TL;DR – Sardynia cz. II.

Zanim zabrałam się za ten wpis, przeczytałam sobie poprzedni – pierwszy o Sardynii i dopiero z perspektywy czasu zauważyłam, ile w nim jest tak naprawdę mojego marudzenia. Jeśli więc też odnieśliście wrażenie, że byłam negatywnie nastawiona do Cagliari, to niestety macie rację. Cały pobyt upłynął mi pod znakiem lekkiego focha na to miasto, którego przyczyn tak naprawdę nie potrafię wyjaśnić. To pewnie znów ten słynny brak chemii. Dziś spróbuję wykrzesać z siebie nieco więcej entuzjazmu, bo Sardynia to – tak obiektywnie patrząc – całkiem fajna wyspa. A mnie już któryś raz dopada taki dziwny syndrom – że na naszych zdjęciach i we wspomnieniach to miejsce podoba mi się bardziej, niż kiedy tam byłam w rzeczywistości.

Zaczynając od początku – na Sardynię lecieliśmy z Krakowa (gdzie mieli te wielkie szachy) no i pech chciał, że nie pojechaliśmy tam autem – tak jak zwykle na to lotnisko, tylko transportem publicznym. W drodze powrotnej, po około godzinie spędzonej w autobusie z lotniska na główny dworzec, czułam się tak źle, że stwierdziłam, że w żaden inny autobus już tego dnia nie wsiądę, chociaż mieliśmy już kupione bilety do domu. No ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, bo dzięki pani z kasy odkryliśmy pewien life hack. Normalny bezpośredni bilet kosztował około 40 zł, ale jeśli kupiło się bilet z Krakowa do Klimontowa, a potem z Klimontowa do Ostrowca, to oba kosztowały już tylko 24 zł. Teraz podobno poszli już po rozum do głowy i można kupić bilet za tę cenę bez żadnych kombinacji, no ale gdyby jednak nie, to wiecie, co robić (na tej trasie) 😉

Nasz transport z lotniska w Cagliari do hotelu przebiegł za to zaskakująco gładko. Z hali przylotów prościutko na stację i cyk do dziwnego pociągu za 1,3 euro. Po kilku minutach wysiedliśmy na stacji kolejowej przy porcie, skąd czekał nas jeszcze około kilometrowy spacer i nawet udało nam się nie zabłądzić i rozpoznać budynek, który widzicie wyżej. Praktycznie nieoznakowany, poza malutką tabliczką przy drzwiach, bo nasz hotel zajmował tam tylko pół jednego piętra. No i nazywał się Budget Rooms Cagliari, czyli w wolnym tłumaczeniu Tomasza ,,cudów to się tam nie spodziewaj”. Szczególnie za niecałe 100 euro za 3 noce, co w drogich Włoszech jest naprawdę budżetową ceną. A tymczasem… Nasz pokój wyglądał tak, że w hotelach, w których zwykle śpimy nazywałby się apartamentem i kosztował z drugie tyle. No może musiałby jedynie być trochę większy 😉

Widać, że ktoś włożył mnóstwo serca w urządzenie go, w znalezienie przedmiotów takich, jak ręcznie malowane szafki. Że nie poszedł na łatwiznę i nie pojechał do Ikei, żeby kupić zestaw podstawowych, praktycznych mebli. Oczywiście, nie ma w tym nic złego, ale to nadal najładniejszy pokój, w jakim miałam okazję spać i jeden z nielicznych, które w mojej głowie wyróżniają się z szarej hotelowej masy. W większości przypadków już tydzień po powrocie niebardzo pamiętam, jak było urządzone miejsce, w którym spałam noc albo pięć. W Budget Rooms Cagliari jest też przesympatyczny, słowny (jak mówi, że będzie za pół godziny, to jest) i bardzo pomocny właściciel, który obdarza swoich gości ogromnym zaufaniem. Naprawdę polecam, jeśli kiedyś zabłądzicie na Sardynię!

A droga ze stacji do hotelu po jednej stronie ulicy prowadziła takimi przejściami – bardzo przypominającymi te w Bolonii. Imigranci też byli, a jakże, ale w Cagliari nikogo nie zaczepiali, tylko stali sobie przy swoich prowizorycznych straganach, czekając na klientów. Sprzedawali okulary przeciwsłoneczne, paski, pokrowce na telefon, torebki. Swoją drogą – uwierzycie, że zapomniałam zabrać na Sardynię właśnie okulary przeciwsłoneczne? Pokarało mnie, bo wiecznie pytam Tomasza – kiedy to on zapomni: JAK można nie pamiętać o OKULARACH?! No to już wiem jak. Normalnie. I cały pobyt się męczyłam, bo na takie od optyka nie było mnie we Włoszech stać (w Polsce udaje mi się zwykle jakieś upolować za 70-100 zł), a doszłam do wniosku, że lepiej chodzić bez okularów niż w takich z niepewnego źródła.

Jeśli chodzi o kościoły, to już pewnie wiecie, że ja nie wiem, nie znam się, zarobiona jestem. O większości z nich nie mam niestety nic do powiedzenia, niech więc Was nie dziwią randomowe zdjęcia świątyń w dalszej części tego wpisu – są zbyt ładne, żeby ich Wam nie pokazać. A że to Tomasz lubi kościoły, to w razie czego bardzo proszę pytania za moim pośrednictwem kierować do niego 😉 Na szczęście… tfu… oczywiście miałam na myśli, że niestety – wiele kościołów w Cagliari było zamkniętych dla zwiedzających. W tych otwartych często z kolei trzeba było zapłacić za zwiedzanie – co przy podejściu Tomasza, który żadnemu kościołowi nie przepuści, szybko przestało być opłacalne. W jednej ze świątyń za ten nasz dobrowolny przymusowy datek dostaliśmy w prezencie haftowaną chusteczkę o bardzo dyskusyjnej urodzie. Pewnie na pamiątkę.

Zwróćcie też uwagę na ilość schodów widocznych na zdjęciach ze starego miasta. Są ich wszędzie dosłownie tysiące i mam pewne przeczucie, że moja nienawiść do schodów w połączeniu z ich liczbą w Cagliari mogła mieć pewien wpływ na mojego focha na to miasto. I to nawet nie chodzi o to, że jestem leniwa, chociaż jestem 😉 Bardziej w tym przypadku obstawiam, że w poprzednim wcieleniu zginęłam (albo przynajmniej porządnie się połamałam) spadając ze schodów i dlatego teraz schodzenie z nich jest dla mnie zawsze jeszcze gorsze niż wchodzenie.

Za schodzeniem pod ziemię też niekoniecznie przepadam, dlatego Tomasz sam zszedł do Krypty św. Restytuty (sąsiadującej z Kościołem św. Anny; wszystkie zdjęcia powyżej), która w czasie II wojny światowej służyła jako schron przeciwlotniczy i stąd te napisy na ścianach. Czekając na Tomasza, troszkę rozmawiałam z panem bileterem, który pożyczył mi nawet krzesełko. Okazało się, że w czasie wojny w bezpośrednim sąsiedztwie krypty w wyniku nalotu dywanowego zginęło kilkaset osób – prawdopodobnie około 200, a kolejnych 250 było rannych. Podobno nie zdążyli się schronić w krypcie – czekali na ulicy na wejście do niej. Strasznie mnie bolą takie historie.

A wracając jeszcze do naszej pieszej trasy stacja kolejowa – hotel, to tuż przy porcie był punkt informacji o transporcie publicznym, w którym udało się nam dowiedzieć też sporo rzeczy takich bardziej turystycznych. No ale przede wszystkim udało nam się kupić bilety – 24-godzinny kosztował 3 euro i co ciekawe, trzeba było go kasować przy każdym przejeździe, a kolejne kody nadrukowywały się jeden pod drugim. Zaskoczyło nas też to, że jakąś część systemu transportu publicznego w Cagliari stanowią podobno… łódki, no ale na taką przejażdżkę się niestety nie załapaliśmy. Chciałabym też z tego miejsca pozdrowić pracującego w tej informacji pana, który wykazał się anielską wręcz cierpliwością i chęcią niesienia pomocy bliźniemu podczas naszego 1000 pytań do…

Pozostając w temacie transportu – być może statek ze zdjęć powyżej rzucił Wam się już gdzieś w moich wpisach w oczy. Ja wypatrzyłam go od razu, najpierw z dość daleka i myślałam, że ktoś tak kreatywnie pomalował jakiś budynek. Potem odkryłam, że to ogromny prom, kursujący po Morzu Śródziemnym do Neapolu, gdzie w 12 godzin można nocą dopłynąć już za jakieś 40 euro. O Boże, jak ja chciałam nim popłynąć! Bo odkryłam jeszcze jedną rzecz – jak bardzo fascynują mnie takie wielkie statki! Wygooglowałam jeszcze na miejscu Moby Dada Napoli i przeczytałam chyba wszystkie dostępne informacje o statku – w życiu nie sądziłam, że będzie to dla mnie takie interesujące.  Na przykład, statek kilkakrotnie był dość poważnie przebudowywany, w tym w Gdyni; przeżył zderzenie z innym okrętem, a w roku 2002 kobieta zginęła, spadając do morza z górnego pokładu…

Okazało się też, że prom miał opuszczać port następnego dnia wieczorem no i oczywiście poszliśmy zobaczyć, jak odpływa. I nawet nie wiecie, jak się cieszę, że na naszych wyjazdach mamy czas na takie ,,pierdoły”, a nie musimy podążać za jakimś ściśle określonym planem. Co ciekawe, w obserwowaniu odpływającego promu nie byliśmy sami – w porcie zebrało się więcej osób i zupełnie jak ja – oglądali wszystko, jak jakiś film dokumentalny. Wjazd ostatnich aut i wsiadanie ostatnich pasażerów na pokład. Zamknięcie wielkich drzwi z tyłu statku i krzątaninę załogi. Odpięcie lin, syreny i powolne, majestatyczne oddalanie się od brzegu. I te światełka w ciemności. 10/10, oglądałabym ponownie, tak jak za każdym razem lubię obserwować, co robią poszczególni pracownicy na lotnisku – i w jednym i w drugim przypadku fajnie patrzy się na zgrany zespół, w którym każdy wie, co ma robić.

A pogrążając się dalej w chaosie tego wpisu (który pod koniec chociaż troszkę spróbuję wytłumaczyć)… Z ciekawszych miejsc w Cagliari udało nam się zobaczyć jeszcze ruiny wykutego w skale rzymskiego amfiteatru – ale niestety tylko z daleka i z góry, bo odbywał się tam jakiś remont i nigdzie więcej nie można było wchodzić. Amfiteatr powstał na początku naszej ery i podobno był świadkiem walk gladiatorów i tym podobnych ,,rozrywek” – aż za dobrze sobie wyobrażam tych biednych ludzi i zwierzęta, wychodzących z drzwi widocznych u stóp dawnych trybun.

Kolejnym must-see w Cagliari jest według wszelkich źródeł Wieża Słonia – dawna brama miejska. Dla mnie to niestety znów trochę takie: aha okej jest, chodźmy dalej, no ale jak najbardziej rozumiem, że kogoś może wzruszyć znacznie mocniej.

Następne ważne miejsce to Bastione di Saint Remy – słynny punkt widokowy, gdzie zrobiliśmy większość naszych zdjęć, na których miasto widać z góry. A tak poza tym to jest to miejsce, w którym panuje wyjątkowo wysokie zagęszczenie na kilometr kwadratowy par nastolatków, okazujących sobie bardzo wylewnie czułość. W sumie nic dziwnego – romantycznie tam, a i ludzi nie ma zbyt wiele, kiedy wieje tak, że omało nie urywa głowy.

Ostatnie miejsce ,,do zwiedzania”, o jakim wspomnę to Piazza Yenne – plac, który zobaczycie bezpośrednio poniżej i który z jednej strony zamyka kilka handlowych uliczek na starym mieście. Wyglądają ślicznie wieczorem i warto się tam zapuścić chociażby dlatego, że w sklepie Aldo na wyprzedaży jest nieprzyzwoicie tanio 😉 No a ewentualnie też dlatego, że można tam spotkać kolorowo ubranych wyznawców Hare Krishna, radośnie śpiewających swoją mantrę i grających na instrumentach. Aż człowiek ma ochotę z nimi iść! A może to tylko ja, w końcu czym skorupka za młodu nasiąknie…

Ale jak to, jak to?! Otóż, kiedy miałam niewiele ponad roczek, moja mama – wzorowa katoliczka swoją drogą – zatrudniła jako moją opiekunkę dziewczynę, która należała do ruchu Hare Krishna. No i podobno idąc za jej wzorem, wesoło sobie podśpiewywałam w wolnych chwilach hare krishna hare krishna krishna krishna hare hare hare rama… Moja mama stwierdziła wtedy, że nie ma co panikować, w końcu opiekunka dobra, a piosenka jeszcze nikomu nie zaszkodziła. Może też dlatego kilkanaście lat później tak mi się spodobała ta mantra w wersji techno (KLIK KLIK), kojarzycie? 🙂 Ja do dziś czasem słucham, na ten przykład teraz.

A na koniec pozostała nam obiecana próba wyjaśnienia chaosu panującego we wpisach o Sardynii. Po pierwszym Tomasz – mój najwierniejszy czytelnik, który nigdy nie stwierdza, że TL;DR – powiedział mi, że tamten wpis był jakiś taki bez myśli przewodniej. Doskonale wiem, że ten też taki jest. Ale jak mogłyby być inne, jeśli dla mnie Cagliari było takim właśnie miastem – bez myśli przewodniej. Kompletnie nie wiem, o co w tym miejscu tak właściwie chodzi; nie umiem w nim dostrzec wyraźnego charakteru; niczego, co czyniłoby to miasto naprawdę wyjątkowym i sprawiło, że chce się wracać. Niby jest ładnie, niby jest fajnie, no ale jednak nie iskrzy. Wybacz, Cagliari!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *