Jak pachnie Cypr? – cz. I

Cypr, jak żadne inne miejsce do tej pory, odbierałam w dużej mierze za pośrednictwem zapachów. Nie wszystkie były przyjemne. Pierwszego wieczora zdecydowaliśmy się na 4-kilometrowy spacer z lotniska do hotelu. Przechodziliśmy między innymi koło słynnego słonego jeziora w Larnace, które miało być domem flamingów. Właściwie było, z tym, że wysychająca woda i pewnie tłumy turystów w sezonie zmusiły ptaki do przebywania jakieś 100 metrów od brzegu – tego dostępnego dla nas.

Za dnia stado flamingów było ledwo widoczne gołym okiem, jako jasne plamki na wodzie. W nocy – wcale. A ja naiwna, uwierzyłam w turystyczne reklamy i liczyłam na bliskie spotkanie z nimi już pierwszego dnia. Wyobrażałam sobie, że będzie jak we vlogu Jessiki Mercedes z Aruby, gdzie oswojone ptaki wręcz podchodziły do turystów. A tu, gdyby nie zoom w aparacie, to nie zobaczyłabym ich wcale.

No, ale miało być o zapachach, prawda? Otóż w okolicy wysychającego jeziora zapach jest – delikatnie rzecz ujmując – dziwny. Wśród nut można wymienić: zgniłe wodorosty, zamuloną sadzawkę, zdechłe ryby. Takie klimaty. Cypr w części nadbrzeżnej ma nawet około 320 bezdeszczowych dni w roku. To, co wydaje się być rajem dla turystów, jest zabójcze dla jeziora. Część zbiornika już całkiem zniknęła, pozostawiając krajobraz jak na poniższych zdjęciach. Woda, która pozostała, ma ograniczoną powierzchnię oraz jest bardzo słona i bardzo płytka (flamingi ledwo zanurzają stópki), co raczej nie wpływa dobrze na florę i faunę.

A dlaczego napisałam, że duża liczba słonecznych dni tylko pozornie sprzyja turystom? Wybraliśmy się na Cypr wiosną (26-29 marca), a temperatura w ciągu dnia oscylowała w okolicy 20 stopni. Wiał przyjemny wiaterek, temperatura wydawała się w sam raz – ani za ciepło, ani za zimno. Dużo czasu spędzaliśmy na świeżym powietrzu. Tymczasem Tomasz dorobił się poparzeń słonecznych już pierwszego dnia. Nie jakichś leciutkich, tylko takich od razu mówiących ,,przyjechałem z Polski, mam jasną karnację, u nas niedawno jeszcze leżał śnieg”. Mnie podstępnie dopadły dopiero dnia trzeciego i poparzone na piękny odcień czerwieni miałam głównie dłonie – tylko one były odsłonięte i nieposmarowane filtrem. Tak więc słońce operuje tam całkiem inaczej i nie jestem pewna, czy chciałabym się znaleźć na Cyprze w środku lata. Wieczorami za to błyskawicznie robiło się chłodno i marzłam nawet w kurtce.

Zachwyciła mnie za to roślinność Cypru. Wiele drzew i krzewów akurat kwitło. Idąc najzwyklejszym chodnikiem przy dość ruchliwej ulicy mogliśmy się cieszyć zapachem drzew pomarańczowych, na których owoce mieszały się z kwiatami. Były posadzone rzędem na długim odcinku i wyglądały prześlicznie. A opisuję je, bo zdjęcia oddającego ich urok oczywiście brak wśród pierdyliarda zrobionych 🙂 Pomarańczki są niestety niejadalne (tak, sprawdzałam) i mają…kolce (też sprawdzone na własnej skórze). Przy lotnisku przywitała nas z kolei cytrynowa aleja, a w pobliżu naszego hotelu rosły przeurocze palmy, które nazwałam palmapples, bo do złudzenia przypominały przerośnięte ananasy (pineapples).

Trzeci zapach, kojarzący mi się głównie z turecką stroną wyspy pełną lokali z kebabem, to aromat grilla. Po stronie greckiej też się grilluje, z tym że chyba częściej owoce morza i ryby. Nie udało mi się przejść obojętnie obok tych zapachów. Nie wyszłam jednak na tym szczególnie dobrze, bo na 3 posiłki w restauracji, zatrułam się 2 razy. Tomasz z kolei zero razy, jedząc podobne rzeczy. Dlatego nie będę tu piętnować konkretnych miejsc. Jeśli chodzi o smak potraw, to raczej nie był on niestety wart późniejszego rozstroju żołądka.

Gdybym jednak miała ponownie zaryzykować, to zrobiłabym to pewnie dla meze. Jest to swego rodzaju uczta, rybna lub mięsna i w zależności od ceny składająca się z różnej liczby potraw (zwykle 15-20) w ilości oczywiście  degustacyjnej. Ceny wahają się od 15 do 20 euro za osobę. W pewnym momencie siedzimy przed całkowicie zastawionym stole, a donoszone są nam jeszcze kolejne półmiski. I kiedy już zaczynamy poważnie martwić się, czy my to wszystko zjemy, to okazuje się, że ilość jedzenia jest jednak dobrze przemyślana i wszystko zjadamy ze smakiem, nie na siłę.

Nie potrafię sobie przypomnieć wszystkich składników naszego meze, ale na pewno była tam ryba pieczona w całości, małe marynowane rybki, grillowane ośmiorniczki i kalmary oraz krewetki i malutkie kraby w cieście. Wszystko podane z sałatką, kilkoma rodzajami sosów, cytryną, pieczonymi ziemniakami i pysznym grillowanym chlebkiem pita. Posiłek zakończyliśmy gratisowym kieliszkiem kokosowego likieru i wydaje mi się, że takie darmowe dodatki są normą w cypryjskich restauracjach. W pierwszej otrzymaliśmy po kieliszku wina od przemiłego starszego kelnera, który stwierdził, że to na rozgrzewkę, bo pewnie nam zimno.

Obsługa w obu miejscach była świetna (cierpliwie odpowiadali na pytania, troszczyli się o nas, budowali dobrą atmosferę) i nie miałam wrażenia, że gratisy to próba wyłudzenia większego napiwku. Ale przynajmniej w pierwszej restauracji kwestię ,,prezentu” rozwiązano dość dziwnie. Oboje zamówiliśmy dania skomponowane na zasadzie: mięso/ryba + pieczone ziemniaki + sałatka. Gdy czekaliśmy na nie, pani podeszła do nas z ogromną michą sałatki greckiej. Choć w Polsce jej nie lubię, to tam okazała się po prostu przepyszna. Naprawdę! Kelnerka powiedziała, że to przystawka, że gratis od nich, żebyśmy śmiało jedli – typowe czekadełko? Otóż nie. Główne dania dostaliśmy już bez żadnych warzyw. Ale wszyscy byli tak uroczy, że ten gratis-nie gratis od razu im wybaczyłam.

Miejscem, w którym udało mi się nie zatruć był… McDonald’s. Poszłam tam ostatniego dnia, gdy już nie miałam odwagi się zbliżyć nigdzie indziej. Mój wybór padł na Greek Maca (burger w picie) z frytkami i napojem. Zestaw powiększony, do zapłaty nieco ponad 7€. Nie wiem tylko, czemu nikt mi nie powiedział, że po cypryjsku powiększony oznacza 0,75l napoju, wiaderko frytek (chyba 200g) i kanapkę wielkości zeszytu A5… W życiu nie wpadłabym na to, że Cypr należy do miejsc, w których serwuje się tak duże porcje. I że kiedyś z ogródka McDonald’s będę mieć mniej więcej taki widok 🙂

Do najbardziej zaskakujących cypryjskich przysmaków zaliczę z pewnością chlebek z serem halloumi i z oliwkami z pestkami. Był pyszny, ale te pestki?! Popijałam go przedziwnym i naprawdę dobrym gazowanym napojem o smaku kawy, z takiej szklanej butelki zamykanej kapslem. Były też inne nieoczywiste smaki, typu róża czy granat. Wszystko za grosze po tureckiej stronie. Po greckiej królowały zaś Cyprus Delights (lokoumi), czyli obficie obsypane cukrem pudrem (który później jest WSZĘDZIE), dość twarde i mdłe w smaku galaretki. Choć ten opis nie brzmi zachęcająco, to te słodycze mają swój urok i warto ich spróbować, choćby ze względu na nietypowe aromaty, takie jak bergamotka. A tymczasem…

4 myśli na temat “Jak pachnie Cypr? – cz. I”

  1. Aniu, poproszę o zdjęcia jedzenia następnym razem! Jest to część, która niezwykle mnie interesuje i byłaby idealnym uzupełnieniem Twoich wpisów. 🙂

    1. Aniu, sama o tym myślałam pisząc ten wpis:) Robienie zdjęć jedzenia w restauracjach jest jednak na tyle wyśmiewaną w Internecie czynnością, że najzwyczajniej w świecie do tej pory wstydziłam się to robić. Ale masz rację, nie ma się co wstydzić!

      Przy okazji – bardzo mi miło, że mnie czytasz! Dziękuję za cenne wskazówki 🙂

      1. A myślałaś o założeniu konta na Instagramie, żeby ściągnąć więcej odbiorców? Myślę, że mogłabyś mieć wielu czytelników, a zdjęcia bardzo zachęcają do klikania, szczególnie takie egzotyczne. 🙂

        1. I takiej motywacji było mi trzeba! To bardzo miłe, że tak mi kibicujesz i mnie wspierasz.

          Ciągle odkładam promocję bloga na później, a to moje mityczne później to wakacje, kiedy mam więcej czasu. Tylko, że to strasznie odległy termin:) A dzięki Tobie konto na instagramie (radosc_zycia_plus) założyłam już dziś i niedługo na pewno zacznę umieszczać materiały też tam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *