A miało być tak pięknie – Nicea/Monako 04.2018

Nie wierzę w pecha i tym podobne rzeczy, ale nasz drugi wyjazd do Nicei ciężko mi zaliczyć do udanych. Dla mnie był też wyjątkowo krótki i niezbyt wiele mam Wam do opowiedzenia, no ale po kolei z tym naszym ciągiem nieszczęśliwych zdarzeń 😉

Po pierwsze, nasz lot przesunięto na późniejszą godzinę, wylądowaliśmy tam więc już wieczorem i zaczęliśmy szukać naszego wynajętego przez airbnb mieszkania z widokiem na morze przy Promenadzie Anglików. Odnalezienie go poszło nam zaskakująco sprawnie, właściciel był przemiły. No tylko, że po jego wyjściu okazało się, że w mieszkaniu jest szereg usterek – takich raczej upierdliwych i nie do naprawienia w 5 minut. Wyobraźcie sobie na przykład – tylko z tych poważniejszych – niedziałającą spłuczkę w toalecie i drzwi od lodówki wiszące po jej otwarciu na jednym zawiasie. Oprócz tego było brudno i wiele rzeczy było wyraźnie zniszczonych. I to wszystko za cenę jedynie odrobinę mniejszą niż zwykły hotel, po prostu chcieliśmy z ciekawości wypróbować airbnb.

Swoją drogą, nicejskie lotnisko znajduje się na końcu Promenady Anglików i dzięki temu nad morzem ciągle można obserwować startujące i lądujące samoloty. Również z lotniska pochodzą dwa zdjęcia powyżej. Pierwsze rozbawiło mnie ze względów językowych, znowu gra słów wynikająca z tego, że Nicea to po angielsku Nice. Tym sposobem powstaje nam ,,miła obsługa”, a jednocześnie ..nicejska obsługa”. Na drugim chciałam Wam pokazać, jaki tam panuje godny Monako chaos – wiecznie się tam gubimy i nigdzie nie możemy trafić

Wracając do airbnb, dalsze wydarzenia potoczyły się szybko – nasze zdenerwowanie osiągnęło apogeum; zadzwoniliśmy do właściciela, żeby go poinformować, że wychodzimy z powodu usterek i czekamy na zwrot pieniędzy no i… wyszliśmy. Kiedy trochę ochłonęłam, pomyślałam, że rozsądniej byłoby wtedy zostać w tym mieszkaniu jeszcze te 15 minut i na spokojnie sobie zarezerwować nowy hotel, ale wtedy nie mieliśmy już ochoty być tam ani chwili dłużej. Wyszliśmy więc na ciemną ulicę i dopiero tam zajrzeliśmy na booking.com, ścigając się z czasem, bo okazało się, że po całym dniu w podróży mój telefon miał już tylko kilka procent baterii, a w całym tym zamieszaniu nie pomyślałam, żeby go naładować. Ale uff, udało się!

Gdybyście byli ciekawi, czy właściciel mieszkania zwrócił nam pieniądze, to oczywiście nie. Ale zrobiło to airbnb, więc niby wszystko fajnie, niby wszystko bezpiecznie, ale jakoś po tej przygodzie skutecznie się wyleczyliśmy z pomysłu korzystania z tego portalu i był to nasz pierwszy i ostatni raz. Do nowego hotelu dotarliśmy już w okolicy północy, źli, zmęczeni i głodni. Nie brzmi jak wymarzony początek pobytu na moim kochanym Lazurowym Wybrzeżu, prawda? Nowy hotel na szczęście ukoił nasze nerwy – już nie nad samym morzem (chociaż i tak blisko), ale czyściutki, kameralny, z nowym i działającym wyposażeniem. I jeszcze z darmowym pysznym śniadaniem w francuskim stylu i wodą dostępną bezpłatnie w recepcji, co przy tamtejszych cenach było wybawieniem (Evelia Hotels, gdyby ktoś z Was potrzebował).

(Ciągle nie mogę się nadziwić, jak bardzo i naprawdę lazurowa jest ta woda. Z ciekawostek: na Lazurowym Wybrzeżu powszechne i akceptowane jest opalanie się topless, dlatego od kilku minut siedzę i się przyglądam, czy przypadkiem nie wrzucam niestosownego zdjęcia. No ale chyba nie.) Drugiego dnia przy croissantach i soku pomarańczowym nabierałam więc na nowo optymistycznego podejścia do tego wyjazdu. W planach mieliśmy wyjazd do Monako, któremu chciałam dać drugą szansę po tym, jak za pierwszym razem nie zrobiło na mnie zbyt dobrego wrażenia, ale miałam dość poważne podejrzenia, że mogła to być wina mojego podejścia. (Swoją drogą, nadal szczerze polecam przejazd na tej trasie pociągiem – piękne widoki i komfort.)

Mój werdykt w sprawie Monako vs. moje podejście jest na tą chwilę następujący: Monako naprawdę jest chaotyczne, klaustrofobiczne, nielogiczne, wszystkiego jest tam ,,za dużo”, zabudowa nie tworzy żadnej spójnej całości; a przez wiele jej poziomów nadal twierdzę, że można się co najwyżej zgubić (patrzcie wyżej – jest sobie droga, a pod drogą coś); co chwilę widać jakiś plac budowy, ale przy odpowiednim nastawieniu to dziwne królestwo da się lubić. No i takie odpowiednie nastawienie zarządziłam tym razem: nic nie zwiedzamy na siłę, pochodzimy, popatrzymy, coś zjemy, coś wypijemy, może zajrzymy do kasyna.

Z powodu tego nowego podejścia nawet niespecjalnie mogę Wam coś nowego opowiedzieć o Monako, więc pokażę Wam głównie zdjęcia. No ale dla mnie sprawdziło się ono w stu procentach! Taras tego Starbunia ze wzruszeniem wspominam do dziś, najlepszy na świecie! Za to wizyty w McDonald’s nie polecam, no chyba, że bardzo chcecie zjeść swoje frytki z widokiem mniej więcej na tą zatoczkę ze zdjęć powyżej. Wspominałam Wam ostatnim razem, że jestem strasznie ciekawa, jak wyglądają te restauracje w takim słynącym z bogactwa królestwie, teraz było mi dane się przekonać. No i powiem Wam, że nowocześniejszego i czystszego Maca znajdziecie w dowolnym miejscu w Polsce. A na dodatek bez dziwnych, metalowych toalet 😉

Jedną z rzeczy, które zadziwiają mnie najbardziej we wracaniu we wcześniej odwiedzone miejsca jest to, że troszkę je już znam. Jest sobie takie Monako, o którym kiedyś mogłam tylko marzyć i które w tej chwili jest jakieś 1800 km ode mnie – a tymczasem wiem nie tylko, gdzie mają sklep spożywczy, ale też, że w tymże sklepie wszystkie napoje są na dolnym poziomie. Mała rzecz, a nie przestaje mnie nigdy cieszyć. Do Monte Carlo oczywiście też pamiętaliśmy drogę 😉 Swoją drogą, pewnie zauważyliście, że pogoda nam nie do końca dopisała – stąd brzydkie światło na wielu zdjęciach. Mimo, że było dość chłodno – sami chodziliśmy przez większość czasu w cienkich kurtkach – to niektórym nie przeszkadzało to w opalaniu się i to na kamieniach. No ale dla piękna trzeba się podobno nacierpieć 😉

Luksusowe samochody też nadal zaskakują i nawet zapisałam sobie jeden nasz dialog: – Tomaszu, zrób zdjęcie tego Bentleya! – Ale którego? Problem powstał, bo w zasięgu naszego wzroku były 3 Bentleye, a w Polsce nie wiem, czy kiedykolwiek widziałam chociaż jednego. Chyba była ostatnio jakaś promocja dla bogatych ludzi na te auta, bo również Bentley w którymś momencie przepuścił nas na przejściu.

Pozostając w klimatach motoryzacyjnych – okazało się, że byliśmy w Monako na krótko przed słynnym wyścigiem, prowadzonym ulicami Monte Carlo. Przygotowania były bardzo zaawansowane – w niektórych miejscach wylano nawet świeże warstwy równiutkiego asfaltu. Tak, tak, ciężko nie myśleć przy tym o stanie naszych dróg i tempie ich napraw 😉

 

Zdecydowaliśmy się wrócić do Nicei autobusem, nie pociągiem, co nie było najlepszą decyzją. Autobusy na Lazurowym Wybrzeżu są z jakiegoś powodu strasznie zatłoczone. W związku z tym – poza początkowym przystankiem – nawet nie ma gwarancji, czy się w ogóle zatrzymają tam, gdzie na nie czekamy. Poza tym i mój żołądek nie był zbyt szczęśliwy, przewracając się na każdym podwyższonym przejściu dla pieszych i zakręcie. A na koniec jeszcze – przystanek autobusu był znacznie dalej od naszego hotelu niż stacja kolejowa i musieliśmy jeszcze przejść spoty odcinek, no ale chociaż malowniczą Promenadą Anglików.

Spacer nie skończył się dobrze; dosłownie kilometr od naszego hotelu zapatrzyłam się na znajdujący się po drugiej stronie Hotel Negresco i zostałam pokonana przez malutki krawężnik. Upadłam i niestety nie powstałam zbyt szybko, bo skręciłam nogę. Bolało jak cholera. Poza tym wyszły ze mnie chyba wszystkie negatywne emocje i zmęczenie z poprzedniego dnia, bo jak zaczęłam płakać, to skończyłam dobrą godzinę później. W międzyczasie znaleźliśmy pod Negresco taksówkę, która za jedyne 11 euro zawiozła nas do naszego hotelu, z tym, że kierowca kompletnie nie widział, gdzie on jest, więc jeszcze między chlipnięciami musiałam tłumaczyć mu drogę. Tragikomiczne z perspektywy czasu.

Kiedy się uspokoiłam, była już ciemna noc i kompletnie nie czułam się na siłach, żeby jechać do szpitala i nawet troszkę się wahałam, czy nie wybrać się do lekarza już w Polsce, ale na szczęście następnego dnia rano wrócił mi zdrowy rozsądek i taksówką za kolejny milion monet pojechaliśmy do szpitala wskazanego nam przez ubezpieczyciela. Jakkolwiek dziwnie to zabrzmi, w szpitalu było tak miło, że do dziś czasem go sobie wspominam z rozrzewnieniem, szczególnie jak sobie go porównam z tym, co przy podobnych urazach spotykało mnie w Polsce. I nie zrozumcie mnie źle, ja wiem, że skręcona kostka to nie zawał serca, ale we Francji przekonałam się, że i takim przypadkiem można zająć się szybko i dobrze.

Od razu po przejściu przez drzwi izby przyjęć zostałam zapakowana na wózek. Personel medyczny o dziwo świetnie mówił po angielsku, więc i z lekarzem i z pielęgniarkami byłam się w stanie porozumieć bez problemu. A już byłam przygotowana na konwersacje łamanofrancusko-migowe. Wszystko toczyło się błyskawicznie, a i tak jeden z pielęgniarzy podszedł do mnie na poczekalni, zapytać, czy wszystko w porządku i czy nie chcę wody. SZOK. Mój lekarz oglądał chyba dużo amerykańskich filmów, bo po prześwietleniu przyszedł do mnie z promiennym uśmiechem i zaczął słowami „Mam dobrą wiadomość..”. W sensie, że noga skręcona, a nie złamana. Wieści przekazał i poszedł, bo tutaj kolejny wielki szok – lekarze nie zajmują się tam dokumentacją, nie mają w gabinecie nawet biurek. Szok numer 3 – po chwili w gabinecie pojawiła się pielęgniarka i wyszłam stamtąd od razu z ortezą, którą w Polsce musiałabym dopiero kupić w sklepie medycznym.  (A w szpitalu strzeliłam sobie trochę za mało słitaśnych foteczek, więc niestety muszę Wam dalej pokazywać Lazurowe Wybrzeże.)

Dokumenty z kolei załatwia się w sekretariacie i księgowości, no i pracownicy administracji niestety już niespecjalnie byli w stanie porozumieć się z nami po angielsku. I ten problem udało się nam rozwiązać, po krótkim okresie paniki po obu stronach – pani z recepcji dzwoniła do kogoś, bo ,,ta pani, co mówi po angielsku, chce jakieś dokumenty i ja nie wiem jakie, przyjdź” (a chciałam między innymi fit to fly – wymagane przez naszego ubezpieczyciela pozwolenie na lot ,,w moim stanie”), my z kolei zadzwoniliśmy do PZU i okazało się, że pracująca tam pani mówi po francusku, a po przekazaniu telefonu sekretarce, panie zdołały ustalić o co nam chodzi. Na wszystkie moje dokumenty przyklejane były naklejki z kodem kreskowym, takie jak widzieliście na bransoletce powyżej – genialne w swojej prostocie rozwiązanie oszczędzające czas.

Ostatnim przystankiem była księgowość, gdzie ku naszemu zdziwieniu, mimo posiadania karty EKUZ i prywatnego ubezpieczenia PZU Wojażer, musieliśmy na miejscu zapłacić około 100 euro (można było kartą). Jak się domyślacie, niekoniecznie chcieliśmy się rozstawać z pieniędzmi. Pani księgowa argumentowała: to przecież taka mała kwota, co wam szkodzi, oddadzą wam. Co mieliśmy zrobić? Zapłaciliśmy. No i faktycznie oddali, a oprócz tego (na podstawie rachunków) też za leki i nawet przejazdy taksówkami z i do szpitala. Tak, tak, próbuję Was zachęcić do wykupowania dodatkowego prywatnego ubezpieczenia, zawsze kiedy się wybieracie za granicę. Warto pamiętać, że i w NFZ można się ubiegać o zwrot kosztów, ale tylko tych ze szpitala i leków, za to papierów trzeba wypełnić trzy tony, a i tak nie odzyskacie prawdopodobnie całej kwoty.

Chociaż w aptece to z tym rachunkiem łatwo nie było. Tomasz chciał invoice (fakturę), pan aptekarz pokazuje na gardło i pyta, czy jest problem z voice (głosem). No ale w końcu się dogadali. Pozostając w klimatach medycznych – czy ktoś potrafi mi wyjaśnić czemu w Polsce personel medyczny chodzi zwykle w jakichś dziwnych klapkach? We Francji od razu rzuciło mi się w oczy, że większość pracowników szpitala nosiło po prostu sportowe buty.

Dla mnie wycieczka do szpitala była ostatnią atrakcją tego wyjazdu – resztę pobytu, czyli szczęśliwie zaledwie półtora dnia, przeleżałam w hotelu, oglądając odcinek po odcinku Californication. Paradoksalnie, całkiem dobrze mi zrobił taki odpoczynek i dał mi dużo siły na ciąg dalszy leczenia, już w Polskich realiach 😉 Bardzo starałam się opisać całą tą historię bez zbędnych szczegółów i narzekania, niczym 80-letnie panie w poczekalni u lekarza, no ale naprawdę uderzyła mnie różnica pomiędzy Francją, gdzie do mojej karty wpisano mi nawet, że miałam zadrapanie na brodzie, a Polską, gdzie kiedyś lekarz nawet nie chciał mnie przyjąć z taką ,,pierdołą”, jak skręcenie.

Tomasz z kolei wybrał się jeszcze do Cannes i dzięki temu ja i Wy możemy obejrzeć chociaż troszkę zdjęć stamtąd. A optymistyczny akcent na koniec? 🙂 Dzięki temu, że unieruchomiona nie miałam jak wydawać pieniędzy, a pierwszego dnia cośtam wygrałam w kasynie, wróciłam do Polski, mając w portfelu więcej pieniędzy, niż zabrałam ze sobą 😀 Taka magia.

 

2 myśli na temat “A miało być tak pięknie – Nicea/Monako 04.2018”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *