Krew, pot, ból, łzy, zoo i termy – Budapeszt cz. I.

Na pewno już domyśliliście się, że nasze wyjazdy są dość intensywne i niewiele mają wspólnego z bezczynnym leżeniem gdziekolwiek. W każdym miejscu spędzamy zaledwie kilka dni i zawsze chcemy zobaczyć i zrobić jak najwięcej. Dzień, w którym nie przejdziemy pieszo kilkunastu kilometrów to dzień stracony. Zwykle wracam wykończona fizycznie i niewyspana, ale w Budapeszcie to już zdecydowanie przegięliśmy. Ostatniego wieczora śmiałam się przez łzy, bo zestaw nieszczęść, które mnie dotknęły był naprawdę tragikomiczny.

Do niedoleczonego po pobycie w Anglii przeziębienia dołączyło poparzenie słoneczne. W upale, który sięgał nawet 38 stopni podczas naszego pobytu (9-12 lipca) na przemian wydmuchiwałam nos, spływałam potem i narzekałam na to, jak bardzo piecze mnie skóra, mimo używania filtrów. Kiedy przeszliśmy już pierwszy pierdylion kilometrów, do zestawu przypadłości dołączyły bolące nogi, do tego stopnia, że jak pomyliliśmy tramwaje, to się ucieszyłam, że chociaż przez chwilę posiedzę na tyłku. Chcecie krwi? Była i krew, kiedy ostry szew od spodni przy tej ilości chodzenia dosłownie zmasakrował mi udo.

Spokoju ciała zaznałam właściwie tylko w kompleksie basenów termalnych Széchenyi, ale zanim napiszę o nim więcej, chciałabym wyjaśnić, czemu właściwie godzę się na takie męki, jak te opisane wyżej. Tak, wiem, że to wzorowe problemy pierwszego świata. I że mogę wydawać się niewdzięczna za to, co mam. Ale prawda jest taka, że z każdego naszego wyjazdu wracam wypoczęta psychicznie. Wszystkie nowe miejsca i doświadczenia są tego wszystkiego warte. Nie będę pisać, że poszerzam horyzonty, rozwijam się jako człowiek i ubogacam kulturowo. Bo odpowiecie mi jak Tomasz po ostatnim pobycie w Liverpoolu: tia, to wszystko to chyba w Primarku 😉

A wracając do basenów, to o budapesztańskich termach dowiedziałam się od pani, z którą lecieliśmy do Lourdes. A że nigdy w takim miejscu nie byłam, nawet w naszej polskiej Białce Tatrzańskiej, to postanowiłam, że będzie to nienaruszalny punkt naszej wizyty na Węgrzech. A przynajmniej mojej. Tomasz, i owszem, spakował potrzebne rzeczy i przestąpił nawet próg term, ale po rozejrzeniu się dookoła stwierdził, że dla niego nic tam nie ma ciekawego i on sobie idzie do położonego naprzeciwko zoo. A ja mam się relaksować do woli i dać znać, jak skończę. Nie, nie myślcie sobie, że mnie tak w ostatniej chwili wystawił. Tak się umówiliśmy, że ostateczną decyzję podejmie na miejscu.

Skutkiem tego mamy milion ślicznych zdjęć z zoo. Jak nieśmiało przypuszczam – Tomasz zrobił je z myślą o mnie, żebym mogła poczuć się, jakbym tam z nim poszła. I pewnie trochę po to, żebym żałowała, że mnie tam nie było. I faktycznie, nie mogę sobie darować, że nie było mnie w miejscu, gdzie można pogłaskać oswojonego kangura. I chyba o króliczkach Tomasz też wspominał.

Dla równowagi – z łaźni nie mam ani jednego zdjęcia. Po pierwsze dlatego, że byłam tam sama, a jak powszechnie wiadomo, nadwornym fotografem mojego bloga jest Tomasz. Po drugie, uważam, że ludzie w kostiumach kąpielowych mogą sobie nie życzyć być fotografowani. Po trzecie, niebardzo sobie wyobrażałam hasanie ze smartfonem w otoczeniu wody. W tym akurat byłam odosobniona i wielu moich towarzyszy kąpieli odbywało intensywne sesje selfie w basenie. Niektórzy mieli na telefonach wodoodporne pokrowce, niektórzy nie. I temu zawdzięczam jeden z komiczniejszych widoków mojego życia – dziewczę pływające z jedną ręką w górze. A w ręce oczywiście telefon, żeby się tylko nie zamoczył.

Łaźnie, które etapami powstawały pod koniec XIX i na początku XX wieku, a obecnie są największe w Europie, na pewno warto zobaczyć i naprawdę zachęcam Was do zajrzenia choćby na ich stronę internetową. Począwszy od ślicznych budynków, poprzez rzeźby i fontanny, a na wnętrzach skończywszy, pobyt tam to naprawdę niezwykłe doświadczenie. Nawet jeśli tak jak ja nie potraficie pływać. Bo do pływania przeznaczony jest tam tylko jeden z trzech zewnętrznych basenów (w którym podobno panuje bezwzględny nakaz noszenia czepków). Reszta jest do tego po prostu zbyt płytka. Na dworze mamy do dyspozycji jeszcze dwa zbiorniki – jeden z cieplejszą, drugi z chłodniejszą wodą – zdecydowanie mój ulubiony, przynosił mi ogromną ulgę w ten upalny dzień.

W sąsiednim budynku mamy do dyspozycji aż 15 basenów o przeróżnej temperaturze (w tym chłodnych) i właściwościach. Wiele z nich zawiera wodę mineralną o średnio przyjemnym zapachu; na moje oko – a raczej nos – na przykład siarkową. Moim ulubionym był chyba ten ze sztuczną rzeką – wirującym prądem wody. Poza tym znajduje się tam kilka saun. I na zewnątrz, i w środku baseny zbudowane są w taki sposób, że jest w nich wiele miejsca, żeby po prostu usiąść i relaksować się. Nie ma też podziału na kobiety i mężczyzn, co podobno nie jest regułą w budapesztańskich łaźniach. Dodatkowo można wykupić sobie masaże i zabiegi kosmetyczne, a także wypożyczyć ręczniki, szlafroki itp.

Bez tych wszystkich dodatków mój bilet kosztował 5400 HUF (forintów, czyli około 75 zł), a wizyta i tak trwała dobre 6 godzin. Istnieje jeszcze odrobinkę tańsza opcja biletu – dosłownie o 7 zł – ale nie dostajemy wtedy własnej kabiny do przebierania się, a jedynie szafkę, jednak szczegółów nie znam. A kabiny są naprawdę urocze – drewniane, w stylu retro, z prześlicznymi wieszaczkami. Poza tym są naprawdę wygodne – zamykamy sobie tam wszystko, a jak chcemy chwilkę odpocząć od odpoczynku, to mamy tam ławeczkę i własne picie 😉 I jedzenie, o ile je zabierzemy. Ja tego nie zrobiłam i głód był jednym z czynników, które wygoniły mnie z Széchenyi. Nie powtarzajcie tego błędu!

I wcale nie chodzi o to, że było tam drogo – na Węgrzech jedzenie jest raczej dość tanie. Po prostu po przedpołudniowym okresie relatywnych pustek, błogiego spokoju i ciszy, w termach pojawiły się tłumy. Do kiełbasy z grilla podanej z frytkami na plastikowym talerzu (i do wszystkiego innego) stały taaaaakie kolejki. Wokół basenów toczyła się regularna bitwa o leżaki – oczywiście prawie wszystkie ,,zarezerwowane” ręcznikami, klapkami i co tam jeszcze kto miał pod ręką. W basenach z każdej strony ktoś mnie otaczał w odległości naruszającej moją przestrzeń osobistą. Wśród tego wszystkiego między innymi dziewczyna w welonie i szarfie, która z koleżankami właśnie świętowała ,,wieczór” panieński. Siedząc z frytkami na gorącej kostce brukowej przykrytej ręcznikiem, który nic nie dawał – sprawdzałam! Uznałam, że czas na mnie i że następnym razem warto wybrać się tam z samego rana.

W tym tłumie dostrzegłam jednak jedną pozytywną rzecz. Byli w nim ludzie wielu narodowości, w różnym wieku i o różnych figurach. Kostiumy kąpielowe nie dają nam zbyt wiele wyboru i musimy odsłonić ciało (widziałam tylko jedną panią w burkini i dla równowagi jedną w bardzo skąpym bikini ze stringami). W wielu osobach wciąż budzi to lęk. Bo co powiedzą ludzie? Bo jak z taką dupą na basen? Nie poruszam tu nawet tematu bezpodstawności kompleksów. Byłam w termach sama, więc troszkę czasu spędziłam na obserwowaniu ludzi. I uwierzcie mi: nikt na nikogo się nie gapił, nie śmiał się, nie wytykał palcami, nie robił zdjęć. Every body is a bikini body!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *