Koty, akwedukt i meczet, czyli Cypr – cz. III.

Słone jezioro w Larnace obeszliśmy prawie dookoła. Pierwszy, niespełna 4-kilometrowy spacer zaprowadził nas do Hala Sultan Tekke. Jest to meczet o bajkowym wyglądzie, jak z serii o Alladynie.

Wnętrze świątyni nie zrobiło na mnie, szczerze mówiąc, większego wrażenia. Uwagi praktyczne: wchodząc do meczetu obowiązkowo ściągamy buty. Cała podłoga wyłożona jest czystym (!) dywanem. Przed przekroczeniem progu podeszłam jeszcze do pana strażnika, by upewnić się, czy jestem odpowiednio ubrana. Nie chciałam się narazić ani opiekunom miejsca, ani współzwiedzającym. Wszystko miałam raczej zakryte, ale obcisłymi ubraniami. Dla pana OK. Zapytałam też o chustę na głowę – były one dostępne przed wejściem, ale pan powiedział, że mam z jednej skorzystać tylko, jeśli chcę.  Chciałam.

Bardzo zaskoczyła mnie za to obecność ogromnej liczby kotów w okolicy meczetu. Skupione były głównie przy i w zadaszonej hali, gdzie miały miseczki z jedzeniem i wodą. Ach ci paskudni Muzułmanie! Inne wygrzewały się na słońcu, a najodważniejsze pod samą świątynią podchodziły do mnie. Część kotów miała ponacinane uszy, co jest znakiem wykonanej sterylizacji.

Przy drodze prowadzącej bezpośrednio do meczetu rosły krzewy, na których ludzie zawiązali ogromną ilość wstążek, kawałków materiału, czy nawet strzępków reklamówek. Troszkę je tu widać, choć w rzeczywistości wygląda to jakby krzak zakwitł tymi kokardkami. Hala Sultan Tekke to podobno jedno z najświętszych miejsc islamu. Po dość długich poszukiwaniach udało mi się znaleźć informację, że wstążki oznaczają prośbę o zdrowie, małżeństwo, pracę czy rozwiązanie problemów.

Ostatniego dnia zdecydowaliśmy się na 6-kilometrowy spacer brzegiem jeziora w stronę przeciwną.

Tym razem dotarliśmy do akweduktu. Akwedukt zaś, jaki jest, każdy widzi.

Po pokonaniu takiego odcinka pieszo, niespecjalnie mieliśmy (no dobrze, ja) ochotę wracać w ten sam sposób. Miły pan w informacji turystycznej powiedział nam, że przy samym akwedukcie będzie przystanek. No ale nie było go nigdzie widać. Pierwszą oznaką cywilizacji był salon fryzjerski. Pracujący tam przesympatyczny młody chłopak troszkę się z nas pewnie pośmiał, bo okazało się, że przystanek był po drugiej stronie ulicy, ukryty za dużym krzakiem.

Ale w przypadku Cypru to dopiero połowa sukcesu. Na tabliczkach są tylko numery autobusów zatrzymujących się na danym przystanku, o rozkładzie można sobie pomarzyć. Kochany pan fryzjer zadzwonił więc nawet do jakiegoś znajomego, żeby zapytać jakim numerem autobusu i o której godzinie uda nam się pojechać. Tomasz twierdzi, że śmiał się na pewno też ze mnie, bo będąc w Larnace twierdziłam, że chcę dotrzeć do Larnaki, no ale to przecież każdy by się domyślił, że miałam na myśli centrum, prawda?

Autobusy jeżdżą na Cyprze jednak bardzo rzadko, raz zdarzyło nam się nie doczekać wcale. Po pół godziny czekania na przystanku bez ławki stwierdziliśmy, że wybierzemy się w drogę powrotną piechotą, tylko inną trasą – a mianowicie przez mieszkaniową część miasta. Po drodze, niespodziewanie (a takie niespodzianki lubię najbardziej) wypatrzyliśmy maleńki budyneczek na wzgórzu. Okazał się uroczą cerkwią, z nieco mniej uroczą strażniczką, będącą troszkę damską wersją Quasimodo.

Liczne cerkwie były na Cyprze zdecydowanie miejscami o pięknych wnętrzach.

Pokuszę się tu też o kilka uwag dotyczących transportu. Autobusem miejskim jechaliśmy tylko raz, ostatniego dnia na lotnisko. Było to na zasadzie – posiedzimy trochę na przystanku i może coś przyjedzie. Akurat przyjechało, bilet kosztował 1,5€. Planem B była taksówka za 10€.

Bardzo pozytywnym zaskoczeniem była dla mnie za to około 55-kilometrowa podróż autobusem międzymiastowym z Larnaki do Nikozji. Nie spodziewałam się niczego dobrego. A tu punktualnie przyjechał nowy, czyściutki pojazd ze sprawną klimatyzacją. Bilet w 2 strony kosztował 7€. Wytatuowany pan kierowca był istnym strażnikiem autobusu – na przykład nie wpuścił ani jednej osoby więcej, niż było miejsc siedzących i niektórzy zostali na przystankach z niczym. Nie obyło się bez kłótni z tymi pasażerami. Sporo czasu zajęło nam jedynie poszukiwanie dworca autobusowego w Larnace. Minęliśmy go kilka razy, bo nie wpadliśmy na to, że może on wyglądać… tak.

 

 

 

 

2 myśli na temat “Koty, akwedukt i meczet, czyli Cypr – cz. III.”

    1. W miejscu, w którym zrobiliśmy większość zdjęć i które opisałam, koty otaczały nas dosłownie dookoła. W pewnym momencie zrobiło to na mnie wręcz przygnębiające wrażenie, bo ich zagęszczenie było praktycznie takie, jak u nas gołębi. A przecież kot nie gołąb i powinien mieć człowieka, który się nim będzie opiekował. Jakoś sobie to jednak poukładałam w głowie 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *