Ostatni spacer po Malcie – czego już nie zobaczymy?

Są miejsca na Malcie, których nie zdążyliśmy odwiedzić, ale na pewno jeszcze to zrobimy. Są też niestety takie, których już nigdy nie zobaczymy. Obiecywaliśmy sobie, że przy następnej podróży na pewno popłyniemy na sąsiednią wysepkę – Gozo. Teraz nie było to naszym priorytetem – sądziliśmy, że nie mamy na to czasu. Poza tym, uwierzyłam Tomaszowi na słowo, że płynie się tam z portu oddalonego od naszego hotelu o jakieś 15 km. 15 km maltańskim autobusem? Nigdy!

(źródło)

W poniedziałek spacerowałam nadmorską promenadą naprzeciwko naszego hotelu i dzielnie odpierałam ataki tak zwanych ,,naganiaczy” chcących mi sprzedać bilet na wszystko… Powiedziałam kolejne ,,no, thanks”, dodałam uśmiech, poszłam dalej. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że usłyszałam coś o Gozo. Osiem kroków do tyłu. Zapytałam panią o rejs na Gozo i okazało się, że można popłynąć dosłownie spod naszego hotelu. Z tym, że we wtorek, kiedy nas już na Malcie nie będzie. Gozo nie było nam pisane podczas tego wyjazdu.

Jakiś czas po naszym powrocie świat obiegła wiadomość o zawaleniu się największej atrakcji Gozo – Lazurowego Okna. Przepiękny, naturalnie uformowany kamienny most runął do morza. Mimo, że od wielu lat narażony był na naturalną erozję, to jeszcze do niedawna można było po nim chodzić. Choć zabroniono tego w 2012 roku, to podobno nadal wiele osób nie przestrzegało zakazu. Nie wiadomo, na ile przyspieszyło to dezintegrację skał. Mnie jednak boli turystyka w takim duchu -są osoby, które nie martwią się, jaki mają wpływ na miejsca, które zwiedzają.

Po części dlatego też nie wybrałam się do Mediterraneo. Jest to park, w którym organizuje się pokazy delfinów oraz pływanie i „suchą interakcję” (oczywiście to my pozostajemy susi, nie delfin) z tymi słodziakami. Mam jednak pewne wątpliwości co do tego, jak traktuje się w takich miejscach zwierzęta. W końcu, czy to nie jest trochę jak cyrk?

Co w takim razie udało się nam zobaczyć? Magiczną Mdinę, dawną stolicę Malty, zamkniętą w obronnych murach. Czuliśmy się tam, jakby czas zatrzymał się w miejscu. Zachwyceni przeszliśmy chyba każdą uliczką. I było warto, bo na granicy miasteczka odkryliśmy taras widokowy z cudownym panoramicznym widokiem na całkiem dużą część wyspy. Zahaczyliśmy też o sąsiedni Rabat.

Sądzę, że zdjęcia wyrażą tu więcej niż milion słów. Pozwolę sobie też przepleść je dalszymi przemyśleniami na temat Malty. Jeśli wkradnie się w nie chaos – z góry bardzo przepraszam, ale to  ostatni wpis o Malcie i chciałam w nim zmieścić wszystko, o czym do tej pory nie miałam okazji wspomnieć.

Rabat okazał się też miastem, gdzie pewnego dnia z radością zawiozę statuetkę za najgorszą obsługę kelnerską na świecie. Miejsce, gdzie jedliśmy, nie było oczywiście żadną restauracją, wyglądało raczej jak sklep spożywczy z kilkoma stolikami i kilkoma daniami do wyboru. Wystrój mocno przywoływał na myśl szkolny sklepik.

Nasze fish and chips (7€/porcja) podane zostały co prawda na prawdziwych talerzach, ale talerze te zostały nam zabrane dosłownie sekundę po wzięciu z nich ostatniego kęsa, z nieznoszącym sprzeciwu „Finished?!” z ust kelnerki, która pod koniec posiłku już niecierpliwie stała nad nami. Dosłownie! Bylebyśmy szybciej zwolnili stolik dla kolejnych zmokniętych i głodnych desperatów. Wezmę ze sobą też mniejszą nagrodę – za najgorszą kawę w moim życiu, którą uraczono mnie przy targu rybnym w Marsaxlokk. I która – wraz z wcześniej wspomnianym barem – przypomniała mi, dlaczego całe życie powtarzam, że when in doubt, to na nieznanym terenie idziemy do sieciówki.

Jeśli chodzi o nasze wydatki poniesione na miejscu, o ile dobrze pamiętam, to we dwójkę wydaliśmy około 90€ przez trzy dni. Byłoby na pewno zdecydowanie mniej, gdyby nie to, że 95% zakupów typu choćby woda mineralna (1,5€/1,5l) zrobiliśmy w najbardziej turystycznych miejscach, gdzie ceny były najwyższe. Mogło na pewno też być zdecydowanie więcej, ale powszechnie wiadomo, że sky is the limit, jeśli chodzi o ilość pieniędzy, które da się wydać 🙂 I to chyba dobra pora na małe podsumowanie wszystkich wydatków.

Hotel na Malcie (3 noce) i loty z Wizz Tours kosztowały 701,68 za dwie osoby. Tu również mogło być nieco taniej, gdybyśmy wiedzieli, że nie warto wykupować w tym pakiecie ubezpieczenia – lepiej zrobić to oddzielnie i kosztuje to grosze – na taki krótki wyjazd za dwie osoby zapłacimy 25-30 zł w PZU. Koszty, jakie ponieśliśmy w Polsce – transport oraz nocleg w hotelu Ibis Budget (39 zł!) z pewnością zamknęły się w 100 zł. Cały wyjazd wraz z „kieszonkowym” kosztował nas więc poniżej 1200 zł.

Zwykły supermarket niedaleko hotelu odkryłam dopiero ostatniego dnia. Ale i tam nie było szczególnie tanio. Był też otwarty stosunkowo krótko – do 19.30, jak wiele sklepów sieciowych na Malcie, czasem jeszcze z kilkugodzinną przerwą w godzinach południowych. Jeśli zaś chodzi o prywatne sklepiki, to bardzo częstą praktyką był brak jakichkolwiek godzin otwarcia na drzwiach, a kiedy w jednym z nich tuż przed 22 zapytałam pracownicę, czy przypadkiem zaraz nie zamykają, to odpowiedziała mi z uśmiechem, że pracują do 2 w nocy. W tego typu sklepach doskwierała mi też bardzo nieobecność cen na większości produktów. Za to pracownik, zapytany o dowolną rzecz, zwykle podawał jakąś cenę. Czy prawdziwą, czy zmyśloną – nie dowiemy się pewnie nigdy 😉

Jeśli już mówimy o zakupach, to w promieniu 5 minut spacerem od naszego hotelu znajdowały się dwie galerie. Jedna maleńka – The Plaza – w której znajdował się też punkt informacji turystycznej. Druga – The Point – sporo większa, z nieco droższymi markami i…kompletnie niewidoczna z ulicy (no przecież tu nie ma żadnej galerii, a na mapie jest!). Dotrzeć można było do niej jedynie po schodach i nadmorskim pomoście, a sam budynek, jeśli dobrze się domyślam, stoi na tunelu drogowym. Poza tym było oczywiście mnóstwo pojedynczych sklepów, typu Zara, z którą sąsiadowaliśmy prawie przez ścianę. Właściwie to ciężko mi się pokusić o jakieś uogólnienie dotyczące cen ubrań. Przykładowo w F&F ceny były wyższe niż w Polsce, za to we wspomnianej już Zarze – wyprzedaż oznaczała ceny typu 7€ za jeansy czy 4 za bluzkę.

Zaskoczyła mnie obecność polskich marek, takich jak Inglot (tak, na zdjęciu to kawałek wózka i dziecka), gdzie można było nie tylko kupić kosmetyki, ale też zrobić makijaż czy paznokcie. Podczas naszego prawdziwie ostatniego spaceru po Sliemie, znaleźliśmy nawet polski sklep spożywczy, prowadzony przez naszego rodaka. A i w pozostałych było dużo naszych produktów – jogurty, czekolady itp.

Jadąc na Maltę kompletnie nie miałam w głowie obrazu typowego mieszkańca wyspy. Wylądowaliśmy w piątek wieczorem, a nasz hotel znajdował się w dzielnicy pełnej restauracji, kawiarni i klubów. Kiedy wysiedliśmy z autobusu, na całej ulicy panował ogromny tłok, tworzony w dużej mierze przez klony Kylie Jenner, w makijażu, fryzurach i ubraniach rodem z Instagrama gwiazdy. A mi nikt nie powiedział, że na Malcie trzeba tak wyglądać 🙂

Na sam koniec zostawiłam coś, co właściwie zobaczyłam na Malcie jako jedną z pierwszych rzeczy. Tych ładnych. Kiedy autobus z lotniska dobre 45 minut wiózł nas przez niezbyt interesujące uliczki, na których rzucały mi się w oczy tylko kolejne restauracje Burger King, zaczynałam w myślach kwestionować urok Malty. Było już ciemno i w pewnym momencie zauważyłam niewielką zatoczkę (St. Julian’s Bay). W wodzie odbijały się światła, a na brzegu zobaczyłam tę rzeźbę, która okazała się świetną wróżbą dla moich uczuć do wyspy. Chyba powinnam była zostawić tam kłódkę. Nie napisałabym na niej „Tomasz”, tylko „Malta”.

 

2 myśli na temat “Ostatni spacer po Malcie – czego już nie zobaczymy?”

  1. Aniu! Wspaniałe się czyta, mam ochotę spakować plecak i wybrać się w podróż 🙂 Niestety należę do osób, które ten moment nie wyobrażają sobie wycieczki poza granice na własną rękę. Ale wspaniale wiedzieć, że się da -czytając bloga koleżanki, a nie gwiazdy śpiącej na fortunie 😉

    1. Paulinko, bardzo dziękuję za ten komentarz. Poważnie – miałam ostatnio mały kryzys, jeśli chodzi o bloga. A kiedy czytam takie rzeczy, to aż chce się pisać dalej:)

      Muszę się jednak przyznać, że gdybym sama miała to wszystko ogarniać, to pewnie też raczej nigdzie bym się nie wybrała. Albo jeśli już, to z biurem podróży. Na szczęście mam Tomasza, który jest kierownikiem wszystkich naszych wycieczek – to on wyszukuje tanie loty i hotele, rezerwuje i pilnuje, żeby to wszystko zagrało.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *