Znowu ten Kijów! – cz. I.

Nieco ponad miesiąc po naszym pięknym ukraińskim Bożym Narodzeniu, wróciliśmy do naszego ukochanego Kijowa na kilka dni. To już nasz trzeci wspólny raz tam, więc bez zbędnych wstępów – proszę za mną 🙂

Pamiętacie matrioszki z Hello Kitty, o których Wam kiedyś wspominałam – że nawet dla mnie są przegięciem? Tym razem udało się nam je uwiecznić. Można je kupić – podobnie jak widoczne powyżej obrazy i całe mnóstwo innego mniej lub bardziej udanego i ukraińskiego rękodzieła oraz dzieł sztuki – na licznych stoiskach przy brukowanej uliczce o nazwie Andriyivskyy Descent. Według nazwy niby prowadzi w dół od Cerkwi Św. Andrzeja – no ale z moich doświadczeń wynika, że znacznie częściej jest potrzeba, żeby pokonywać ją w zupełnie przeciwną stronę – mocno pod górę. A wspomnianej wyżej cerkwi niestety nie można było zwiedzać ani w lutym, ani w… lipcu. Trwał tam jakiś remont wnętrza i chyba trwa nadal – sądząc po ostatnich recenzjach z Trip Advisor. Nam za opłatą oferowano spacerek wokół świątyni na zewnątrz. Dziękujemy, postoimy!

Jeśli pójdziemy dalej za cerkiew, gdzie zobaczymy między innymi tę niewielką kapliczkę, to od Alei Pejzażowej (Peizazhna Alley) będzie dzieliło nas już tylko kilka kroków. To ta z wielką figurą Alicji w Krainie Czarów i całą resztą – sporo zdjęć znajdziecie TU. Aleja Pejzażna to zdecydowanie jedno z moich ulubionych miejsc w Kijowie i już w styczniu bardzo chciałam zobaczyć, jak prezentuje się zimą, bo też byliśmy całkiem blisko, ale tak się zajęliśmy jedzeniem i piciem w Czarnym Prosiaku, a potem bożonarodzeniowym jarmarkiem, że… zapomnieliśmy 😉 Tym razem nie tylko nie zapomnieliśmy, ale też znaleźliśmy w końcu figurę Małego Księcia z Liskiem, którą jakimś cudem przeoczyliśmy za pierwszym razem!

Tak właściwie to chyba nawet wiem jakim – wtedy we wrześniu coś tam sobie pisałam w swoim zeszyciku z notatkami z podroży, stojąc mniej więcej w tej okolicy, gdzie jest Mały Książę i nagle wyrósł przede mną dziwny pan, który spytał mnie o coś w stylu: a szto ty tam tak piszesz?! Odpowiedziałam, że nic takiego i szybkim krokiem oddaliłam się w kierunku grupy, od której się oddzieliłam, nie rozglądając się na boki. Jakoś nie byłam ciekawa, o co tak właściwie chodziło temu łysemu panu gopnikowi o wymiarach 2 na 2 metry. I takim sposobem dopiero w lutym było mi dane zobaczyć, jaki piękny mieniący się płaszcz ma ten Mały Książę. Od tamtego czasu sporo notatek robię w telefonie, no ale wtedy mam z kolei zawsze wrażenie, że taki na przykład przewodnik sobie myśli, że go olewam i cały czas z kimś piszę, a tymczasem ja go słucham uważniej, niż większość towarzystwa 😉

A wracając jeszcze na chwilkę na Andriyivskyy Descent – i to na szczeście na dół ulicy – to już w ostatni dzień, w drodze na lotnisko, zwiedziliśmy tam Muzeum Jednej Ulicy (One Street Museum), w którym na niewielkiej powierzchni znajduje się kolekcja setek, a może tysięcy przedmiotów, które należały do jej dawnych mieszkańców. Na pewno nie jest to muzeum, dzięki któremu pogłębimy, czy zdobędziemy konkretną historyczną wiedzę- bo rzeczy w większości nie są nawet opisane – ale mi się tam bardzo podobało. Czułam się troszkę, jak dziecko, któremu ktoś dał książkę typu „Gdzie jest Wally” lub z bardziej współczesnych – coś z serii „Miasteczko Mamoko”, w której na wszystkich obrazkach jest tyle szczegółów, że przy każdym spojrzeniu na nie zauważamy coś innego i nowego, nie mówiąc już o tym, że dwie różne osoby na pewno zwrócą uwagę na kompletnie różne rzeczy.

Każde miejsce w tym muzeum – zorganizowane dość luźno wokół jakiegoś tematu – było dla mnie właśnie takim obrazkiem i cieszyło mnie tym bardziej, że przez większość czasu byliśmy w tych niewielkich salach sami i nikomu nie przeszkadzały moje wszystkie „patrz Tomasz, patrz Tomasz, patrz!!!”. No może poza samym Tomaszem 😉 Tradycyjnie mamy stamtąd znacznie więcej zdjęć, niż ja mam do powiedzenia, więc ciąg dalszy zdjęć nastąpi, a ja troszkę Wam poopowiadam o praktycznych stronach naszego trzeciego pobytu na Ukrainie.

Po pierwsze, uznaliśmy, że umiemy w Kijów już na tyle, że z lotniska do hotelu Tourist (tak, znowu!) – czyli około 15 km do pokonania –  postanowiliśmy się przedostać transportem publicznym. No i się udało! Najpierw na przystanku przy lotnisku trzeba wsiąść w trolejbus, jadący do najbliższej stacji metra – na przykład numer 22, ale wystarczy dopytać ludzi na przystanku. Bilet kosztuje 4 hrywny (około 60 gr) u kierowcy. W niektórych trolejbusach bilety sprzedają panie konduktorki w czerwonych kamizelkach, które same podchodzą do każdej wsiadającej do trolejbusu osoby. Mandat za jazdę bez biletu wynosi podobno 80 hrywien – około 12 złotych – i szczerze mówiąc myślałam, że te panie są w trolejbusach po to, że gdyby nie one, to mało kto by się w takiej sytuacji przejmował kupowaniem biletów. No ale myliłam się bardzo! Jechaliśmy kiedyś bardzo zatłoczonym trolejbusem bez konduktorki i nagle ktoś stojący za mną podał mi plik drobnych hrywien. Aleosochodzi?!

Gestem pokazał mi, żeby podać hrywny dalej i tak trafiły aż do kierowcy, a potem zakupione w ten sposób bilety takim samym systemem powędrowały do kupujących. Byłam pod ogromnym wrażeniem, że ludzie tak robią, zamiast przepychać się przez tłum, a pieniądze ani bilety nie giną nigdzie po drodze. Szczególnie, że potem, jak już wiedziałam, o co chodzi, to uczestniczyłam też w łańcuszkach, w których ktoś podawał znacznie większą kwotę, zaznaczając, ile potrzebuje biletów i miała do niego wrócić jeszcze reszta. No i oczywiście wracała. Naprawdę piękne zjawisko w czasach, kiedy tak ciężko ufać ludziom! Mogę pozdrowić z tego miejsca na przykład przemiłą panią z allegro, która oszukała mnie na zawrotną kwotę 20 zł 80 gr. Mam nadzieję, że było warto i że te pieniądze odmieniły Pani życie. Może na przykład jest już Pani dzięki nim lotto-milionerką i nie ma Pani czasu na pierdoły? 😉

Ale wracając do samego biletu trolejbusowego, to trzeba było go skasować w nawet-nie-wiem-jak-starym kasowniku z dźwignią. Wkładasz bilet, naciskasz wajchę, na bilecie robią się dziurki. Potem odkryliśmy, że w różnych pojazdach dziurki układają się w różne wzory, co teoretycznie powinno zapobiegać oszustwom. A praktycznie? Jeden bilet skasowaliśmy kiedyś przez pomyłkę dwa razy i nawet trafiła się nam na tej trasie kontrola. Wiemy, co to życie na krawędzi i już w myślach płaciliśmy mandat, no ale pan kontroler nie miał do naszych biletów żadnych zastrzeżeń. Najwidoczniej nie opłacało mu się mieć. A może stwierdził, że jakość kontroli musi odpowiadać jakości usług? Pierwszy trolejbus, którym jechaliśmy pachniał, jakby… się palił. Nie było widać dymu, ani ognia, nikt nie panikował, kierowca nie zarządzał ewakuacji, więc też stwierdziliśmy, że jedziemy dalej.

Zanim przesiądziemy się na metro to wyjaśnię Wam jeszcze o co chodzi ze zdjęciami poniżej. W Muzeum Jednej Ulicy znajduje się jeszcze jedna praktycznie pusta sala, w której na pomalowanych na biało ścianach wiszą takie oto odlewy ludzkich twarzy. Są bardzo realistyczne – odwzorowana jest każda zmarszczka i każdy por skóry. Większości z tych ludzi nie rozpoznaję, ale stanięcie ,,twarzą w twarz” z tymi odlewami to naprawdę dziwne uczucie – jakby miały zaraz otworzyć oczy i zapytać, czemu stoimy tak blisko.

No a na metro prowadzące prosto do naszego hotelu przesiadaliśmy się na stacji Shuliavska, skąd już tylko kilka przystanków na tej samej linii dzieliło nas od Livoberezhnej (Lewobrzeżnej), dosłownie sąsiadującej z hotelem Tourist. Żeton na metro kosztował wtedy jeszcze 5 hrywien (około 75 gr) i tym sposobem z lotniska do hotelu przejechaliśmy za jakieś 1,35 zł od osoby. Ostatnio (czyli od naszego lipcowego pobytu na Ukrainie do teraz) bilety na metro podrożały i kosztują – szok, niedowierzanie – podobno 7 hrywien = około 1,05 zł  (przypomnam, że za tę cenę można się przesiadać dowolną ilość razy, pod warunkiem, że nie wyjdziemy za bramki). A tak fajnie się płaciło za bilety pojedynczymi, 5-hrywnowymi banknotami.

Swoją drogą, czerwona linia metra to jest w ogóle bardzo fajna linia, bo jeśli za Livoberezhną przejedziemy jeszcze kilka stacji i na ostatniej – Lisovej – wyjdziemy odpowiednim wyjściem, to znajdziemy się pod samiutkim wejściem do ogromnej hali targowej, która była jednym z naszych najlepszych przypadkowych odkryć tego wyjazdu; dosłownie na zasadzie – jedźmy metrem do końca, wysiądźmy i zobaczmy, co tam jest. Na hali można kupić WSZYSTKO w bardzo niskich cenach, od babuszek i nie tylko. Przeróżne sery i wędliny, ryby, owoce, warzywa, domowe kiszonki (w tym nietypowe, jak np. czosnek czy jabłka), gruzińskie wypieki i słodycze, miody pitne, grzańca i inne alkohole (z opcją degustacji i konsumpcji na miejscu), pizzę, kawę, herbatę, kosmetyki, drobiazgi do domu, ubrania i jeszcze milion innych rzeczy. Wszyscy sprzedawcy są przesympatyczni i bardzo ich podziwiam za tą pozytywną energię, szczególnie, że pracują od rana do nocy. (A piękna stacja metra poniżej to stacja Złote Wrota.)

Bezpośrednio przy hali targowej na stacji Lisova znajduje się też sklep Roshen, który jeszcze w lipcu był udekorowany dokładnie tak samo jak w lutym – pięknym domkiem, w którym ruchome piernikowe ludki robią przeróżne rzeczy, od pieczenia ciastek po ścielenie łóżka. Stamtąd nie mamy zdjęć, ale AM + sklepy Roshen niezmiennie = WNM, więc namówiłam Tomasza na zrobienie kilku zdjęć we wnętrzu innego sklepu sieci, który już zresztą znacie z naszego poprzedniego wyjazdu 😉 Sztuczne, bardzo żółte światło niezbyt dobrze wpłynęło na te nasze zdjęcia, no ale nie można mieć wszystkiego. Na przykład do listopada mogę sobie tylko pomarzyć o tych pysznych różowych piankach 😉

 

Z rzeczy praktycznych nie miałam też jeszcze okazji opowiedzieć Wam nic o tym, jak to jest z telefonami i internetem na Ukrainie lub też ogólnie poza Unią Europejską. To nie jest tak, że nasze telefony nie będą działać. Powinny złapać zasięg, a my otrzymamy wtedy SMS z informacją o kosztach połączeń. W moim przypadku, gdy Play mnie wita na Ukrainie, to minuta połączenia wychodzącego do Polski kosztowałaby mnie 5 zł, przychodzącego 2 zł, SMS – 1 zł, a 100 kB transmisji danych – 3,6 zł.  Nie brzmi to wszystko zbyt dobrze, również dla osób dzwoniących do mnie, więc kiedy jesteśmy poza UE, to po prostu nie używam swojego polskiego numeru telefonu. Kilka dni bez kontaktu ze światem bywa zaskakująco przyjemne, no ale już kilka dni bez bieżącego dostępu do internetu już niekoniecznie, szczególnie po tym, ile paniki kosztował mnie w Izraelu brak dostępu do informacji o tym, co się dzieje.

Na Ukrainie mieliśmy do tej pory do czynienia z dwoma operatorami – Kyivstar (działa oczywiście na całej Ukrainie, mimo Kijowa w nazwie) i Vodafone. Obie karty SIM pozyskaliśmy w dość nietypowy sposób – Kyivstar kupiliśmy na stoisku na jarmarku bożonarodzeniowym, a Vodafone dostaliśmy za darmo w metrze. Tej pierwszej nie trzeba już było doładowywać; można jej było od razu zacząć używać i tak jest zwykle z droższymi starterami – takimi za 70-100 hrywien (10,5-15 zł), w których dostajemy od razu kilka gigabajtów internetu. Jeśli starter jest tańszy, na przykład za 25 hrywien (około 3,75 zł) albo darmowy, to trzeba go od razu doładować za jakieś 50 hrywien (około 7,5 zł). Czyli na jedno to wszystko wychodzi. (Pamiętacie Jożyka w Tumanie? Jego też odwiedziliśmy w drodze na lotnisko i miałam mu się okazję przyjrzeć znacznie dokładniej, niż za pierwszym razem z wycieczką. No i okazało się, że koleś jest zrobiony ze… śrub!)

Istnieją oczywiście bardziej typowe sposoby zakupu starterów: wizyta w salonie któregoś z operatorów czy też w jednym z niezliczonych komisów z telefonami. Bardzo polecam przykładowo salon Vodafone w galerii Globus przy Majdanie Niepodległości – mają tam naprawdę pomocnych i świetnie mówiących po angielsku pracowników. A jeśli chodzi o komisy, to nie zrażajcie się tym, że na wielu pisze REMONT. Wiem, że to będzie suchar dnia i ciężko będzie powstrzymać tę karuzelę śmiechu, ale na początku naprawdę myślałam, że są pozamykane ze względu na remont i nawet wydało mi się to mocno podejrzane, że w ciągu dnia zobaczyłam kilka takich ,,remontujących się” sklepów. Oświecenie nadeszło dopiero później, kiedy zauważyłam, że one wcale nie są zamknięte i wpadłam na to, że ten REMONT to musi znaczyć naprawa. Telefonów oczywiście.

(Gołębie są oczywiście niezwiązane z tematem, ale tak ładnie przypozowały Tomaszowi, że szkoda byłoby nie pokazać nikomu takich fajnych zdjęć, mimo całej mojej niechęci do tych stworzeń.) Nasze konto jest zwykle ważne miesiąc po doładowaniu, więc przy kolejnym pobycie można albo kupić nową kartę SIM (nie trzeba ich w ogóle rejestrować) albo doładować starą. Zakup doładowania jest oczywiście możliwy w wyżej wymienionych miejscach, ale też w przedziwnych maszynach do wszystkiego (zamawianie taksówek, przelewy, doładowania), które można spotkać na kijowskich ulicach. Jakoś nie mieliśmy odwagi korzystać, bo ich wygląd kompletnie nie wzbudza zaufania. Internet u obu operatorów śmiga za to jak ta lala. A i na mnie najwyższa pora 😉 Ciąg dalszy oczywiście nastąpi.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *