Wyspa w środku miasta?! – Budapeszt cz. IV (ost.)

Nasze ostatnie wspólne chwile w Budapeszcie zacznę od moich ulubionych miejsc w tym mieście. Pierwszym jest zdecydowanie położona na Dunaju wyspa Małgorzaty (znana też pod nazwami Margit, Margitsziget, Margaret Island). Jest niespodziewanie duża – ma aż 2,5 km długości i nawet do 500 m szerokości. Zaskakująca też jest jej funkcja – to świetnie zagospodarowane tereny rekreacyjne, gdzie mnóstwo ludzi spaceruje, biega, jeździ śmiesznymi roweropodobnymi pojazdami albo po prostu odpoczywa.

O właśnie tak! I uwierzycie, że tego typu rzeczy dostępne są tam dla wszystkich i za darmo, ale nie są w ogóle zniszczone? Wyspa to tak w gruncie rzeczy park, w którym rozsiane jest co najmniej kilkanaście zaznaczonych na specjalnej mapce atrakcji. Od strony mostu Małgorzaty wita nas ogromna fontanna, gdzieś przeczytałam nawet, że największa na Węgrzech. Dalej mamy na przykład mini-zoo, po którym wolno chodzą sobie bociany i króliki, a w zagrodach spotkamy kucyki. Są też historyczne ruiny, różany ogród i… mnóstwo barów i restauracji. A że Budapeszt słynie z term, to i nimi może pochwalić się wyspa – podobno niewielkimi, kameralnymi i popularnymi raczej wśród lokalnych mieszkańców.

Przeszliśmy całą długość wyspy, z powrotem na most Małgorzaty wróciliśmy już autobusem, bo Tomasz chciał zobaczyć z bliska słynny Parlament. Co tam Parlament, ja mogłabym do końca dnia zostać na Margitsziget! Na wszystko można sobie było przecież popatrzeć na przykład z mostu 😉

Moim drugim ulubieńcem okazał się kościół Macieja. I to jest wydarzenie, bo zwykle to Tomasz jara się kościołami, a ja mam stosunek mniej więcej taki: tak, tak, idź sobie obejrz, ja sobie tu posiedzę. A Matthias Church? Niesamowite dla mnie połączenie gotyckiej architektury z kolorową mozaiką dachów. A przecież gotyk kojarzy się z mrokiem. Do tego lśniące w słońcu biało-złote posągi. Nawet na zdjęciach to wszystko robi wrażenie, prawda?

A za kościołem, przez kolumnadę, widok jest taki…

Teraz zostały nam jeszcze miejsca, które w tej części Budapesztu wzbudziły we mnie znacznie bardziej umiarkowany zachwyt 😉 Gdzieś pomiędzy Górą Gellerta, a Kościołem Macieja znajduje się ,,coś” o nazwie Castle Garden Bazaar, do którego wchodzi się przez śliczne budynki. Na pewno miło tam pospacerować, na pewno doceniam, że zamontowali ruchome schody i nie musiałam się wspinać pod górę. Ale czy te królewskie ogrody (gdzie tak naprawdę niewiele jest ogrodów) to według mnie must see w Budapeszcie? Nie.

I tak jak wielbicielką pomników też zwykle nie jestem, tak te budapesztańskie mnie urzekły (szczególnie w obiektywie Tomasza), co pewnie zdążyliście zauważyć. Jednym z moich faworytów jest ten, którego pomimo dwóch dni googlowania nie udało mi się zidentyfikować.

Edycja: zagadka rozwiązana! Pomnik to German occupation memorial, a więc upamiętnia ofiary niemieckiej okupacji Węgier. Nad Archaniołem Gabrielem – symbolem niewinnego kraju, lata orzeł – symbol nazistowskich Niemiec.  Pomnik wzniesiony zaledwie 3 lata temu wzbudził podobno niemałe kontrowersje, a głównym zarzutem było to, że fałszuje historię (bo wewnętrzny reżim także przyniósł ofiary) oraz że może…rozzłościć Niemców. Podobno nawet obrzucono go jajkami!

Rajem dla wielbicieli rzeźb będzie też ten oto plac w pobliżu term Szechenyi.

Znów mam pewien niedosyt, że choć mamy już czwarty wpis o Budapeszcie, to i tak nie pokazałam Wam każdego miejsca, które odwiedziliśmy. Mam nadzieję, że jeśli wybierzecie się do Budapesztu czy w jakiekolwiek inne opisywane przeze mnie miejsce, to moje posty będą dla Was początkiem własnych poszukiwań – szczególnie tych na miejscu. W końcu nie ma nic piękniejszego, niż zgubić się w obcym mieście i nie mieć pojęcia, co znajduje się za rogiem. W ten sposób często odkrywamy prawdziwe perełki.

Na koniec troszkę luźnych przemyśleń. Zaskakująca była dla mnie kontaktowość naszych rodaków-współturystów na Węgrzech. Mamy chyba jakąś niepisaną umowę, że jeśli gdzieś za granicą spotykamy innego Polaka, to trzeba udawać, że my wcale nie jesteśmy z Polski. Raz gdzieś za granicą powiedziałam ,,przepraszam” do osób rozmawiających po polsku i stojących w przejściu. Aż biedni podskoczyli! Szok niedowierzanie! Nie jesteśmy tu jedynymi Polakami?! Niemożliwe! Tymczasem w Budapeszcie spotkało nas kilka przemiłych sytuacji, kiedy zostaliśmy zagadnięci przez naszych Polaków. Wiecie, dosłownie o pogodzie, czy w stylu ,,o tak, piękny kościół”, ale to naprawdę robi różnicę.

I wreszcie dochodzimy do tego, jak pożegnał nas Budapeszt. Ano tak, że nasza ,,bramka” znajdowała się całkiem na zewnątrz terminalu odlotów, w jakimś blaszanym baraku postawionym na gołym betonie, do którego szło się dobre 5 minut w labiryncie barierek. Był nagrzany w te upały do granic możliwości. I praktycznie bez miejsca do siedzenia. I trzymali nas tam całkiem długo. I… Ja wiem, że latamy tanimi liniami i zwykle z jakiegoś najodleglejszego kąta lotniska. Ale tym razem to już przegięli!

Poważnie zastanowimy się nad ewentualnym powrotem, drogi Budapeszcie!

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *