Georgia on my mind – Gruzja cz. III.

Boże, jak ja nie chciałam jechać z Batumi z powrotem do Kutaisi.. To chyba tylko ja jedna wiem. No i może Tomasz też ćośtam na ten temat wie, bo dość intensywnie próbowałam go przekonać do zmiany planu naszego pobytu. Najwidoczniej nie lobbowałam jednak w tej sprawie wystarczająco przekonująco, bo zdecydowanie zbyt szybko przyszedł ten dzień, kiedy musieliśmy się spakować, napić się z panem z hotelowej recepcji pożegnalnego wina i ruszyć w stronę zachodzącego słońca.

A tak dokładniej to w stronę dworca marszrutek, bo uzgodniliśmy, że damy im szansę. Na zasadzie wiecie, pójdziemy, zobaczymy, a jak nie będę chciała, to pojedziemy taksówką. Jeśli pamiętacie, co pisałam na temat marszrutek i jakie zdjęcia Wam pokazywałam, to na pewno doskonale wiecie, że nie chciałam. Planowałam się udać na ten dworzec tak bardziej kurtuazyjnie, żeby nie było, że nie próbowałam; rozejrzeć się dookoła po śmierdzących, starszych ode mnie autach; stwierdzić, że życie i mój żołądek są mi jeszcze miłe no i ruszyć do najbliższej wzbudzającej zaufanie taksówki, których na dworcu jak to na dworcu – pewnie nie będzie brakowało.

Życie spłatało mi figla, bo nasz busik do Kutaisi okazał się nowy i komfortowy. Argumenty zostały mi wytrącone z ręki. Tomasz zagadał z panem kierowcą, żebym mogła siedzieć z przodu, bo inaczej będzie mi niedobrze. Świetna reklama na początek podróży, nie ma co. Na miejscu kierowcy stwierdziłabym: to tym bardziej niech siedzi gdzieś daleko ode mnie, no ale on jakoś się mnie nie bał. Siadam, patrzę, a tam pan kierowca ma dotykowy ekran i słucha sobie jakiegoś disco-gruzino na YouTubie. No tego to się nie spodziewałam. Żeby było jeszcze śmieszniej, to po końskiej dawce Aviomarinu szybko usnęłam i zbudziłam się tuż przed Kutaisi, cała, zdrowa i nawet bez mdłości. Kolejne wyjście ze strefy (dosłownie) komfortu – zaliczone. I to za kilkanaście złotych od osoby.

Kutaisi przywitało nas po raz drugi fontanną na swoim centralnym placu i restauracją z obsługą wydającą się żywić niewyjaśnioną niechęć do obcokrajowców. Było zostać w Batumi, prawda? Za to nasz kolejny hotel – a właściwie mieszkanie w prywatnym domu – nastroiły mnie bardzo optymistycznie, w dużej mierze dzięki przesympatycznemu właścicielowi Petro i butelce powitalnego wina. Swoją drogą, to znów był jeden z tych wyjazdów, który pokazał mi, jak bardzo się zmieniłam przez te nasze podróżnicze lata. Wspominałam Wam już, że kiedyś problemem było dla mnie spakowanie się nawet na jedną noc i spędzenie jej poza domem. Podczas tego wyjazdu zaliczyliśmy 4 hotele, co chwilę musiałam się pakować i przyzwyczajać do nowego miejsca. I co? I nic. Nie robi to już na mnie żadnego negatywnego wrażenia.

Jednym z pierwszych wspaniałych odkryć w Kutaisi kolejnego dnia był ogromny targ, myślę, że największy, na jakim byłam. A tam? Hektolitry domowego wina w butelkach bez etykiet i banderoli. Czurczchele – to te takie jakby kiełbasy, a w rzeczywistości orzechy lub suszone owoce na sznurku, oblane winogronową (zaschniętą oczywiście) ,,galaretką”. Tak, jak orzechów nienawidzę, tak te z suszonym jabłkiem stały się jednymi z moich ulubionych słodyczy i na szczęście można je czasem kupić też na Ukrainie. Te cosie wyglądające jak kawałki kolorowych skór to też naleśniki z tej galaretki – do dziś nie rozumiem, co się z nimi robi, ale na pewno można je po prostu zjeść jakoś przekąskę. I te sery bez lodówki – kto by się tam przejmował?

No i to by było na tyle. Oczywiście żartuję, chociaż resztę naszych odkryć z Kutaisi i jego okolic przyjęłam ze znacznie bardziej umiarkowanym entuzjazmem (no może poza jednym, ale o tym za chwilę), ale Tomaszowi się podobało, więc może i Wy coś znajdziecie dla siebie? Po pierwsze, mamy w mieście ogród botaniczny, który jest tak właściwie całkiem fajnym miejscem na spacer. Pewnie podobałoby mi się jeszcze bardziej, gdyby nie deszcz i zimno, no ale cóż, zimowa kurtka w kwietniu i jedziesz dalej. Jako główna atrakcja tego ogrodu przedstawiana jest kapliczka w pniu drzewa – można do niej nawet wejść. Na zdjęciach wygląda jak z bajki, na żywo nie zrobiła na mnie szczerze mówiąc zbyt dużego wrażenia.

Wtrącenie nie do końca na temat: Kutaisi również ma swoją kolejkę linową, to chyba jakaś gruzińska specjalność, no ale może jest w tym jakaś logika – na przykład może z jakiegoś powodu jest to dobry środek transportu dla lokalnych mieszkańców? Przejazd tą kolejką nie dostarcza raczej większych emocji, ale spójrzcie tylko na te domy nad samą rzeką. Nie ma moje słabe nerwy. Podobnie jak domy na skraju skał i skalnych ścian. No ale tak się w tym kraju widać też buduje.

Po drugie, z jakiegoś powodu w Kutaisi znajduje się gruziński Parlament. Pojechaliśmy, zobaczyliśmy. Trochę jak ZUS w Lublinie, trochę przywodzi na myśl rozmach architektury Batumi. Pogawędziliśmy z przemiłym ochroniarzem, ale zwiedzanie w środku nie było możliwe. Za to co ciekawe, teren nie jest w ogóle ogrodzony  (ani tak naprawdę gotowy, mam wrażenie) i można podejść prawie pod samiutkie drzwi.

Po trzecie, Tomasz gdzieś przeczytał o Mtsvane Kvavila Monastery, no więc obraliśmy właściwy kierunek i droga do kościółka okazała się znacznie bardziej ciekawa, niż sam kościółek. Najpierw mijaliśmy jakichś starszych panów, którzy przy stoliku rozstawionym przy drodze pili sobie wódkę czy inny tam bimber. Zawołali Tomasza, żeby napił się z nimi, odmówić oczywiście nie mógł, kielicha wychylił, chwilkę pogadał, poszliśmy dalej. Dzień jak co dzień w Gruzji. No i tak idziemy i idziemy, kościółek na górze widać całkiem blisko, ale jak się tam dostać, to nie wiadomo ni chuchu. Pech chciał, że o drogę mogliśmy zapytać jedynie chłopców grających na ulicy w piłkę. Ze starszego pokolenia wszyscy w Gruzji mówią po rosyjsku. Te dzieciaki? Ani trochę.

Stwierdziłam, że spróbuję do młodzieży zagadać po angielsku. No i bingo. Prawie. Jeden zrozumiał. Zaczął nawet coś tłumaczyć, ale brakło mu słów. Postanowił, że nas zaprowadzi i tak też zrobił, co boleśnie przypomniało nam, że nie mamy już tych 8 lat. Dzieciak prawie wbiegł na górę i nie złapał nawet zadyszki. My, podążając za nim, byliśmy na granicy zawału serca i bliscy wyplucia płuc. No ale trafiliśmy! Mnie osobiście znacznie bardziej od kościółka zainteresował cmentarz i nagrobki ze zdjęciami. I jeszcze stoliki przy grobach, ciekawe, jaka tradycja za tym się kryje. Pewnie jakaś wesoła, sądząc po radosnej rozmowie z rodziną jednego ze zmarłych. Powiedzieli, że można robić zdjęcia, no to zrobiliśmy. (Google podpowiada, że ową wesołą tradycją jest wznoszenie toastów winem za zmarłego.)

Zrobiliśmy też kilka wycieczek poza Kutaisi. Jedna z nich zaprowadziła nas do Monastyru Gelati (zdjęcia wyżej) – całkiem uroczy, malowniczo położony, fotogeniczny. Ale o ile łatwo było się tam dostać marszrutką, to z jakiegoś powodu na powrotną musielibyśmy czekać około miliona godzin. Celem ułatwienia sobie powrotu zaprzyjaźniliśmy się z jakimś Azjatą, no i tak sobie staliśmy i debatowaliśmy o tym, skąd pośrodku niczego wziąć taksówkę, a tu nagle podszedł do nas wąsaty pan w swetrze i mówi, że nas zawiezie. Alleluja! Pytamy za ile, a pan mówi, że nie chce pieniędzy, bo i tak wraca z żoną do miasta i to żaden problem. Odwiózł nas praktycznie pod sam dom i pieniędzy faktycznie nie wziął. Dziwne. Chociaż jak mieliśmy się przekonać, nie takie znowu dziwne w Gruzji.

Druga nasza wycieczka – również marszrutką – zaprowadziła nas  do kolumny Katshki – którą, żeby było zabawniej widzieliśmy podczas lotu do Gruzji w magazynie WizzAira. Natomiast z cyklu troszkę zabawne, a troszkę straszne/smutne, nie mogę zapomnieć o kierowcy owej marszrutki, który miał tak duży brzuch, że opierała się na nim kierownica. Po bliższym przyjrzeniu się okazywało się, że ma w brzuchu wgłębienie od tejże kierownicy i chyba tylko dzięki temu jest w stanie nią kręcić. No ale ile on biedny musiał spędzić czasu za tym kółkiem, że aż coś takiego powstało?

Troszkę byliśmy zawiedzeni, bo według magazynu Wizz na szczycie kolumny mieszka mnich, a w rzeczywistości podobno domek nie jest zamieszkały. I nie można wchodzić na górę. No ale i tak uważam to za jedno z ciekawszych miejsc, które widzieliśmy w Gruzji, a może i w ogóle podczas naszych podróży. Jeśli kiedyś tam zabłądzicie bez auta, to miejcie na uwadze, że marszrutka zostawi Was właściwie pośrodku jakiejś drogi, skąd czeka Was jeszcze całkiem długi spacer polną drogą, a potem pod górę. A po drodze nie są przewidziane ani toalety, ani kosze na śmieci, ani sklepy z napojami. Aż dziwne, że nie wykorzystują tego miejsca bardziej turystycznie, prawda?

Kiedy zeszliśmy z góry i zastanawialiśmy się, co robić dalej, zatrzymał się przy nas samochód i przemiła para Rosjan z małą córeczką zaproponowała nam podwiezienie do najbliższego miasteczka – Chiatura. Brzmiało jak dobry pomysł, bo uznaliśmy, że tam zdecydowanie łatwiej będzie nam złapać busik do Kutaisi niż przy drodze, przy której nie było nawet przystanku. A przy okazji zwiedzimy kolejne miejsce. I tak, to była już nasza druga darmowa podwózka w Gruzji. I druga, która znalazła nas, a nie my ją.

Czy w Chiaturze było coś ciekawego? Niekoniecznie. Dwie stare kolejki linowe rodem z horroru – raczej transportowe niż widokowe, sądząc po rozmiarze i zakratowaniu okienek. Do jednej odważyliśmy się wsiąść, do drugiej już nie. Trochę budynków przywodzących na myśl Czarnobyl – z tym, że działających, jak na przykład stacja jednej z kolejek. Tomasz znalazł też jakiś kościółek czy kaplicę na skale – nie wiem do końca, bo tam nie poszłam, widziałam tylko zdjęcia. Mini-park na rynku. O i tyle. Mieszkańcy nie potrafili nam powiedzieć, co jeszcze warto zobaczyć, więc założyliśmy, że nic. Dla mnie najciekawsze były chyba te wszystkie ściany skalne, na których i między którymi położone jest miasto.

Gdybyście chcieli pokonać trasę Chiatura-Kutaisi lub jakąkolwiek inną w Gruzji pociągiem, to teoretycznie się da, a praktycznie serdecznie odradzam. Często jest tak, że na danej trasie jedzie jeden pociąg dziennie, a informacje o godzinie jego odjazdu są bardzo sprzeczne. W informacji turystycznej powiedzą Wam, że będzie o 7; na kompletnie opustoszałej stacji kolejowej w jedynym czynnym okienku powiedzą, że chyba odjechał o 5, ale tak w sumie to nie wiedzą. Koniec końców i tak wylądujecie w marszrutce wraz z młodymi ludźmi z mnóstwem sprzętu wspinaczkowego i goglami opalonymi na twarzy. W końcu Gruzja słynie z miejsc do wspinaczki skałkowej. A karma wraca, bo zastanawiałam się wtedy, jakim cudem można się aż tak opalić na twarzy, a tego lata już doskonale wiem 😉

Tak nasz pobyt w Gruzji dobiegł końca. Zaliczyliśmy jeszcze jedną darmową podwózkę – na lotnisko zawiózł nas Petro, właściciel naszego ,,hotelu”. Okazało się, że na lotnisku w Kutaisi panują dziwne zwyczaje – nawet z kartą pokładową wydrukowaną po odprawie online i nawet tylko z bagażem podręcznym i tak trzeba było podejść tam do odprawy, gdzie wydrukowali nam swoje podłużne karty i – o zgrozo – zważyli bagaż podręczny. Jakimś cudem, dosłownie o gramy, zmieściliśmy się w limitach, no ale kompletnie nie byliśmy przygotowani na to psychicznie. Mam nadzieję, że im się już te wszystkie procedury znudziły. I że niedługo będziemy się mogli o tym przekonać 😉

KONIEC 🙂

2 myśli na temat “Georgia on my mind – Gruzja cz. III.”

  1. Uwielbiam Twój sposób pisania! Zaczytalam się dziś rano w 3 gruzińskiej postach (pierwszy żeby było „re-fresh” ). O mało się do robola nie spóźniłem!!!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *