Vive la France et Tomasz!

Jakiś czas temu Tomasz kupił nowy aparat. Był z nami już na Cyprze, ale to z Francji mamy pierdylion zdjęć. I to nie byle jakich! Są najpiękniejsze na świecie i jestem z nich dumna jak paw. Pan Paw! A właściwie to z Tomasza. Teraz oprócz funkcji kierownika i organizatora naszych wycieczek, spełnia się jeszcze pełniej w roli fotografa. Sami zresztą zobaczcie… Dumny Pan Paw będzie gwiazdą kolejnego wpisu. A właściwie to chyba panowie Pawiowie, bo było ich kilku, a ja nie umiem ich niestety rozróżnić.

A teraz może po kolei… Jak w ogóle znaleźliśmy się we Francji? Jak zawsze – podążyliśmy tropem tanich biletów lotniczych. Mamy ustaloną mniej więcej listę krajów, do których chcemy się wybrać, a całą resztę – czyli na przykład termin, czy konkretne miasto, do którego trafimy, uzależniamy właściwie od cen. I tak oto w tym roku w Wielki Czwartek późnym wieczorem (13.04.) wylądowaliśmy w Lourdes. Tak, tym od objawień i całej reszty.

I o ile bardzo cieszyłam się na wyjazd do Francji, to muszę przyznać, że perspektywa pobytu w zabitej dechami dziurze, do której z okazji Wielkanocy przyjadą moherowe berety z całego świata była dla mnie średnio kusząca. Ze względu na bliskość gór i przez Tomasza, który reklamował mi Lourdes jako świetne miejsce do relaksu, wyobraziłam sobie, że zamieszkamy w otoczeniu lasów i będziemy spacerować polnymi drogami. Zabrałam laptop, żeby umierając tam z nudów nadrobić blogowe zaległości. Wzięliśmy też ze sobą jedzenie, bo byliśmy pewni, że robienie zakupów będzie w tak małej miejscowości mocno utrudnione – szczególnie wieczorami czy w święta.

I po raz kolejny, na szczęście, bardzo się pomyliliśmy. Lourdes to przeurocze małe miasto, pełne wąskich uliczek i kamienic. Laptop wyciągnęłam z torby tylko 2 razy – na lotnisku przed wylotem i przed powrotem. Choć do hotelu dotarliśmy po 22, to po drodze pytając, jak do niego dotrzeć, odkryliśmy sklepik czynny do północy. Po zostawieniu bagaży szybciutko wróciliśmy tam po bagietkę (świeżą nawet w nocy!) i wino, żeby przywitać się z Francją, jak należy.

Później zakupy bez problemu robiliśmy w pobliskim otwartym do 22 Carrefourze. Do wyboru (choć nieco dalej) mieliśmy też inne duże sklepy – np. Lidl, nie wspominając już o rozsianych po całym Lourdes maleńkich piekarniach. Te otwarte były nawet w Wielką Niedzielę rano i ogólnie Wielkanoc wydawała się nie mieć zbyt wielkiego wpływu na godziny pracy w handlu. W końcu Francja jest znana jako mało religijny kraj. Z głodu więc, jak się domyślacie – nie umarliśmy. Ceny w sklepach były bardzo miłym zaskoczeniem. Nie odwiedziliśmy za to ani razu żadnej restauracji. Kwoty rzędu 10€ za samą zupę skutecznie nas odstraszyły. Poza tym… Macie ochotę na kuchnię z Laosu czy Tybetu? Proszę bardzo! Coś typowo francuskiego? Co to to nie.

Kolejną rzeczą, której się obawialiśmy, były problemy z transportem – szczególnie z lotniska i na nie. Z niewielkiego portu Tarbes-Lourdes-Pyrenees ostatni autobus odjeżdżał około godziny przed naszym przylotem, a w niedzielę (dzień naszego powrotu) publiczny transport nie docierał tam wcale. Taksówka miała kosztować od 35 do 50€. Oczywiście na wszelki wypadek przygotowaliśmy się na taki wydatek, no ale taksówka droższa niż bilet lotniczy? Come on! Dobrym rozwiązaniem wydawało się wynajęcie auta, jednak system uparcie pokazywał nam, że odbiór pojazdu nie będzie możliwy o wybranej przez nas godzinie, bo wypożyczalnia będzie najzwyczajniej w świecie zamknięta. Wszystko to utwierdziło mnie wtedy w mojej – błędnej jak już wiemy – wizji Lourdes jako wsi pośrodku niczego.

Tomasz przytomnie stwierdził jednak, że nie nam jednym przyjdzie zmierzyć się z drogą do miasteczka (około 15 km). Na forum fly4free zapytał, czy jest ktoś, kto chciałby wspólnie z nami pojechać taksówką i – ku mojemu zaskoczeniu – zgłosiła się jedna osoba, z którą byliśmy od tamtego momentu w kontakcie i spotkaliśmy się już na lotnisku w Krakowie. Niewiarygodnym wręcz zbiegiem okoliczności okazało się to, że ta pani miała w samolocie miejsce przypisane obok nas. Chyba byliśmy sobie przeznaczeni. Tym bardziej, że cały lot upłynął nam na przemiłej rozmowie o naszych podróżach. W najgorszym wypadku przyszłoby mi krzyczeć na środku samolotu coś w stylu ,,Przepraszam państwa, szukamy 2 osób do wspólnego przejazdu taksówką do Lourdes, czy ktoś chciałby się do nas przyłączyć?”.

W drodze z lotniska do Lourdes bardzo pomogło nam kolejne zrządzenie losu. Nasz samolot wyleciał z około godzinnym opóźnieniem. Wielu pasażerom mogło pokrzyżować to plany dalszego transportu i zapewne w związku z tym Ryanair poczuł się zobowiązany, by zapewnić nam bezpłatny autokar do Lourdes. Po wylądowaniu poinformowała nas o nim obsługa naziemna w osobie sympatycznej Polki. Komfortowy autobus czekał na nas tuż przed halą przylotów, a cała sytuacja była przemiłą niespodzianką. Niemniej niespodziewany był kierowca autobusu – może 20-letnia drobniutka dziewczyna, która nie tylko panowała nad ogromnym pojazdem, ale jeszcze przy wsiadaniu i wysiadaniu pomagała nam z bagażami. W obliczu afery z liniami United rozgrywającej się w bardzo zbliżonym czasie – naprawdę jesteśmy pod wrażeniem, drogi Ryanairze!

Podczas jazdy autobusem wśród naszych współpasażerów pojawił się pomysł, by ostatniego dnia spotkać się na tym samym przystanku, na którym mieliśmy wysiadać i wspólnie jechać taksówkami na lotnisko. I choć takie rzeczy zwykle się nie udają i każdy pozostaje zdany na siebie, to tym razem było inaczej. W ośmioro udało nam się wsiąść w duże auto i tym samym zredukować koszty do 5€ za osobę. Niech więc żyją także miłośnicy taniego podróżowania!

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *