jednak okazuje się, że Lucyfer to kiedyś było takie dość normalne imię i Cagliari miało tak nazywającego się biskupa, uznawanego obecnie na Sardynii za świętego. Koleś ma nawet kościół pod swoim wezwaniem, o taki tam, jak widzicie poniżej. A w następnym wpisie – albo wpisach, jeśli się rozpiszę, a tak się zwykle dzieje – opowiem Wam troszkę więcej o naszym (niezwykłym!) hotelu, o transporcie na wyspie i o samym Cagliari. Do przeczytania!

2 myśli na temat “I believe I can fly… – Sardynia cz. I.”

    1. Kurczę, Ania, obiecywałam Ci już poprawę w tej materii, a tu faktycznie nadal nam to robienie zdjęć jedzenia nie idzie tak, jak powinno ;( czytaj: czasem nie mamy ich wcale (jak np. z Sardynii), czasem dwa na krzyż. Będziemy nad tym pracować! ;*

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *