Otwieram umysł, poszerzam horyzonty – Gruzja cz. I.

Gruzja – dla mnie biała karta, dla Tomasza jedno z podróżniczych marzeń. Im więcej dowiadywałam się o tym kraju, tym bardziej po mojej głowie krążyła moja mantra, a może afirmacja? Otwieram umysł, poszerzam horyzonty. Otwieram umysł, poszerzam horyzonty. No i tego się dzielnie trzymałam do samego końca, a jaki był początek?

Wylądowaliśmy w Kutaisi dość późnym wieczorem i mieliśmy spędzić tam tylko jedną noc, a już następnego dnia wyruszyć nad morze, do Batumi. Z lotniska – dość oddalonego od miasta – ciężko byłoby się wydostać o takiej porze, więc miał przyjechać po nas ktoś z hotelu. No i faktycznie, czekał na nas wąsaty pan w swetrze, trzymający kartkę z wydrukowanym nazwiskiem Tomasza. Bardzo miło. Troszkę mniej miło zrobiło się, gdy okazało się, że pan wcale nie był związany z hotelem, tylko był znajomym znajomego właścicielki i uznał, że właściwa kwota za ten przejazd jest dwa razy większa od tej podanej nam przez hotel; no ale z trzeciej strony 10 euro za przejechanie około 20 kilometrów w nocy czyimś prywatnym autem to nadal nie jest wygórowana cena, prawda?

Sam hotel to też oddzielna historia i bardzo się cieszę, że czekała nas tylko jedna noc tam, bo więcej moglibyśmy całkiem realnie nie wytrzymać – wiekowe meble, w tym przeraźliwie skrzypiące łóżko oraz pościel i ręczniki pachnące tak, jakby ktoś nie wyciągnął ich na czas z pralki. Myślę, że jesteście sobie w stanie wyobrazić ten klimat. Do tego jeszcze dziwna właścicielka, która bardzo chciała z nami rozmawiać, więc zaprosiła nas do takiego jakby salonu. Uznała też za świetny pomysł to, żeby usiąść do pianina i zacząć dla nas śpiewać, co przy jej średnim talencie było sytuacją pokroju tego, gdy śpiewają nam ,,Sto lat” i niebardzo wiadomo, co ze sobą zrobić. Na szczęście szybko wykręciliśmy się zmęczeniem po podróży, choć pani udało się nas namówić jeszcze na śniadanie kolejnego dnia, co do którego miałam jak najgorsze przeczucia, ze względu jego cenę – około 14 zł za osobę i na ogólny standard hotelu.

Tymczasem następnego dnia w tym samym salonie przywitała nas ilość jedzenia, która normalnie bywa szwedzkim stołem dla całego hotelu, a tu była tylko dla nas. Pani bardzo długo donosiła kolejne półmiski, niektóre z dość dziwnymi jak na śniadaniową porę potrawami, na przykład z kilkoma rodzajami pierogów. Wtedy też po raz pierwszy spróbowałam chaczapuri – chlebowego placka z serem albo z mięsem. I po raz pierwszy zrozumiałam, o co chodzi w słynnej gruzińskiej gościnności, bo przecież nie ma szansy, żeby to się w jakikolwiek sposób opłaciło gospodyni hotelu. Mimo wszystko pożegnaliśmy się z nią bez żalu i poszliśmy na pobliski postój taksówek, gdzie Tomasz był już wcześniej rano i umówił się z jednym z panów, że ten zawiezie nas do Batumi.

Trasa Kutaisi – Batumi to około 160 kilometrów. Tak, tyle właśnie przejechaliśmy taksówką. W tyłkach się poprzewracało?! A może: kto bogatemu zabroni? Ani jedno, ani drugie. Przejazd kosztował nas… 33 euro. I był właściwie jedyną alternatywą dla tak zwanej marszrutki, czyli malutkiego autobusu, starszego ode mnie, w okropnym stanie technicznym, śmierdzącego, często maksymalnie zapchanego ludźmi. Coś jak na zdjęciu poniżej. Marszrutki znałam już z Ukrainy i miałam silne przekonanie, że ja i moja choroba lokomocyjna plus marszrutka i 160 kilometrów nie równa się nic dobrego. Ciekawostka: w Gruzji wszystkie marszrutki mają trasy opisane tylko i wyłącznie gruzińskim alfabetem. Trzeba więc zawsze pytać kierowców, gdzie jadą, no ale z drugiej strony zbyt wielu turystów raczej nie podróżuje tymi busikami, więc może po prostu uznali, że inne wersje językowe są zbędne.

Nasza taksówka okazała się wiekowym Mercedesem, z równie wiekowym kierowcą. Oba elementy nie do końca wzbudzały moje zaufanie, no ale przynajmniej auto wydawało się kompletne i zadbane, co w Gruzji nie jest taką oczywistą oczywistością. Na ulicach widać mnóstwo powypadkowych aut, których nikt nie naprawia, zarówno prywatnych, jak i nomen omen – taksówek. Ktoś powiedział mi, że powypadkowe auta są masowo sprowadzane do Gruzji i po jako-takim doprowadzeniu do stanu używalności wyjeżdżają na drogi; nikt nie przejmuje się za bardzo estetyką. Brzmi to wiarygodnie, jeśli spojrzeć na ilość podmiejskich warsztatów, pod którymi stoją dziesiątki samochodów w takim stanie, że człowiek od razu przypomina sobie dowcip o tym, że Paaanie, ja to Panu ten przystanek na Audicę wyklepę! Jazda powypadkowym autem o nieznanej historii? Bomba! Zegarowa…

No ale w samej Gruzji też zdarzają się wypadki i stłuczki, a ich ilości ciężko się dziwić, jeśli poobserwuje się troszkę, jak się tam jeździ – bardzo szybko, z wyprzedzaniem na zakrętach/pod górkę/na trzeciego, pod prąd – nawet na rondzie. Do jazdy po alkoholu podchodzi się podobno bardzo restrykcyjnie, ale nie jestem pewna, czy to taka najprawdziwsza prawda w kraju, w porównaniu z którym Ukraińcy czy Polacy to abstynenci. Piesi są wszędzie – spacerują sobie dosłownie środkiem drogi i nikogo to nawet nie dziwi. Drogi z kolei są w opłakanym stanie – jeden z wiozących nas już w Batumi taksówkarzy wpadł w taką dziurę, że byłam pewna, że urwie mu koło. Spoiler alert: jednak nie urwało, ale i tak było mi niesamowicie szkoda pana taksówkarza, który opowiadał nam, że ma 300 zł emerytury, a na nas zarobił zaledwie kilka złotych.

Wszystko to, o czym wspomniałam wyżej sprawiło, że moim największym lękiem, na który nie pomagały nawet afirmacje i mantry było to, że będziemy mieć w Gruzji wypadek samochodowy. I tak właściwie to nawet bardziej niż sam wypadek, przerażała mnie myśl o tym, jak by nas potem ,,ratowali”. Nie udało nam się żadnej uchwycić na zdjęciu, ale na gruzińskich ulicach nadal widywałam karetki, które do tej pory znałam tylko z Muzeum Czarnobyla – takie wiecie, ponad 30-letnie, z brezentowymi noszami jako jedynym wyposażeniem na pustej pace. No naprawdę nie chciałabym do takiej trafić po wypadku. Nie chciałabym tak bardzo, że do teraz na samą myśl coś mi się robi, a nie doszłam nawet do wyobrażania sobie szpitala.

Z czarnobylsko-przydrożnych ciekawostek zerknijcie jeszcze na te rury prowadzone nad powierzchnią ziemi. W strefie tłumaczono nam, że zaczęli w ten sposób prowadzić instalacje już po wybuchu w elektrowni, żeby przy ewentualnych naprawach nie trzeba się było grzebać w napromieniowanej ziemi. A w Gruzji? Robią tak chyba po to, żeby przy wypadkach były efekty specjalne, jak ktoś sobie na ten przykład wjedzie w rurę doprowadzającą gaz do domu stojącego tuż przy drodze. BUM! Tak, wiem, wzbiłam się w Gruzji na wybitne wyżyny w kategorii ,,wymyślanie, co może pójść nie tak”;)

Jeden dość poważny wypadek nawet widzieliśmy, na szczęście już w drodze powrotnej na lotnisko, bo gdyby to było wcześniej, to mogłabym już więcej tam nie wsiąść w nic, co ma koła i czego kierowcą jest Gruzin.  A tymczasem wracamy do naszej taksówki, w której nie dało się nawet zapiąć pasa, bo i po co. Fruwał sobie luźno przy siedzeniu, a pan kierowca przełożył mi ten luźny pas przez  ramię. No bo wiesz, z przodu siedzisz, żeby policja się nie czepiała. No bo wiesz, z przodu siedzę, jak będziemy mieli wypadek, to polecę przez tą szybę dalej niż widzę. Niespecjalnie podniosło to moje poczucie bezpieczeństwa. Podobnie jak to, że w tym kraju luźnych zasad, przy tankowaniu gazu do naszej taksówki wszyscy musieliśmy z niej wysiąść. Jakby naprawdę miała wybuchnąć.

Albo pasące się przy samej drodze zwierzęta, których nikt nie pilnował, nikt ich nie przywiązał do niczego, nikt nie miał dla nich odgrodzonego pastwiska. Siłą rzeczy chodziły sobie wszędzie, gdzie chciały (w tym oczywiście po samej drodze) no i czasem to było nawet śmieszne, jak urocza świnka przy rogatce, którą może wypatrzycie na tym moim zdjęciu, a czasem straszne, jak brunatna martwa krowa leżąca gdzieś przy lesie. Było mi strasznie szkoda krowy i jej właściciela, który miał ją chyba dopiero znaleźć, pewnie, że tak; ale jakoś tak zdecydowanie bardziej zajmowała mnie myśl o tym, jak wygląda auto, które się z tą krową zderzyło i jakie następstwa miał ten wypadek dla jego uczestników.

Ku pewnemu mojemu zdziwieniu i ogromnej uldze, cali i zdrowi dojechaliśmy do granic Batumi. Nasz pan kierowca ,,znam Batumi jak własną kieszeń” i ,,komu potrzebna nawigacja” wydawał się jednak coraz mniej pewny tego, że wie dokładnie, gdzie jedzie – obiecał nas w końcu zawieźć pod samiutki hotel. Mglisty horyzont nadmorskiego Batumi – którego charakterystyczne elementy pokażę Wam z bliska potem – działał na mnie jednak niesamowicie uspokajająco, był jednym z pierwszych pozytywnych akcentów mojej gruzińskiej przygody.

Po wąskich nadmorskich uliczkach krążyliśmy tak długo, że momentami miałam już wrażenie, że nigdy nie znajdziemy tego naszego hotelu, o którym nie słyszała żadna z 48568593 zapytanych przez taksówkarza osób. A technika pytania była przeurocza, takie na przykład zatrzymanie auta na środku ulicy, trąbienie na innego taksówkarza dla przyciągnięcia uwagi i blokujące ruch pogaduszki. I znów nikt się nie denerwuje, nie słychać ponaglających klaksonów. Trąbienie wydaje się mieć w Gruzji tak w ogóle 2 funkcje – właśnie przyciąganie uwagi i ewentualnie mówienie ,,cześć”. Kto by tam trąbił na kogoś, kto blokuje ruch? Widocznie ma potrzebę!

Cierpliwość Gruzinów i ich zdolność do czekania jest w ogóle niewyobrażalna w naszej kulturze, gdzie wszystko musi być teraz zaraz już natychmiast, bo przecież nie mamy czasu na czekanie. Marszrutki nie mają na przykład zwykle rozkładu jazdy, niby jakiś orientacyjny jest, ale nikt się go nie trzyma – marszrutka odjeżdża, jak się zapełni w stopniu zadowalającym kierowcę. Do tego  czasu wszyscy czekają, niepewni godziny odjazdu. Nikt nie narzeka. Jedną marszrutkę sama niechcący opóźniłam. Dworzec wyglądał mniej więcej tak, jak na zdjęciu.  No i tak sobie stoimy i czekamy na skompletowanie znanej tylko kierowcy liczby pasażerów. A mi zachciało się siku. Toaleta gdzieś na dworcu była, no ale jakoś tak niekoniecznie chciałam z niej korzystać. Na milion procent byłaby kucana, a o pozostałych jej walorach estetyczno-zapachowych nawet nie chcę myśleć.

Przypomniałam sobie, że obok dworca jest McDonald’s, a jedną z zalet tej korporacji jest to, że jeszcze nigdzie na świecie nie widziałam, żeby wstawili sobie kucane toalety. Za to w Gruzji po raz pierwszy przekonałam się, że niekoniecznie trzymają się godzin otwarcia, bo wiecie, co tam kogo zbawi, że otworzymy o 9.07 zamiast o 9. No ale przecież w sumie sam pan kierowca mówił, żebym się nie śpieszyła, bo jeszcze mam czas. Ile? Oczywiście nie wiadomo, ale mam. W efekcie cała moja wyprawa na siku zajęła dobre 20 minut, a marszrutka ruszyła sekundę po moim powrocie do niej. Myślałam, że się zapadnę pod ziemię ze wstydu – wszyscy ci ludzie czekali tylko na mnie. W Polsce powitałyby mnie gromkie brawa dla spóźnialskich znane ze szkolnych wycieczek, tam nie było nawet szeptu dezaprobaty. Odjazdy o zagadkowych godzinach z zagadkowych powodów są tam przyjmowane jako coś całkiem naturalnego.

Przeczytałam gdzieś potem, że taka anielska cierpliwość i przyzwyczajenie do czekania nie wiadomo na co i nie wiadomo ile są typowe dla byłych krajów Związku Radzieckiego. W ZSRR załatwienie czegokolwiek, nawet najzwyklejszych codziennych spraw, wymagało podobno silnego wyćwiczenia tych dwóch cech. Podczas gdy my wariujemy z nerwów w 5 minut stania w kolejce w Biedronce, bo mamy poczucie, że marnujemy czas, Gruzini doskonale sobie radzą z wymuszoną bezczynnością. Trochę im nawet zazdroszczę, bo jestem z tych niecierpliwych, dla których musieli wymyślić labirynty kolejkowe na lotniskach. Słyszeliście na pewno, że istnieją tylko po to, żeby dawać nam poczucie, że jednak cośtam się przesuwamy do przodu i tym samym nas uspokajać. I to wszystko na podstawie jakichś badań.

No cóż, odeszliśmy nieco od głównego tematu, ale dotarliśmy w końcu do naszego hotelu. Moje otwieram umysł, poszerzam horyzonty zostało wystawione na jeszcze jedną próbę. Nasz hotel znajdował się w takim oto podwórku no i przyznacie, że ciężko było mieć dobre przeczucia.

A tymczasem okazało się, że moja i Wasza cierpliwość się opłaciła, bo to był właśnie moment, od którego akcje Gruzji w mojej głowie miały iść zdecydowanie w górę. Dostaliśmy ogromny, czysty, ładnie wyposażony pokój. Czekały nas nas powitalne wino i cha-cha (lokalny bimber z winogron) w lodówce, a przy łóżkach nawet hotelowe kapcie. Uff! Mieliśmy też balkon i to wyjście na niego spowodowało, że po raz pierwszy ucieszyłam się, że jestem w Gruzji i pomyślałam, że chcę jak najszybciej poznać Batumi. Sami tylko zobaczcie! Ciąg dalszy oczywiście nastąpi 🙂 I to zdecydowanie bardziej pozytywny, od tego, co widzieliście i czytaliście dzisiaj.

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *