Koty na Malcie – Floriana, Valletta.

Pierwszego maltańskiego kota zobaczyłam w Upper Barakka Gardens (Górne ogrody Barakka) w Vallettcie, czyli mniej więcej tu:

Był to osobnik w rozmiarze plus, czyściutki i zadbany, o lśniącej sierści. Okaz zdrowia. Niewzruszony siedział obok ławki. Nie obchodziło go kompletnie nic: ani turyści znajdujący się może pół metra od niego, ani moje próby nawiązania kontaktu.

Kompletnie nie wyglądał na bezdomnego zwierzaka. Pomyślałam, że może należy do ludzi siedzących na ławce tuż obok. Ale w końcu kto zwiedza cokolwiek z kotem? I to bez smyczy?

Zagadka wyjaśniła się, gdy w którymś z zakamarków ogrodu zobaczyliśmy maleńki plastikowy domek. Kot był najprawdopodobniej przesłodkim rezydentem ogrodów.

I pewnie szybko zapomniałabym o nim, gdyby nie kolejne koty: biegające uliczkami Valletty (niektóre o raczej niespotykanym u nas umaszczeniu i ,,usierścieniu” – oczywiście co do jednego uciekły, zanim zdążyłam zrobić zdjęcie); jeden wpatrujący się intensywnie w kratkę ściekową; jeden na samochodzie…

…i wreszcie kot przeczący wszystkiemu, co sądziłam do tej pory o kotach – a mianowicie rudzielec, który szukał szczęścia nad samiutkim morzem, centymetry od brzegu.

Jak się  okazało, maltańskie koty jako ogół raczej nie są z tych, które łaszą się do człowieka i dopominają o głaskanie. Nie są dzikie, nie uciekają, ale wydają się być zbyt zajęte swoimi kocimi sprawami i myślami, żeby przejmować się ludźmi.

Ja jednak w tym momencie już bardzo intensywnie zastanawiałam się: o co chodzi z tymi kotami? Niektóre miały obróżki, ale cała reszta biegająca na pozór samopas też wyglądała na koty, o które ktoś dba.

Mimo, że przeszliśmy już chyba każdą uliczką Valletty, to nie udało nam się wejść do żadnego z kościołów. Widzieliśmy zdjęcia ich pięknych wnętrz w folderach, a tymczasem pozamykane były na głucho, a drzwi nie miały nawet klamek na zewnątrz. Nigdzie nie wisiały też żadne informacje o godzinach zwiedzania ani o braku możliwości wejścia do środka.

Tomasz zarządził więc poszukiwania otwartego kościoła, które zaprowadziły nas do sąsiedniej Floriany. Swoją drogą, miejscowości na Malcie przechodzą płynnie jedna w drugą, granica jest niezauważalna i według mnie nie jest też w żaden sposób zaznaczona. O tym, że jesteśmy już gdzieś indziej dowiadujemy się przypadkowo w pewnym momencie, na przykład czytając jakąś tablicę informacyjną.

Tak więc kościół wypatrzony na horyzoncie, droga prowadzi przez malutki park. A w parku na ławce kot.

I pod murkiem też koty, i pod żywopłotem. Wszędzie koty.

Poza tym budki, tym razem już takie wielokociorodzinne, podobne do tej, którą później zauważyliśmy wracając przez Vallettę do przystani promu w jednej w uliczek mieszkalnych.

A ,,o co chodzi z tymi kotami” wyjaśniła mi wreszcie – przynajmniej po części – parkowa tablica.

Kocie schronienia i miejsca karmienia kotów w tym parku to inicjatywa lokalnej rady Floriany. Została ona podjęta kilka lat temu jako odpowiedź na ogromną liczbę bezdomnych zwierząt, która niestety była oczywiście efektem ludzkiej bezmyślności.

Takie oto dość smutne drugie dno kryje się za (a może raczej pod) ślicznymi kotkami, będącymi niewątpliwie turystyczną atrakcją Malty. Na szczęście w ramach tego programu zwierzęta są także sterylizowane, co daje nadzieję na poprawę sytuacji w przyszłości.

A obecne podejście do kotów na Malcie już teraz poprawia moją opinię o ludziach.

P.S. Ostatni kościół też był zamknięty.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *