Budapeszt cz. II – ten ,,gorszy”.

Jakiś czas temu, kiedy jechaliśmy Polskim Busem na trasie Kielce-Kraków, podsłuchiwałam troszkę dwójkę młodych ludzi, którzy jechali tym autobusem docelowo do Budapesztu. Chłopak czytał dziewczynie na głos fragmenty przewodnika po tym mieście. Nie wiedziałam wtedy jeszcze, że my również za kilka miesięcy wybierzemy się na Węgry. Ale nie byłam też świadoma wielu faktów o Budapeszcie. Najbardziej zaskoczyło mnie, że powstał on z połączenia kilku miast, z których najważniejszymi były położone na przeciwnych brzegach Dunaju Buda i Peszt. Potem szybko dowiedziałam się, że Buda to ta lepsza, Peszt – ten gorszy. Czy naprawdę tak jest?

Przez pierwsze dwa dni poruszaliśmy się tylko po części pesztańskiej. Przede wszystkim, to tam był nasz hotel. Był oddalony o może pół godziny drogi piechotą od swoistego centrum Pesztu: klimatycznej i zabytkowej dzielnicy handlowej z licznymi restauracjami i widokowym diabelskim młynem. To stamtąd, spod fontanny z lwami której za chusteczkę nie mogliśmy znaleźć (a tak właściwie to dobry kwadrans krążyliśmy wokół niej, nie wiedząc, że to ona; pierwsze zdjęcie pod spodem – czy też inaczej sobie wyobrażacie ,,lion fountain”?), wyruszyliśmy na pieszą wycieczkę śladami budapesztańskich Żydów. Przewodnik nas może nie porwał swoimi opowieściami, ale dzięki niemu zobaczyliśmy kilka ślicznych miejsc.

Na przykład to niezwykłe drzewo życia, ,,posadzone” za Wielką Synagogą. Metalowa wierzba płacząca ma kilka tysięcy listków, upamiętniających węgierskie ofiary Holocaustu, których było oczywiście niestety znacznie więcej. Są na nich grawerowane nazwiska zidentyfikowanych osób.

W trakcie tej wycieczki wypatrzyłam i wywąchałam też langoszowo-gulaszowy bar, do którego głodni szybciutko wróciliśmy tuż po jej zakończeniu. I albo kuchnia węgierska to nie moja bajka, albo po prostu źle trafiliśmy. Chcąc upiec dwie pieczenie na jednym ogniu zamówiłam langosza z gulaszem; Tomasz klasycznego – z kwaśną śmietaną i serem. Mój placek był gumowaty (nie do pocięcia tępym nożem, który dostałam) i tłusty, a gulasz w ogóle nie ostry i z takim włóknistym mięsem wchodzącym między zęby. Fuj! Nie mogłam go dojeść. Tomasz też nie był zachwycony, no ale być na Węgrzech i nie (spróbować) zjeść langosza? Niedopuszczalne!

Za nasz posiłek i jedno duże truskawkowe piwo zapłaciliśmy 3000 forintów (około 42 złote) i to jest taka kwota, za którą spokojnie mogą w Budapeszcie najeść się dwie osoby, bo porcje są sycące. Wszędzie, gdzie jedliśmy (poza McDonald’s) do rachunku automatycznie doliczany jest napiwek/opłata za obsługę i jest to utarte 12%. Nie bolało mnie to jednak, bo wszędzie spotkałam się z miłą i świetnie mówiąca po angielsku obsługą. I ani razu się nie zatrułam. Alleluja!

W McDonald’s za to przeżyłam sytuację, po której już nie będę się nigdy śmiać, jak w ,,Pamiętnikach z wakacji” pan powie po polsku głośno i wyraźnie, że chce kawę z mlekiem i pokaże nalewanie mleka na migi i będzie liczył, że go zrozumieją. Na chwilkę zostałam sama przy stoliku i podszedł do mnie młody chłopak, który z uśmiechem zaczął mi coś tłumaczyć po węgiersku. Czy wy w ogóle wiecie, jaki to dziwny język? Sz czytamy jak s (np. autóbusz), s jak sz (np. szerviz), bardzo logiczne, c’nie? W większości niepodobny do niczego, a jak już podobny, to… Przykłady poniżej, przy czym ostrzegam, że to nie będą żarty na poziomie.

(tu wg. google tłumacz – angielskie ubrania używane; poniżej -szewc)

No i tak tłumaczy, i się uśmiecha i pokazuje na mój stolik i na łazienkę. Eureka! Na pewno mu potrzebny kod otwierający drzwi! Nie umiejąc przeczytać liczb po węgiersku, pokazałam mu je na swoim paragonie. Jeszcze szerszy uśmiech! Naprawdę o to chodziło! Chłopak zadowolony poszedł do łazienki, a mi już nikt nie powie, że porozumienie ponad językami nie jest możliwe 😉 ani że pojazdy ze zdjęcia poniżej są tylko w filmach!

Wszystko opisane wyżej jednak znajdowało się dość blisko rzeki, a im dalej od Dunaju, tym na pesztańskiej stronie było gorzej. I tu powolutku wracamy do naszego hotelu. Był bardzo tani – około 100 zł za dobę za dwie osoby ze śniadaniami! A te śniadania do dziś wspominam z rozrzewnieniem – szwedzki stół z ogromnym wyborem wszystkiego, co tylko moglibyśmy sobie o poranku wymarzyć. Dostaliśmy bardzo duży pokój – może troszkę staroświecki, ale naprawdę czysty i zadbany. Wszystko działało, łącznie z wi-fi, klimą i maleńką lodówką – te ostatnie dosłownie nas ratowały w te upały.

Tu musiało się okazać, że coś jest nie tak, prawda? Już przed przyjazdem z opinii o hotelu wywnioskowaliśmy, że będzie to jego otoczenie – miała to być nieciekawa okolica, pełna bezdomnych. Pierwsze wrażenie po wyjściu ze stacji metra było niezłe – ładny park, Tesco. Drugie jednak było znacznie bardziej przygnębiające. Momentami ciężko mi było uwierzyć, że jestem w Europejskiej stolicy. Przy sklepach i punktach usługowych, które wyglądały jak sprzed kilkudziesięciu lat, na parapetach czy schodach faktycznie leżało i siedziało mnóstwo bezdomnych osób. Niektórzy koczowali na gołej ziemi pod drzewami, niektórzy brudni i śmierdzący. Trzeba jednak szczerze przyznać, że bliżej centrum i po stronie Budy też widzieliśmy bezdomne osoby. Wszyscy byli zrezygnowani, nie prosili o pieniądze, nie zaczepiali nikogo. Nie czuliśmy się przez nich w żaden sposób zagrożeni. Łamie mi to serce, że są na świecie tacy ludzie i że tak naprawdę nie mogę im pomóc.

W Liverpoolu też jest mnóstwo bezdomnych osób i to w ścisłym centrum. Jakkolwiek to dziwnie nie zabrzmi, atmosfera wokół tego zjawiska wydaje się być całkiem inna. Nie wiem nawet, jak ująć to w słowa, żebyście mnie nie zrozumieli źle. Bezdomni tam są czyści, mają odpowiednie do pogody ubrania i zorganizowane mini-obozy. Wielu ma psy, które też wcale nie są zaniedbane – przechodzący obok nich policjanci czasem je głaszczą i zamieniają kilka słów z ich właścicielami. Osoby mieszkające na ulicach są bardzo pozytywne i kontaktowe, mimo okoliczności. Kiedy piłam wodę na ulicy, przechodząc obok pana, który także coś pił, on uniósł z uśmiechem swoją butelkę jak do toastu, wołając ‚cheers!’. Ludzie chętnie dają im pieniądze i kupują jedzenie. Oczywiście uważam, że ci ludzie też potrzebują znacznie dalej idącej pomocy, ale patrząc na nich widzę, że oni jeszcze się nie poddali i zbierają siły, żeby dalej o siebie walczyć.

Tymczasem w Budapeszcie (znów uprzedzam osoby wrażliwe!)… Skłamałabym twierdząc, że było mi miło, gdy wchodząc do sklepu musiałam wstrzymać oddech, bo zapach leżącego obok pana był tak intensywny. Albo że nie zauważyłam, że w naszej dzielnicy nie było praktycznie ani jednej ławki i że powodów można się łatwo domyślić. A nawet gdyby ławki były, to raczej nie miałabym odwagi na nich siadać. Widziałam też goły, niesamowicie brudny męski tyłek i pana sikającego na środku chodnika. To wszystko budzi we mnie jednak głównie ogromne współczucie.

A gdybyście spytali mnie, czy zdecydowalibyśmy się drugi raz na zamieszkanie w tamtej okolicy, to po prostu – nie wiem. Dla równowagi o ,,lepszej” połówce Budapesztu napiszę więcej w kolejnym wpisie.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *