Kto bogatemu zabroni? – Batumi – Gruzja cz. II.

Nie traćmy czasu na wstępy, Kochani! Po wszystkich tych negatywnych rzeczach z poprzedniego wpisu, my z Tomaszem też nie chcieliśmy tracić w Batumi już ani sekundy i zachęceni widokiem z balkonu szybko wybraliśmy się na pierwszy spacer wzdłuż wybrzeża. Na chybił trafił zdecydowaliśmy się iść w prawo i chyba już wiecie, że nie ma dla nas lepszego sposobu na odkrywanie nowych miejsc niż spacer po okolicy.

No i bingo! Bardzo szybko trafiliśmy na stację nowoczesnej kolejki linowej Argo. Uznałam, że zobaczenie okolicy z góry to świetny pomysł – może akurat wypatrzymy jakieś ciekawe rzeczy? A może jednak nie? No bo cóż, jakby Wam to… W przypadku Batumi z góry widać akurat dokładnie to, co z każdego innego miejsca – wśród szarości miasta rzucają się w oczy te same punkty charakterystyczne, zlokalizowane głównie wzdłuż linii brzegowej. Niektórzy nazywają tą nadmorską okolicę gruzińskim Las Vegas, ze względu na ilość świateł i tandetnych budowli.

Coś w tym kurczę jest, bo sama miałam momentami wrażenie, że pozwolenia na budowę znajduje się w Gruzji w chipsach albo, że jakbyście zgłosili chęć postawienia tam budynku w kształcie futurystycznej szklanej psiej kupy, to urzędnik zaklaskałby w ręce i powiedział radosnym głosem: ach tak, psia kupa, buduj oczywiście, to z pewnością ożywi turystycznie nasz region! Chcecie przykładów?

Oto i przykłady. No bo kto dajmy na to powiedział, że w XXI wieku nie można sobie machnąć czegoś na wzór Koloseum, tuż obok pochyłego domu do góry nogami, a jeszcze kawałek dalej jakiejś randomowej kolumnady? Albo i dwóch? Kto bogatemu zabroni, no kto?

Nikt nie zabroni mu też mieszkać w apartamentowcu o dziwnym kształcie, średnio pasującym do otoczenia, ale co tam! Na zdjęciach promocyjnych ładnie wygląda i pewnie znajdą się chętni do wydania miliona monet na mieszkanie tam, a potem pozostanie im już tylko lans na apartament w jajku albo w depilatorze!

Gdyby nasz Pan Bogaty, mieszkający w tej wielkiej cyferce ,,0″, poczuł chęć wybrania się do McDonald’s, to też wcale nie musi iść do żadnego zwykłego plebejskiego, bo nieopodal ma do dyspozycji taki przybytek z mocno limitowanej edycji, jedna sztuka, tylko w Batumi 😉 A tak poważnie to to całkiem fajny Maczek, z tarasem i ogrodem na górze, 10/10, jadłabym ponownie.

Wśród tego architektonicznego misz-maszu, naszą uwagę zwrócił jeszcze przedziwny pałac ślubów, trochę jak ufo, trochę jak na wpół otwarte oko, trochę jak małża w wielką perłą w środku. Pod spodem inne mniej lub bardziej zidentyfikowane obiekty – arcydzieła współczesnej myśli projektowej 😉

A ten budynek poniżej? Musicie mi uwierzyć, że na żywo jest ogrooooomny i naprawdę imponujący. No nawet powiedziałabym, że piękny, szczególnie, gdy słońce oświetla jego jasne, czyściutkie (bo nowe) ściany. I tak jak z nas dwojga zwykle to Tomasz jest mistrzem zasypywania lokalnych mieszkańców pytaniami, tak tym razem ja krążyłam wokół tego budynku tak długo, aż znalazłam kogoś, kogo mogłam spytać, co to tak właściwie będzie. Największy meczet świata? Centrum kultury arabskiej? Z odpowiedzią przyszli mi panowie, układający ostatnie kostki brukowe wokół tego kolosa. Będzie to… hotel, w którym kompletnie nie rozumiem czemu, ale Tomasz nie chciał nam zarezerwować miejsc na nasz następny potencjalny pobyt w Batumi.

Dużą popularnością cieszą się też w Batumi muzyczne fontanny, znane też jako tańczące. Znajdziecie je między innymi nad samym brzegiem morza i tam – szczególnie nocą – faktycznie robią ogromne wrażenie, głównie pewnie przez swój rozmiar. Ale i tak pan Poroshenko już sobie wybudował na Ukrainie większe 😉

Są oczywiście i czysto pozytywne aspekty tej całej kreatywności w budowaniu, na ten przykład taka oto huśtawka dla osób na poruszających się na wózku. Naprawdę szanuję, naprawdę doceniam!

Szanuję i doceniam też rozmach pomysłu na fontannę z cha-chą (lokalnym bimbrem z winogron), o której ktoś mi opowiedział przed moim wyjazdem i sądziłam, że próbuje mnie nabrać, no bo jak to, jak to, fontanna z alkoholem? Ale już na miejscu w informacji turystycznej dowiedziałam się, że ona faktycznie istnieje i to pod pod samiutkim naszym nosem – widzieliśmy ją z okna hotelu. No tylko, że akurat nie działała – jak wszystko w tym kraju – dodała z westchnieniem pani z informacji. A jak jeszcze działała, to alkohol nie leciał oczywiście z niej przez cały czas, tylko raz w tygodniu przez kwadrans. Czy coś się zepsuło, czy może ktoś uznał, że darmowy bimber to jednak nie taki świetny pomysł? Tego nie wie nikt.

Co jeszcze w Batumi nie działa? Ano część jednego z najbardziej rozpoznawalnych budynków w mieście, bo teraz przechodzimy już do tych bardziej znanych budowli o nieraz dyskusyjnej urodzie 😉 Tak, tak, chodzi oczywiście o to młyńskie koło. Według miejscowych nie działa praktycznie nigdy, więc mam nieodparte wrażenie, że umieszczono je tam głównie po to, żeby pokazać, że się da. W końcu to podobno budynek uczelni technicznej, niech przyszli inżynierowie wiedzą, że najważniejsze, żeby wszystko dobrze wyglądało. Dobrze pracować już nie musi 😉

Świetnie działa za to ruchoma rzeżba Ali i Nino, którą mogłabym obserwować godzinami, a i tak nie rozgryzłabym zagadki tego, jak to możliwe, że te metalowe postaci tak płynnie się przenikają. To kompletnie nie na moją antytechniczną głowę, w której wydawało się to niemożliwe, a jednak działo się na moich oczach. Magia!

Ali i Nino to tak w ogóle bohaterowie powieści o tragicznie zakończonej wielkiej miłości. Co ma to wspólnego z Batumi? Prawdopodobnie tyle, że Nino to gruzińska księżniczka, a Batumi leży w Gruzji, więc wiecie 😉  W każdym bądź razie mam wrażenie, że Batumi nie wystarcza bycie gruzińskim Las Vegas, bardzo chciałoby też być gruzińskim miastem miłości no i oprócz prawdziwej magii jest czasami też magia nieco na siłę. Romantyczne  rzeźby i serduszka wydają się być wszędzie. W tym na kubku, który sobie tam kupiłam, no ale ciiiii, innych akurat nie mieli.

Nastrój nam się chyba udzielił, bo całe 2 razy wybraliśmy się do restauracji poleconej nam w hotelu. Wygląda niestety na to, że mistrzami robienia zdjęć jedzeniu nadal nie jesteśmy, szczególnie, jeśli jest takie pyszne, jak było tam i jeśli tak dużo się wokół nas dzieje. Trafiliśmy tam na przykład na jedną ze słynnych gruzińskich rodzinnych uczt, która rozgrywała się obok nas – w części restauracji. Toasty, uściski, te rzeczy.  Z perspektywy czasu zastanawia mnie, że nie obstawili się z każdej strony parawanami, jak to się zwykle dzieje w naszym kraju. No ale bardzo dobrze, przynajmniej mogliśmy sobie dyskretnie poobserwować miejscowe obyczaje imprezowe.

A że restaurację nam polecono, to podwójnie dobrze, bo gruziński alfabet momentami mnie doprowadzał do szału. Niepodobne toto do niczego, posługuje się nim zaledwie kilka milionów osób. A ty biedny turysto, DOMYŚL SIĘ – czy stoisz akurat pod restauracją, czy pod mięsnym. Gruzini dla odmiany są ze swojego alfabetu wyjątkowo dumni – wybudowali nawet w Batumi na jego cześć Wieżę Alfabetu, całkiem ładną – trzeba przyznać. Za kilkanaście złotych można wjechać windą na jej szczyt, no ale darowaliśmy to sobie, skoro już widzieliśmy Batumi z góry. Na wieży znajduje się też restauracja, ale podobno szału nie ma, tyłka nie urywa. Nasza na pewno była lepsza! I skandalicznie tania na dodatek.

A teraz przed nami jeszcze trzy miejsca w najbliższym otoczeniu Batumi. Po pierwsze, ogród botaniczny, niepodobny do znanych mi do tej pory miejsc tego typu. Położony na górze, wydaje się trochę dziki. Spod drzew można zbierać cytrusy. Mają nawet bambusowy las – chociaż ten ze zdjęcia położony jest gdzie indziej, nad morzem. Całe życie nie widzieć żadnego bambusowego lasu, a w Batumi od razu dwa? Tyle wygrać! Do ogrodu botanicznego raczej nie polecam wybierać się marszrutką, bo może i lokalni mieszkańcy będą nas traktować jak VIPów (tudzież osoby niezdolne do samodzielnej egzystencji), bo obcokrajowiec w marszrutce to jest wydarzenie i trzeba mu pomóc w czym tylko się da, ale z drugiej strony, możecie potem na tej górze utknąć na nieznaną nikomu ilość czasu, bo rozkład jazdy przecież jest bardzo umowny 😉 O ile jest.

Po drugie, twierdza Gonio, której nie mieliśmy w planach, no ale tak wyszło, że tam trafiliśmy. W sumie miło było tam pospacerować i zaobserwować jakże nieunioeuropejskie podejście do zabezpieczania tego typu miejsc. Zapatrzysz się i wleziesz w 10-metrową dziurę? Twój problem, może jakoś wyleziesz, a może jednak cię spróbujemy wyciągnąć, jak bardzo się połamiesz. Schody bez barierki prowadzące do podobnej dziury? W czym problem, po schodach nie umiecie chodzić?!

No a prawie na koniec została nam krótka historia naszej nieudanej próby nielegalnego przekroczenia lądowej granicy gruzińsko-tureckiej w Sarpi. Plan był prosty i do pewnego momentu szedł całkiem dobrze. Według pani z informacji turystycznej potrzebowaliśmy tylko paszportów, a więc paszporty w dłonie – check, marszrutka do Sarpi – check, taaaaaka kolejka po stronie gruzińskiej – check (wypuścili nas), postawienie stopy na tureckiej ziemi, zjedzenie kebaba i powrót – ERROR. O i to jaki ERROR. Po stronie tureckiej siedział celnik, który po angielsku ni chuchu. Zrozumiałam coś o wizie, no ale jaka wiza, jak miał wystarczyć paszport, nie mam żadnej wizy, co pan chce ode mnie?

Pan gestem nakazał mi i Tomaszowi zaczekać z boku, a po chwili przyszedł po nas kolejny celnik z gatunku niemówiących po angielsku, zabrał nam paszporty i zaczął nas gdzieś prowadzić niekończącymi się korytarzami obitymi blachą falistą. Będą nas aresztować czy deportować za próbę nielegalnego wtargnięcia na terytorium Turcji? Śmiejcie się, śmiejcie, milczący Turcy wyglądają naprawdę groźnie. Poza tym cierpię na jakiś nieuzasadniony pierwotny lęk, kiedy ktoś zbyt długo trzyma w rękach mój paszport. Dotarliśmy do jakiejś budki, w której pan na szczęście mówił po rosyjsku no i okazało się, że groźny pan celnik prowadził nas po prostu do miejsca, gdzie możemy sobie kupić wizę. Za jedyne 30 dolarów od osoby.

Trochę drogo by nam wyszedł ten kebab, więc grzecznie podziękowaliśmy, chociaż ja do ostatniej chwili spodziewałam się zwrotu akcji w stylu groźnego pana celnika krzyczącego: teraz to kupować te wizy, *urwa, jak już z wami tyle przeszedłem!!! Być może nie krzyczał głównie dlatego, że i tak byśmy nie zrozumieli. Niedługo potem cieszyliśmy się z powrotem wolnością po gruzińskiej stronie. Na pamiątkę tej przygody mamy tylko dziwne stempelki w paszporcie – opuszczenie Gruzji i powrót do Gruzji w może półtoragodzinnym odstępie, bo zahaczyliśmy jeszcze o sklep wolnocłowy na uspokojenie skołatanych nerwów.

A na taki już prawdziwy koniec zostały nam też trzy, ale tym razem randomowe batumskie ciekawostki. Po pierwsze Goodwill w Batumi to nie ten charytatywny ciucholand, a sklep spożywczy, z cenami, które każą się poważnie zastanowić nad tym, jak ludzie się tam w ogóle utrzymują. Jeśli z kolei traficie w Gruzji na jakieś centrum handlowe, to jest duże prawdopodobieństwo, że ogarnie Was ogromna nostalgia, bo będzie wyglądało tak jak u nas we wczesnych latach dwutysięcznych. Mam też wrażenie, że część towarów mniej więcej od wtedy tam leży.

Jeśli jesteście z kolei wielbicielami opuszczonych miejsc, to nad samiutkim morzem znajdziecie opuszczony odkryty aquapark. Tym razem silne Chernobyl vibes. I do dziś nie wiem, o co chodzi z tą niebieską zjeżdżalnią. Jest trochę jak z jakichś czarnych żartów. Kto ma dziecko, niech da dziecko, hyc na zjeżdżalnię, dziecko w kosmos bęc 😉

No i w końcu, czy w kraju takiego rozmachu moda ślubna mogłaby wyglądać inaczej? Moje wielbiące tandetę i błyskotki serduszko kompletnie się rozpłynęło przy tej sukni. Nad samym Batumi w sumie też się nieoczekiwanie rozpłynęło i czeka na powrót. Słyszysz, Tomaszu? ♥

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *