TGV, Tarbes i Pan Paw – dużo zdjęć – Francja, cz. II.

We Francji udało mi się spełnić jedno z moich marzeń, czyli przejazd TGV (te-że-we). Nic to, że do pokonania mieliśmy zaledwie 20 km na trasie Tarbes-Lourdes. Nieważne, że na tak krótkim dystansie ten słynący z szybkości pociąg w ogóle nie zdążył się rozpędzić i nasza podróż trwała właściwie odrobinkę dłużej niż zwykłym pociągiem. Nie szkodzi też, że nie mieliśmy nawet czasu, by docenić komfortowe wnętrze składu, bo po może 10 minutach musieliśmy już wstać z wygodnych miejsc, żeby nie przegapić stacji. Co tam, że zapłaciliśmy po 4€, czyli 2 razy więcej, niż kosztowałby autobus. Jechaliśmy TGV!

Do Tarbes trafiliśmy właściwie przypadkiem. Początkowo bardzo chciałam się tam wybrać, sądząc, że w Lourdes kompletnie się nie odnajdę. W końcu jestem z miasta, co widać, słychać i czuć 😉 To moje naturalne środowisko, a Tarbes było najbliżej położoną większą miejscowością (około 50 tysięcy mieszkańców). Kiedy jednak przekonałam się, jak fajnie jest w Lourdes, zgodziłam się na plan Tomasza – czyli krótki wyjazd do maleńkiej górskiej miejscowości. Okazało się to nierealne – transport w kierunku Pirenejów albo był bardzo ograniczony, albo my coś przeoczyliśmy.

Zdecydowaliśmy się więc na jakąkolwiek wieś po drodze do Tarbes, ale przy bliskości lotniska wszystkie mijane miejscowości wyglądały właściwie jak nieciekawe przedmieścia. Żadnych krów pasących się jak na reklamie Milki, żadnych oznak sielskiego życia. Tak oto w sposób nieplanowany i spontaniczny dojechaliśmy do kompletnie nieturystycznego Tarbes. Trafiliśmy tam do niepozornego z zewnątrz, ogólnodostępnego ogrodu – Jardin Massey. To z kolei zaowocowało spotkaniem z Panem Pawiem i całą resztą oraz przepięknymi zdjęciami, o których już wspominałam, a którymi dziś Was zarzucę – znów w miejscach niekoniecznie związanych z tekstem.

Dla TGV zaś przebrnęłam nawet przez rozmowę po francusku z panem w kasie na dworcu. Ale to też na własne życzenie. Z jednej strony nie jest tajemnicą, że Francuzi niezbyt chętnie mówią po angielsku. Z drugiej jechałam do Lourdes z bardzo mocnym postanowieniem, żeby posługiwać się tam jak najwięcej francuskim, którego w końcu uczyłam się kilka lat. Traktowałam to jako swego rodzaju egzamin, ale początkowo w ogóle się nie przyznałam do swoich zamiarów nawet Tomaszowi, w obawie przed spektakularną porażką.

Nie poniosłam jej jednak i jestem z siebie bardzo dumna. Mam świadomość, że choćby na tym dworcu moje wypowiedzi wyglądały mniej więcej tak: ,,Chciałabym jechać do Lourdes… pociąg… o której? Ile to kosztuje?”. Nie chcę nawet myśleć o tym, jak zły mam akcent, ani o tym, że nigdy nie wydam z siebie wzorowego francuskiego rrrrr. Jestem jednak bardzo mile zaskoczona tym, jak sprawnie w większości przypadków przebiegała komunikacja. Jak dziecko cieszyłam się w sytuacji, kiedy zapytałam o drogę, zrozumiałam wskazówki i trafiliśmy tam, gdzie chcieliśmy. Pół godziny przeżywałam, że udało mi się w sklepie poprosić o reklamówkę albo papierową torbę.

Pan na dworcu był bardzo kochany, mówił do mnie powoli i wyraźnie. Wielu Francuzów jednak reagowało na moje wypowiedzi w dziwny sposób, czyli zarzucając mnie potokiem słów. Oczywiście praktycznie niezrozumiałym dla mnie. Nie mam pojęcia, co kazało im wierzyć, że wszystko pojmę. Pewnie to – a przynajmniej takie miałam wrażenie – że są bardzo otwartym i kontaktowym narodem i lubią rozmawiać. Zaczęłam tak myśleć już pierwszego dnia, gdy panowie siedzący w ogródku przy restauracji zobaczyli, że z walizkami bezradnie rozglądamy się dookoła, nie wiedząc, gdzie iść. Zapytali, czy i jakiego miejsca szukamy i palcem, bo palcem, ale pokazali nam, jak dotrzeć do naszego hotelu.

Drugi typ używał przy mówieniu właśnie bogatej gestykulacji, włącznie z pokazywaniem samolotu (wiecie, ręce na boki; udawanie lotu) przez panią recepcjonistkę, gdy nie zrozumiałam, że pyta, czy to ja jej pisałam maila, że nasz samolot się spóźni. Spróbujcie nie wybuchnąć śmiechem! Potem jednak nie było mi do śmiechu, gdy to z tą panią przeszłam największy test językowy. Pomyliła rezerwacje i stwierdziła, że zapłaciliśmy tylko za jedną osobę, a Tomasz śpi w hotelu nielegalnie. Sytuację na szczęście udało mi się wyjaśnić, choć było to bardzo stresujące. Wszystko to – i pozytywne i negatywne doświadczenia – to dla mnie znak, że kiedyś powinnam wrócić do nauki francuskiego.

Trzeci typ zaś…świetnie mówił po angielsku, między innymi panie w dwóch biurach informacji turystycznej, które mieliśmy okazję odwiedzić. Najbardziej urzekł mnie pan w sklepie z serami (fromagerie) na hali targowej w Tarbes. Widząc jak się męczę pytając po francusku, czy możemy zrobić zdjęcia, bo to takie piękne miejsce, sam jako pierwszy odezwał się po angielsku. Ogromne wrażenie zrobiła na mnie też znajdująca się na hali restauracja z owocami morza. Trafiliśmy tam w porze lunchu, więc była pełna ludzi, popijających winem cudownie wyglądające i pachnące potrawy. A wszystko to w bardzo, bardzo luźnej atmosferze. Po wybraniu jeszcze surowych produktów, dania były przygotowywane praktycznie na oczach gości, którzy jednak w większości przypadków byli bardziej zajęci rozmową ze swoimi towarzyszami.

Wracając do podróży TGV, to miała ona swój niepowtarzalny urok – począwszy od biletu, który dostaliśmy w specjalnej okładce, a na panu konduktorze skończywszy. Spotkaliśmy go przy pociągu, kiedy niebardzo wiedzieliśmy nawet, czy to nasz peron i tor. Stał sobie w kolejowym uniformie przy maleńkim stoliczku z napisem typu ,,informacja TGV”. Wytłumaczył nam, gdzie w długaśnym składzie (jadącym docelowo aż do Paryża) znajdziemy nasze miejsca. Potem zobaczyliśmy go też w pociągu, co oznacza chyba, że w pewnym momencie wziął pod pachę ten swój przesłodki stoliczek, tylko po to, by znów go wystawić na kolejnej stacji. W końcu to nie w stylu Francuzów pozwolić, by ktoś czuł się zagubiony!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *