Lourdes – sacrum czy profanum? – cz. III.

Obok Fatimy, Lourdes to chyba najbardziej znane na świecie chrześcijańskie sanktuarium. Sądziłam, że szczególnie w okresie Wielkanocy stanie się ono centrum chrześcijańskiego świata. Po części dlatego mój wyjazd był naznaczony strachem przed atakiem terrorystycznym. Nie chciałam brać udziału w żadnym obleganym nabożeństwie. Tłum katolików w jednym miejscu? Spełnienie marzeń terrorysty! Chyba nie ja jedna tak myślałam, bo przed wejściami do sanktuarium postawiono ogromne kamienne donice, uniemożliwiające wjazd samochodem na jego teren. Tomasz zdecydował się pójść w Wielki Piątek na Drogę Krzyżową – wzięło w niej udział znacznie mniej osób, niż się spodziewaliśmy. Przypadek?

Kolejnego dnia w znacznie spokojniejszej atmosferze pokonaliśmy inną drogę krzyżową, do której budowy wykorzystano naturalne kamieniste wzgórze.

Samo sanktuarium, nawet jeśli stosunek do religii mamy mocno ambiwalentny, robi ogromne wrażenie. Naprawdę – podchodzimy, chcąc nie chcąc otwieramy usta i mówimy WOW. Nie mogłam się wyzbyć skojarzeń z zamkiem z Disneylandu. Z góry uprzedzam, że będzie milion zdjęć, bo nie byłam w stanie wybrać mniejszej liczby – wszystkie są najładniejsze 😉

Jak widać sanktuarium to właściwie dość duży zespół budynków. Wśród nich znajdziemy między innymi kaplice spowiedne, w których możemy przystąpić do sakramentu w różnych językach, w tym w polskim. W informacji spotkaliśmy przemiłą panią, która rozmowę z nami rozpoczęła zaskakującym pytaniem: wiecie, co się tu wydarzyło? No tak, jeśli bliżej przyjrzymy się turystom to niektórzy faktycznie sprawiają wrażenie, jakby kompletnie nie wiedzieli, gdzie i po co są.

Weszliśmy też do muzeum cudów uzdrowienia i tam przeczytałam coś, co chyba najlepiej oddaje mój osobisty stosunek do sanktuarium. A mianowicie, że woda z Lourdes i samo miejsce mogą pomóc jedynie komuś, kto naprawdę wierzy. Same nic nie zrobią. Poza tym przyznano też, że wraz z rozwojem medycyny coraz mniej wyzdrowień uznaje się za cud.

I wszędzie te dziwne drzewa! Swoją drogą, jedną z rzeczy, które najbardziej mnie zaskoczyły w Lourdes były – nieliczne bo nieliczne, ale palmy. Kompletnie się ich nie spodziewałam u stóp Pirenejów. Z innych niespodzianek – tuż za górami znajduje się Hiszpania. I choć w linii prostej miejscami jest do niej kilkadziesiąt kilometrów, to odległość drogowa jest znacznie większa.

Sam budynek sanktuarium wzniesiono na skale, a właściwie – zgodnie z objawieniami, na grocie, w której miały one miejsce. Do groty stoi się w kolejce, radośnie gadające osoby są uciszane przez pana w śmiesznych szelkach, który jest tam chyba tylko po to, by co chwilkę wydawać z siebie sssshhhhhh. Ludzie przeróżnych narodowości odprawiają tam jakieś zabobony, na przykład pocierając szalami ściany groty. Większość odwiedzających stanowią Latynosi i osoby ciemnoskóre. Mało kto się modli.  W grocie znajduje się także pierwsze cudowne źródełko.

Czemu pierwsze? Bo obecnie jest kilka innych miejsc, w których za pomocą specjalnych kraników można sobie nalać cudownej wody do… No właśnie, na przykład do butelki w kształcie Matki Boskiej. Potem można się z niej napić, albo nalać sobie do szklaneczki wody do popicia obiadu. Tak oto dowiadujemy się, że w sklepikach z pamiątkami o uroczych nazwach typu Alleluja, Pałac Różańca i Jan Paweł II, króluje (nazwana tak przez moje współpasażerki) Matka Boska Plastikowa. W niektórych poza różańcem kupimy też przykładowo ser. I tak, to jest naprawdę smutne. I dziwne.

Gdybyśmy wyobrazili sobie Lourdes, jako koło, a sanktuarium jako jego centrum, to jest ono ściśle otoczone właśnie sklepami z pamiątkami. Na bogato! Witamy w Lourdes Vegas!

Kolejny okrąg – to mój ulubiony, jest pełen ślicznych uliczek, restauracji i hoteli. Tu znajdował się i nasz, u stóp góry zwieńczonej zamkiem. Bajka! Mieściło się tam muzeum, które odwiedził tylko Tomasz, a ja kompletnie nie żałuję, bo na zdjęciach uwiecznił głównie wypchane zwierzęta (nienawidzę), manekiny w ludowych strojach i makiety.

W hotelu za to mieliśmy nawet okiennice! I pewnie napisałabym o nim wiele dobrego, gdyby nie wspomniana w poprzednim poście awantura, po której pani recepcjonistka unikała nas skutecznie do końca pobytu. Dzięki zaskakująco niewielkiemu (jak widzicie na zdjęciach) ruchowi turystycznemu po raz kolejny dostaliśmy chociażby większy pokój, składający się w dwóch sypialni częściowo przedzielonych ścianą.

W tej części miasteczka znajdował się też najcudowniejszy sklep, w jakim kiedykolwiek byłam – chocolaterie, niczym z filmu Czekolada. Niestety nie na nasz budżet (bombonierka układana na miejscu z ręcznie robionych czekoladek kosztowała bodajże około 14€). Niestety nr 2 – nie uwieczniliśmy tego miejsca na zdjęciach. W kręgu trzecim, w którym toczyło się już całkiem zwykłe życie tego pięknego miasteczka, udało nam się za to kupić wszystkie francuskie przysmaki w przystępnych cenach. Moja dieta składała się głównie z bagietek, sera i wina 🙂 Udało mi się też spróbować pysznych francuskich wędlin i czekolady oraz wypieków z francuskiego ciasta sprzedawanych w patisserie. Na drogę powrotną kupiłam sobie najdziwniejsze i najbardziej francuskie słodycze, jakie można sobie wyobrazić – pakowane pojedynczo cieniutkie naleśniki z kremem czekoladowym.

Wracając zaś do sanktuarium, wody można też sobie nalać do ogromnych baniaków. A baniaków wziąć tyle, ile się tylko udźwignie. Plus jeszcze ze dwa!

W modlitwie na pewno pomoże też zapalenie świeczki kupionej za kilka(naście/dziesiąt) euro. Wiecie, ja rozumiem, koszty otrzymania sanktuarium, takie tam. Ale pisanie przy tych świeczkach, że dzięki nim nasza modlitwa leci wyżej, trwa dłużej itp. nieco przypomina mi średniowieczne kupowanie odpustów. Potrzebujecie ofiar na sanktuarium? Poproście o nie normalnie, ludzie na pewno chętnie dadzą. Nie musicie im sprzedawać za pół miliona monet świeczek wyższych niż oni sami (serio!), które po krótkim czasie specjalni pracownicy i tak usuwają, żeby zrobić miejsce na następne.

Drugim zaś prawdziwym WOW była dla mnie podziemna Bazylika św. Piusa X. Niepozorna z zewnątrz, kryje w sobie ogromne (mieszczące 25 000 osób) futurystyczne wnętrze, choć ma już prawie 60 lat. Panujący w niej półmrok w połączeniu z surowym, betonowym wnętrzem tworzy niesamowity klimat tego miejsca. Nie ma tam prawie żadnych ozdób, nieobecna jest typowo kościelna estetyka. Bazylika ma kształt owalu, porównywanego do łodzi lub ryby. I chyba niestety jest to miejsce nie do opisania słowami ani zdjęciami.

Jednym z ostatnich punktów naszego pobytu był spacer pod Pic du Jer – szczyt, na który można wjechać stuletnią kolejką. Ja chciałam, Tomasz nie. No więc nie wjechaliśmy. Pozostało nam tylko poobserwować uroczy wagonik i szalonych ludzi wsiadających do niego z rowerami. Nie lubię kolarstwa górskiego, odkąd odwiedzając mojego tatę w szpitalu, spotkałam tam chłopaka ze strupem zamiast twarzy. Tata konspiracyjnym szeptem poinformował mnie, że ten biedak zjeżdżał rowerem z kamienistej góry…

W kolejnych wpisach – kierunek Liverpool. I to razy dwa. Weekend majowy oraz to, jak upchnąć pół Primarka do bagażu podręcznego Wizz Air – już za nami. Kolejny wyjazd – na samym początku wakacji – jeszcze przed nami, choć problemy przewiduję te same 😉 Do przeczytania!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *